Bez adresu zameldowania

Pług. Zagłębia się w ziemię, która stawia opór. Czuje każdy kamień, każdy splątany korzeń. Nie ma gładkiej drogi, jest tylko siła, która pcha go do przodu, i twarda rzeczywistość, która próbuje go zatrzymać. Każdy z nas ma taki pług w rękach. I każdy z nas zna ten opór materii. Opór własnego życia, które tak kurczowo chcemy uporządkować, ułożyć, zabezpieczyć.
Mamy swoje plany, swoje pięcioletnie strategie na szczęście. Kupić mieszkanie. Spłacić kredyt. Wychować dzieci, żeby poszły na dobre studia. Zabezpieczyć starość. Ułożyć relacje z rodzicami. Wyleczyć wreszcie tę chroniczną chorobę. Mamy swoje nory, jak lisy. Ciepłe, bezpieczne, wykopane latami ciężkiej pracy i kompromisów. Mamy swoje gniazda, jak ptaki podniebne. Uwite z naszych marzeń, lęków, przyzwyczajeń i małych, codziennych rytuałów. To jest nasz świat. Nasza polisa na życie.
I w sam środek tego naszego precyzyjnego planu wchodzi On. Staje obok nas, gdy idziemy swoją drogą, i mówi coś, co wywraca wszystko. Nie obiecuje lepszego gniazda. Nie gwarantuje bezpieczniejszej nory. Mówi coś wstrząsającego: Ja nie mam gdzie położyć głowy. Nie mam adresu. Nie mam ubezpieczenia. Nie mam planu B. Mam tylko drogę. I Ojca. Chcesz iść ze Mną? A w nas wszystko krzyczy: „Zaraz, chwileczkę! Panie, pójdę, oczywiście, że pójdę! Ale pozwól mi najpierw…”. To „najpierw” jest naszą kotwicą rzuconą w starym porcie. „Najpierw” pogrzebię ojca, czyli zamknę stare sprawy, uporządkuję przeszłość. „Najpierw” pożegnam się z domem, czyli upewnię się, że mam dokąd wrócić, gdyby coś poszło nie tak. „Najpierw” załatwię to, co wydaje mi się absolutnie kluczowe. A On patrzy na nas z miłością, która jest równie czuła, co bezwzględna, i mówi: nie ma żadnego „najpierw”. Jest tylko „teraz”.
Kiedy niebo milczy
Hiob siedzi na popiele. Stracił wszystko, co stanowiło jego norę i gniazdo: majątek, dzieci, zdrowie, reputację. Jego przyjaciele przychodzą i serwują mu gotowe odpowiedzi, teologiczne formułki, które mają wyjaśnić Boga. A Hiob, w swoim bólu, jest o wiele bliżej prawdy. On wie, że Bóg nie mieści się w żadnej z naszych szufladek. „Oto przechodzi, ale Go nie widzę, mija, ale Go nie dostrzegam”. To nie jest Bóg z cukierkowej pocztówki, który zawsze odpowiada na maile i głaszcze po głowie. To Bóg, który przesuwa góry, nie pytając nikogo o zdanie. Bóg, który porywa i nikt nie może Mu powiedzieć: „Co czynisz?”.
To jest ten sam Bóg, do którego krzyczy autor Psalmu 88. To jeden z najciemniejszych tekstów w całej Biblii, modlitwa bez happy endu. Nie ma tu żadnego „ale ufam, że mnie wysłuchasz”. Jest tylko surowe, nagie pytanie: „Czemu odrzucasz mnie, Panie, i ukrywasz swoje oblicze przede mną?”. To jest modlitwa z samego dna rozpaczy, z miejsca, gdzie nie widać żadnego cudu, żadnej łaski, żadnej sprawiedliwości. To modlitwa człowieka, który czuje się jak w grobie.
I teraz spójrzmy na Ewangelię. Trzech entuzjastów. Pierwszy, pełen zapału: „Pójdę za Tobą wszędzie!”. Drugi, wezwany osobiście: „Pójdź za Mną”. Trzeci, pełen dobrych chęci: „Chcę pójść, ale…”. Wszyscy chcą dobrze. Ale Jezus wysadza w powietrze cały ten misterny plan oparty na ludzkiej logice. On im pokazuje Boga, którego doświadczyli Hiob i Psalmista. Boga, który nie jest zabezpieczeniem, ale ryzykiem. Boga, który nie jest celem podróży, ale samą drogą. Pójście za Nim oznacza zgodę na bezdomność. Niekoniecznie fizyczną, ale duchową. Zgodę na to, że nie będę już panem swojego życia. Że oddaję stery.
„Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych”. Co za brutalne słowa! Ale tu nie chodzi o brak szacunku dla zmarłych. Jezus używa potężnej metafory. Mówi: są ludzie, którzy całe życie spędzają na grzebaniu. Grzebią stare urazy. Pielęgnują dawne zranienia. Żyją przeszłością, tym, co było. Są duchowo martwi, bo nie potrafią ruszyć do przodu. Ty masz głosić życie, królestwo Boże! Nie możesz jednocześnie trzymać ręki na pługu i odwracać głowy, by patrzeć na groby przeszłości. Pług wymaga patrzenia przed siebie. Inaczej bruzda będzie krzywa, a praca pójdzie na marne.
Tłumacz niewygodnej prawdy
W kalendarzu Kościoła, dokładnie dzisiaj, 30 września, wspominamy człowieka, który te słowa Ewangelii wziął sobie do serca z porażającą dosłownością. Święty Hieronim. Kiedy myślimy „święty”, często widzimy kogoś łagodnego, z aureolą i uśmiechem przyklejonym do twarzy. Hieronim był wszystkim, tylko nie tym. Był geniuszem, intelektualistą, ale też człowiekiem o wybuchowym temperamencie, skłonnym do gniewu i sarkazmu. Miał wszystko, by zbudować sobie najwygodniejsze gniazdo w ówczesnym świecie. Urodzony w zamożnej rodzinie, wykształcony w Rzymie, był skazany na sukces. Czekała na niego kariera, zaszczyty, być może nawet purpura kardynalska. Miał swoją norę. I to willę z basenem.
Aż pewnej nocy miał sen. W tym śnie stanął przed Bożym tronem. I usłyszał pytanie: „Kim jesteś?”. Odpowiedział bez wahania: „Jestem chrześcijaninem”. A Głos z tronu odpowiedział: „Kłamiesz. Jesteś cyceronianinem, a nie chrześcijaninem. Gdzie jest bowiem skarb twój, tam będzie i serce twoje”. Hieronim obudził się zlany potem. Zrozumiał, że jego największą miłością nie był Chrystus, ale literatura klasyczna, filozofia, piękno ludzkiego słowa. Jego serce było w Rzymie, w bibliotekach, w dyskusjach intelektualnych.
I wtedy zrobił coś szalonego. Zostawił wszystko. Porzucił karierę, wygodne życie, towarzyskie salony. Wyjechał na pustynię. A potem na resztę życia zamknął się w małej grocie w Betlejem, tuż obok miejsca, gdzie narodził się Jezus. Po co? Żeby położyć rękę na pługu. Jego pługiem było tłumaczenie Biblii na język zwykłych ludzi, na łacinę. Przez ponad trzydzieści lat, w samotności, znoju i często wbrew wszystkim, tłumaczył Pismo Święte. To była jego odpowiedź na wezwanie: „Pójdź za Mną”. Zrezygnował z miejsca, gdzie mógłby wygodnie położyć głowę, by dać milionom ludzi Słowo, na którym mogliby oprzeć całe swoje życie. On, wielki intelektualista, uznał wszystko za śmieci, byleby pozyskać Chrystusa. Nie oglądał się wstecz. Nie żegnał się ze swoim starym życiem. On je spalił, by zacząć nowe.
Nasze życie w 2026 roku wygląda inaczej. Nasze pustynie to często zgiełk miasta, samotność w tłumie, monotonia codziennych obowiązków. Nasz pług to może wierność w małżeństwie, które przeżywa kryzys. To uczciwość w pracy, gdzie wszyscy oszukują. To cierpliwość przy chorym rodzicu. To walka z nałogiem, który odbiera nam wolność. To każda sytuacja, w której Jezus mówi: „Pójdź za Mną”, a to oznacza porzucenie jakiejś naszej bezpiecznej nory, jakiegoś wygodnego schematu myślenia, jakiegoś grzechu, do którego się przyzwyczailiśmy. To wezwanie do bezdomności. Do życia w drodze.
Bez mapy i bez adresu
Panie, który nie miałeś gdzie oprzeć głowy, przychodzę do Ciebie z moim planem na życie, z moją mapą i adresem zameldowania. Boję się tej drogi, na którą mnie wzywasz, bo nie wiem, dokąd prowadzi. Naucz mnie odwagi Hieronima, bym umiał zostawić to, co fałszywie daje mi bezpieczeństwo. Daj mi siłę, bym trzymając rękę na pługu mojej codzienności, nie oglądał się za siebie.
Prawdziwy dom buduje się tam, gdzie kończą się wszystkie twoje plany.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: BLOG REGION, Tegan Mierle — via Unsplash






