Żniwo, które rośnie między blokami

Żniwo, które rośnie między blokami
Foto: Artem Shuba on Unsplash

Żniwo. Żniwo, o którym mówi Jezus, wcale nie rośnie na złotych polach pod błękitnym niebem. Nie pachnie chlebem, sianem i wakacjami u babci. To żniwo ma zapach spalin w porannym korku, aromat przypalonej jajecznicy, którą w pośpiechu robisz dzieciom do szkoły, i woń szpitalnego korytarza, gdzie od miesięcy czekasz na dobre wieści. To żniwo to ten ciężar, który czujesz w klatce piersiowej, kiedy winda wiezie cię na ósme piętro, a ty wiesz, że za drzwiami czeka tylko pustka, cisza i zimna herbata z wczoraj.

Jezus patrzy na to wszystko – na nasze poranki bez sił, na kłótnie o niezapłacone rachunki, na milczenie, które potrafi trwać przy jednym stole przez cały obiad – i mówi: „Żniwo wprawdzie wielkie”. Patrzy na ludzką samotność w tłumie, na głód bliskości, na pękające serca, których nikt nie słyszy, i widzi pole gotowe do zbioru. A potem patrzy na ciebie. Na mnie. Na nas, takich potwornie zmęczonych, ledwo dających radę z własnym życiem, i mówi coś, co brzmi jak szaleństwo: „Idźcie!”.

Idźcie. Nie kiedy będziecie gotowi. Nie kiedy skończycie kursy, przeczytacie wszystkie mądre książki i poukładacie sobie w głowie i w sercu. Nie kiedy wasze życie stanie się wreszcie idealnym, lśniącym przykładem dla innych. Idźcie teraz. Tacy, jacy jesteście. Z tym bałaganem w duszy, z tym kredytem na karku, z tą niepewnością, co będzie jutro. Idźcie. Bo żniwo nie może czekać. Bo ktoś obok ciebie, w tym samym korku, w tym samym bloku, umiera z tęsknoty za jednym dobrym słowem. A ty jesteś robotnikiem, którego Pan żniwa chce tam posłać.

Goły. Bosy. Błogosławiony.

Instrukcja obsługi tej misji to jest jakiś kosmos. To zaprzeczenie wszystkiego, co podpowiada nam świat i zdrowy rozsądek. „Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów”. Mówiąc naszym językiem: bez karty kredytowej, bez powerbanku, bez planu B. Bez ubezpieczenia na życie i zapasowego koła. Masz iść goły. Bezbronny. Jak owca między wilki. Przecież to jest przepis na katastrofę. Każdy z nas, planując cokolwiek – od wakacji po zwykłe wyjście do sklepu – myśli o zabezpieczeniach. A Jezus mówi: twoim jedynym zabezpieczeniem jestem Ja. Twoja bezbronność ma być przestrzenią, w której zadziała Moja moc. Twoja pustka ma być naczyniem, które Ja napełnię.

I to jest moment, w którym Ewangelia zderza się z krzykiem Hioba. Ten facet stracił wszystko. Dzieci, majątek, zdrowie, reputację. Siedzi na kupie gnoju, zdrapując ropiejące rany skorupą z glinianego dzbana. Jest podręcznikowym przykładem człowieka, któremu życie zabrało absolutnie każde zabezpieczenie. Jest goły i bosy w najbardziej dosłownym sensie. I właśnie z samego dna tej otchłani, z miejsca totalnej bezbronności, wydobywa się z niego najpotężniejsze wyznanie wiary w całej Biblii: „Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje… i ciałem swym Boga zobaczę”.

Hiob nie mówi: „zobaczę Boga, gdy moje ciało będzie zdrowe”. On mówi: „zobaczę Boga w tym moim poranionym, rozpadającym się, upokorzonym ciele”. To jest ta sama logika, którą Jezus daje uczniom. Nie macie nieść Boga w złotym relikwiarzu. Nie macie nieść Go w potężnych argumentach i błyskotliwych przemowach. Macie Go nieść we własnej skórze. W waszym zmęczeniu, w waszym strachu, w waszej niezgrabności. Wasza obecność, wasze kruche, ludzkie ciało ma być miejscem, gdzie drugi człowiek spotka Boga. Wasz pokój – ten, który nosicie w sobie pomimo wszystko – ma być darem, który może spocząć na drugim człowieku.

„Pokój temu domowi”. To nie jest kurtuazyjne „dzień dobry”. Hebrajskie słowo szalom to nie jest tylko brak wojny. To pełnia. Harmonia. Zdrowie. Boży ład. To życzenie, żeby w tym domu wszystko było na swoim miejscu, żeby relacje były uzdrowione, żeby serca były spokojne. Kiedy uczeń wchodzi do domu i mówi „Pokój”, on nie rzuca pustych słów. On przynosi ze sobą realną obecność Królestwa. I jeśli w tym domu jest ktoś, kto jest otwarty, kto jest „godny pokoju”, ta Boża obecność na nim spocznie. Jak płaszcz. Jak dłoń położona na ramieniu. A jeśli nie? Jeśli drzwi są zamknięte? „Wasz pokój powróci do was”. Nic się nie marnuje. Miłość, którą dajesz, a która zostaje odrzucona, nie ginie w próżni. Ona wraca i umacnia ciebie. To jest najbardziej pocieszająca obietnica dla każdego, kto kiedykolwiek próbował kochać bez wzajemności.

Nawet proch, który przylgnął nam do nóg

Żyjemy w kulturze pancerza. Budujemy wokół siebie mury z dyplomów, stanowisk, grubości portfela i liczby lajków na Instagramie. Chcemy być przygotowani na każdą ewentualność. Niezależni. Samowystarczalni. Silni. A Bóg przychodzi i mówi: „Zdejmij to wszystko. Chcę cię posłać takiego, jakim jesteś. Twoja słabość mnie nie przeraża. Wręcz przeciwnie, ona jest mi potrzebna”. To jest tak radykalnie inne od tego, co słyszymy na co dzień, że aż boli. Boimy się odsłonić. Boimy się pokazać, że nie dajemy rady, że tęsknimy, że czegoś nie wiemy. A Ewangelia mówi, że właśnie w tym pęknięciu, w tej szczelinie w naszym pancerzu, jest miejsce dla Boga.

Dzisiaj, 1 października, Kościół wspomina postać, która z tej logiki uczyniła całe swoje życie. Małą, niepozorną zakonnicę z klasztoru w Lisieux, Teresę od Dzieciątka Jezus. Kiedy myślimy o świętych misjonarzach, widzimy potężne postaci, które przemierzały kontynenty. A ona? Nigdy nie opuściła murów swojego Karmelu. Cierpiała na gruźlicę, zmagała się z duchową ciemnością i nadwrażliwością. Jej „światem misyjnym” była pralnia, refektarz i kaplica. A jednak Kościół ogłosił ją patronką misji, zaraz obok giganta, świętego Franciszka Ksawerego. Dlaczego? Bo Teresa zrozumiała to, co Jezus próbował przekazać siedemdziesięciu dwu uczniom.

Odkryła swoją „małą drogę”. Zrozumiała, że nie musi zdobywać duchowych szczytów. Nie musi dokonywać wielkich czynów. Jej misją jest kochać tu i teraz. W tym, co ma. W prochu codzienności. Jest taka historia z jej życia. W klasztorze była starsza, schorowana siostra, która swoim zachowaniem irytowała wszystkich. Była zgorzkniała, nieprzyjemna, wiecznie narzekająca. Kiedy podczas modlitwy w kaplicy stukała różańcem albo szurała, doprowadzało to Teresę do szału. Co zrobiła? Zamiast uciekać, zamiast siadać jak najdalej, postanowiła, że za każdym razem, gdy usłyszy te irytujące dźwięki, będzie się uśmiechać i modlić za tę siostrę, jakby słuchała najpiękniejszej muzyki. To była jej Afryka. To była jej Azja. To było jej „pójście jak owca między wilki”.

Jezus mówi do uczniów: „Nawet proch, który z waszego miasta przylgnął nam do nóg, strząsamy wam”. To gest dla tych, którzy odrzucają Dobrą Nowinę. Ale Teresa zrobiła coś odwrotnego. Ona nie strząsała prochu codziennych irytacji, małych upokorzeń i zmęczenia. Ona w tym prochu znajdowała okruchy złota. W podaniu kubka wody z uśmiechem, w cierpliwym wysłuchaniu narzekań, w złożeniu wypranej bielizny z miłością – tam właśnie „przybliżało się królestwo Boże”. Ona nie musiała nigdzie iść, żeby być misjonarką. Wystarczyło, że była. W swojej małości, w swojej chorobie, w swojej skórze. I w tym wszystkim zobaczyła Boga.

Moje nerki już mdleją

Panie, Ty mnie posyłasz. Nie anioła, nie kogoś lepszego, mądrzejszego i bardziej świętego. Posyłasz mnie, z całym moim wewnętrznym hałasem i zmęczeniem materiału. Daj mi tylko jedno: oczy Hioba, żebym w ruinach mojego życia potrafił zobaczyć Ciebie, mojego Wybawcę. Daj mi odwagę uczniów, żebym nie bał się iść bez zabezpieczeń, ufając tylko Tobie. I daj mi serce małej Teresy, żebym w prochu, który przylepił się do moich nóg pod koniec dnia, potrafił odnaleźć Twoją obecność.

Moja bezbronność jest jedynym naczyniem, które możesz napełnić.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Giulia May, Artem Shuba — via Unsplash