Tłocznia serca

Tłocznia serca
Foto: Filip Szalbot on Unsplash

Kamień. Twardy, zimny, odrzucony przez budujących, a jednak staje się fundamentem. Leży gdzieś na poboczu, zawadza, nie pasuje do precyzyjnego planu. A przecież cała historia zbawienia kręci się wokół tego jednego, wzgardzonego kamienia. I całe nasze życie też. Pełne jest takich odrzuconych kamieni – ludzi, których skreśliliśmy; sytuacji, od których uciekliśmy; prawd o sobie, których nie chcieliśmy widzieć. Pełne jest też kamieni, którymi rzucamy w innych. W sługi, których posyła do nas Pan, by zapytać o plon. W tych, którzy mają czelność przypomnieć nam, że winnica, w której tak się urządziliśmy, wcale nie jest nasza.

Bo przecież tak bardzo chcemy, żeby była nasza. Ta rodzina, którą budujemy z takim trudem, te dzieci, o których przyszłość drżymy każdej nocy, ta praca, która wysysa z nas ostatnie soki, ten dom, na który wzięliśmy kredyt na trzydzieści lat. To wszystko jest naszą winnicą. Okopaliśmy ją, oczyściliśmy z kamieni cudzych opinii, zasadziliśmy w niej szlachetną winorośl naszych marzeń. Zbudowaliśmy wieżę – system zabezpieczeń, polis na życie, planów awaryjnych. Wykuliśmy tłocznię – miejsce, gdzie chcemy wyciskać słodki sok sukcesu, szczęścia, świętego spokoju. I nagle, gdy wydaje się, że wszystko jest pod kontrolą, przychodzi Ktoś i prosi o plon. O owoce. O coś, co z definicji nie jest dla nas, tylko dla Niego. I wtedy w sercu coś pęka. Wtedy odzywa się w nas ten zbuntowany rolnik, który mówi: „Zaraz, zaraz. Ja tu harowałem. To moje!”.

To jest ten moment, w którym miłość zamienia się w posiadanie. Kiedy troska o bliskich staje się próbą kontrolowania ich życia. Kiedy praca przestaje być służbą, a staje się narzędziem do budowania własnego ego. Kiedy modlitwa nie jest już spotkaniem z Ojcem, ale listą żądań wysyłaną do szefa wszechświata. Stajemy się dzierżawcami, którzy zapomnieli, kim jest Właściciel. I zaczynamy rzucać kamieniami. W każdego, kto ośmieli się naruszyć granice naszego małego, prywatnego królestwa.

Syndrom dzierżawcy

Prorok Izajasz śpiewa dziś pieśń, która jest jednym z najsmutniejszych poematów miłosnych w całej Biblii. To nie jest hymn triumfu. To skarga zdradzonego Kochanka. Bóg, jak zakochany chłopak, zrobił dla swojej winnicy absolutnie wszystko. Dał jej najlepszą ziemię na żyznym pagórku. Okopał, oczyścił, zasadził najlepsze szczepy. Zbudował wieżę strażniczą i tłocznię. A potem czekał. Z nadzieją, z tęsknotą. Spodziewał się słodkich winogron, a dostał cierpkie, kwaśne jagody. I zadaje pytanie, które powinno w nas wiercić dziurę aż do samego dna duszy: „Co jeszcze miałem uczynić winnicy mojej, a nie uczyniłem w niej?”.

To nie jest pytanie tyrana, który domaga się zapłaty. To jest pytanie kogoś, komu pękło serce. Kogoś, kto dał wszystko, a w zamian dostał gorycz. Ta gorycz to nie tylko grzech. To nasze wieczne niezadowolenie, nasz lęk, nasza pretensja do świata, nasza nieumiejętność kochania. To wszystko, co sprawia, że życie, które miało być słodkim winem, staje się kwaśnym octem.

W Ewangelii Mateusza historia idzie o krok dalej. Tu już nie ma tylko cierpkich owoców. Tu leje się krew. Dzierżawcy nie są już tylko nieudolni. Są mordercami. Ich logika jest prosta i przerażająco znajoma: „To jest dziedzic; chodźcie, zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo”. To jest istota każdego grzechu. Chęć posiadania tego, co do nas nie należy. Chęć bycia bogiem we własnym życiu. Chęć przejęcia kontroli. Wysyłamy do diabła sługi – nasze sumienie, przyzwoitość, głos Kościoła. Obijamy ich, zabijamy, kamienujemy. Aż w końcu przychodzi Syn. Przychodzi bezbronny, cichy, ufny. I my Go chwytamy, wyrzucamy z naszej winnicy – z naszego serca, z naszych planów, z naszych rodzin – i zabijamy. Każdym świadomym wyborem zła. Każdą zdradą. Każdym aktem egoizmu.

I wtedy, pośrodku tego całego dramatu, Paweł z Tarsu pisze do Filipian słowa, które brzmią jak herezja: „O nic się już nie martwcie”. Jak to? W świecie pełnym przemocy, w życiu pełnym lęku, mam się o nic nie martwić? Paweł nie jest naiwnym optymistą. On podaje konkretny lek na „syndrom dzierżawcy”. Mówi: wasze prośby przedstawiajcie Bogu. Innymi słowy: przestańcie udawać, że jesteście właścicielami. Oddajcie Mu klucze. Złóżcie u Jego stóp swoje lęki, plany, nadzieje. A wtedy „pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli”. Ten pokój nie jest wynikiem posiadania kontroli. Jest owocem jej oddania. Jest darem dla tych, którzy zrozumieli, że są tylko dzierżawcami. I że to jest najwspanialsza wiadomość na świecie.

Nagi człowiek pod gołym niebem

Dokładnie dzisiaj, 4 października, Kościół wspomina człowieka, który potraktował tę Ewangelię śmiertelnie poważnie. Człowieka, który był dziedzicem wspaniałej winnicy, a dobrowolnie stał się nikim. Miał na imię Franciszek i urodził się w Asyżu. Jego ojciec, Pietro Bernardone, był zamożnym kupcem sukna. Młody Franciszek miał wszystko: pieniądze, przyjaciół, marzenia o rycerskiej chwale. Był królem życia, duszą towarzystwa. Jego winnica zapowiadała obfite plony. Ale w jego sercu rosły cierpkie jagody. Jakaś dziwna pustka, niepokój, tęsknota za czymś więcej.

Po doświadczeniu wojny i choroby zaczął się zmieniać. Bóg posyłał do niego swoich sługów – trędowatego, którego Franciszek w odruchu litości ucałował; zrujnowany kościółek San Damiano, z którego usłyszał głos: „Franciszku, idź i odbuduj mój Kościół”. Franciszek zrozumiał to dosłownie. Zaczął sprzedawać bele sukna z magazynu ojca, żeby zdobyć pieniądze na remont. Pietro Bernardone wpadł w furię. To była jego winnica, jego dziedzictwo! Zaciągnął syna przed sąd biskupi. Chciał go wydziedziczyć, upokorzyć, zmusić do zwrotu pieniędzy.

I wtedy, na placu przed katedrą w Asyżu, na oczach całego miasta, rozegrała się jedna z najbardziej wstrząsających scen w historii chrześcijaństwa. Franciszek nie tylko oddał ojcu pieniądze. On zdjął z siebie wszystko. Dosłownie. Rozebrał się do naga i swoje ubrania, ostatni symbol przynależności do rodu Bernardone, położył u stóp ojca. A potem, nagi, bezbronny, wyzbyty wszystkiego, co świat uważa za cenne, wypowiedział słowa, które były jego aktem wyzwolenia: „Odtąd będę mówił: Ojcze nasz, który jesteś w niebie, a nie: ojcze mój, Pietro Bernardone”. W tym jednym momencie przestał być dzierżawcą, który walczy o swoje. Stał się dzieckiem, które wie, że wszystko, co ma, jest darem od Ojca.

Biskup Gwidon, wzruszony do łez, okrył go swoim płaszczem. To był symboliczny gest – Kościół przygarnął tego, którego świat odrzucił. Franciszek nie wybrał biedy dla samej biedy. On wybrał wolność. Wolność od lęku o posiadanie. Wolność od potrzeby budowania własnego królestwa. Odkrył, że im mniej masz, tym mniej musisz chronić. Im bardziej jesteś zależny od Boga, tym bardziej jesteś bezpieczny. Jego życie stało się pieśnią uwielbienia dla Stwórcy, który jest prawdziwym Właścicielem winnicy. Nazywał słońce bratem, a księżyc siostrą, nie dlatego, że był sentymentalnym ekologiem, ale dlatego, że widział w nich dary od Ojca, a nie zasoby do eksploatacji.

My, ludzie roku 2026, żyjemy w ciągłym lęku, że ktoś nam coś zabierze. Pracę, zdrowie, bezpieczeństwo, pozycję. Budujemy coraz wyższe mury wokół naszych winnic, instalujemy alarmy i monitoring. A im bardziej się zabezpieczamy, tym bardziej jesteśmy zniewoleni. Historia Franciszka uderza w samo serce tego lęku. Pokazuje, że jedyną drogą do pokoju, o którym pisze święty Paweł, jest radykalne wyzbycie się. Stanięcie przed Bogiem nago, bez naszych masek, tytułów, osiągnięć. I przyznanie z rozbrajającą szczerością: „To wszystko nie jest moje. To Twoje. Weź to. A mnie daj tylko siebie”.

Winnico moja

Panie, przyznaję – za bardzo przywiązałem się do tej winnicy. Do jej murów, które dają mi poczucie bezpieczeństwa, do jej tłoczni, w której chcę wyciskać tylko własne sukcesy. Wybacz mi, że tak często zapominam, że jestem tu tylko gościem, dzierżawcą z Twojej łaski. Daj mi odwagę Franciszka, bym potrafił oddać Ci wszystko, co uzurpuję sobie jako swoje.

Prawdziwie posiadasz tylko to, co bez lęku potrafisz oddać.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Fabio Fistarol, Filip Szalbot — via Unsplash