Proch i błyskawica

Proch na dłoniach Hioba po odwołaniu słów, które uważał za mądre. Podobny pył osiada na nas, bracie, nie tylko po klęsce, ale, paradoksalnie, po duszpasterskim triumfie. Chwila, w której złe duchy ustępują, parafia działa jak dobrze naoliwiona maszyna, a ludzie nas chwalą, jest momentem największego ryzyka. To wtedy najłatwiej zapomnieć, że nasza skuteczność nie jest naszą własnością, a jedynie pożyczonym narzędziem, które w każdej chwili może zostać odłożone na półkę.
Gorycz porażki jest uczciwa; odziera nas ze złudzeń i zmusza do konfrontacji z własną nędzą. Euforia sukcesu jest zdradliwa. Karmi pychę, buduje tożsamość na statystykach i uzależnia od ludzkiego uznania. To właśnie w tym momencie, gdy wracamy z pola bitwy z tarczą, a nie na tarczy, Chrystus patrzy na nas z niepokojem, czekając na pierwsze słowa, które wypowiemy. One zdradzą wszystko.
Dynamika spojrzenia Chrystusa
Powrót siedemdziesięciu dwóch uczniów przepełnia radość, μετὰ χαρᾶς (meta charas). Jest to radość konkretna, mająca swoje źródło w namacalnym wyniku: κύριε, καὶ τὰ δαιμόνια ὑποτάσσεται ἡμῖν (kyrie, kai ta daimonia hypotassetai hēmin) – „Panie, nawet złe duchy nam się poddają”. Ich raport jest sprawozdaniem z wykonanej misji, gdzie kluczowym wskaźnikiem efektywności jest demonstracja władzy. Użyty tu czas teraźniejszy ὑποτάσσεται wskazuje na trwający, powtarzalny stan – to nie był jednorazowy incydent, to nowa, stała kompetencja. To jest kapłańska pokusa władzy duchowej, upajania się owocami, które myląco bierzemy za własne.
Odpowiedź Chrystusa jest chirurgicznym cięciem. Najpierw potwierdza ich doświadczenie, osadzając je w kosmicznej perspektywie upadku Szatana. Uznaje, że otrzymali realną ἐξουσία (exousia) – autorytet, delegowaną moc. Natychmiast jednak następuje fundamentalna korekta: πλὴν ἐν τούτῳ μὴ χαίρετε (plēn en toutō mē chairete) – „Jednakże nie z tego się cieszcie”. To jedno z najmocniejszych zdań skierowanych do apostołów w działaniu. Chrystus nie neguje ich sukcesu, ale demaskuje jego nieadekwatność jako źródła ostatecznej radości. Przenosi punkt ciężkości z funkcji na ontologię, z działania na bycie. Prawdziwym powodem do radości jest fakt, że τὰ ὀνόματα ὑμῶν ἐγγέγραπται ἐν τοῖς οὐρανοῖς (ta onomata hymōn engégraptai en tois ouranois) – „wasze imiona zostały zapisane w niebiosach”. Czas dokonany perfekt ἐγγέγραπται wskazuje na czynność z przeszłości, której skutki trwają w teraźniejszości. Ich imiona nie są zapisywane w nagrodę za dobre wyniki, one już stoją zapisane jako akt czystej, uprzedzającej łaski.
W tej samej chwili sam Jezus doznaje uniesienia, ἠγαλλιάσατο (ēgalliásato), co oznacza gwałtowną, wylewną radość. Jego radość nie pochodzi jednak z sukcesu uczniów, ale z logiki Ojca, który zakrył te prawdy przed σοφῶν καὶ συνετῶν (sophōn kai synetōn) – mądrymi i roztropnymi – a objawił je νηπίοις (nēpiois), niemowlętom, ludziom prostym. To jest teologiczny rdzeń kapłańskiej tożsamości: nie jesteśmy powołani jako eksperci od sacrum, menedżerowie zbawienia czy skuteczni egzorcyści. Jesteśmy powołani jako nēpiois, którzy z pustymi rękami przyjmują objawienie Ojca w Synu. Nasza jedyna kwalifikacja to bycie obiektem upodobania (εὐδοκία – eudokia) Ojca.
Imiona zapisane w ogniu
Przekładamy tę ewangeliczną scenę na realia naszej posługi. Pokusa „radości z poddających się demonów” przybiera dziś formę zadowolenia z rosnącej frekwencji, udanego projektu duszpasterskiego, pochwały biskupa, popularności w mediach społecznościowych czy po prostu sprawnego zarządzania parafią. To wszystko staje się naszą trucizną, gdy nasza tożsamość zaczyna na tym polegać. Wypalenie kapłańskie rzadko kiedy jest wynikiem nadmiaru pracy. Jest niemal zawsze owocem utraty kontaktu z prawdziwym źródłem radości – z tym, że nasze imię jest zapisane w niebie. Kiedy owoce znikają, a demony przestają się poddawać, kapłan zbudowany na skuteczności rozpada się w proch.
Błogosławiony Kolumba Marmion, którego wspomnienie przypada w niektórych kalendarzach właśnie dziś, całe życie poświęcił na drążenie jednej prawdy: naszej obiektywnej, ontologicznej godności jako przybranych synów Boga. Ten irlandzki benedyktyn, opat Maredsous, nieustannie przypominał kapłanom, że fundamentem ich życia nie jest to, co robią dla Boga, ale to, kim są w Chrystusie dla Ojca. Pisał: „Świętość nie polega na dokonywaniu rzeczy nadzwyczajnych, ale na doskonałym wypełnianiu woli Bożej”. Ta wola zaś sprowadza się do przyjęcia naszej tożsamości synów. Marmion widział w tym jedyne antidotum na subtelną pychę aktywizmu i rozpacz płynącą z poczucia bezużyteczności.
Nasze prezbiteria bywają podzielone nie z powodu różnic teologicznych, ale dlatego, że konkurujemy ze sobą na polu skuteczności. Porównujemy nasze „demony”, które się poddały, nasze budynki, nasze inicjatywy. Chrystus patrzy na te zawody z tym samym smutkiem i miłością, z jaką patrzył na rozentuzjazmowanych uczniów. Czeka, aż zmęczeni tą rywalizacją, wrócimy do Niego i usłyszymy: „Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie”. A widzimy Syna, który objawia nam Ojca. Nic więcej nie jest nam potrzebne do kapłańskiego szczęścia.
Ostateczna metryka
Skuteczność jest narkotykiem, tożsamość jest kotwicą. Chrystus nie koryguje naszej radości, by ją umniejszyć, lecz by ją oczyścić i zakorzenić w jedynej rzeczywistości, której nie może nam odebrać ani sukces, ani porażka: w imieniu, które Ojciec wypowiedział nad nami przed założeniem świata. Przestań więc liczyć demony, a zacznij żyć jako syn.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: West Kenya Union Conference Adventist Media, Lai Man Nung — via Unsplash





