Wicher z pustyni

Wicher. Ten szalony wicher z pustyni, który porusza czterema węgłami domu i grzebie pod gruzami całą twoją przyszłość. Cały twój sens, śmiech twoich dzieci, ich plany, ich kłótnie przy stole, ich zapach na poduszkach. Wszystko znika w jednym, absurdalnym podmuchu. Hiob nie dostał żadnego ostrzeżenia, żadnego e-maila z tytułem „Ważna informacja”, żadnego powiadomienia push na telefonie. Dostał tylko czterech zdyszanych posłańców, z których każdy przynosił gorszą wiadomość od poprzedniej, jak kolejne fale tsunami, które zabierają ci grunt spod nóg.
I ten sam wicher, choć może cichszy i niewidzialny, wieje przez środek naszych mieszkań w 2026 roku. To nie musi być od razu śmierć wszystkich dzieci. Czasem to jedno słowo rzucone w złości przez męża, które burzy dom budowany latami. Czasem to diagnoza lekarska, która wali w fundamenty twojego poczucia bezpieczeństwa. Czasem to chłód w oczach nastoletniego syna, który patrzy na ciebie jak na obcego, i czujesz, jakby jakaś niewidzialna siła właśnie porwała go z twojego życia. To ten moment, kiedy patrzysz na swoje życie – na to, co budowałeś, na relacje, na karierę, na reputację – i widzisz tylko zgliszcza. Pustkę. A w tej pustce, w tej ogłuszającej ciszy po katastrofie, pojawia się to jedno, straszne pytanie, które Szatan zadaje Bogu na samym początku: „Czyż za darmo Hiob czci Boga?”. Czy ja kocham za darmo? Czy moja wiara, moje bycie dobrym człowiekiem, moje niedzielne msze i wieczorne pacierze to wszystko nie jest przypadkiem jakaś umowa, jakiś interes? Ja Ci, Boże, daję moją pobożność, a Ty mi w zamian dajesz spokój, zdrowie i w miarę ogarnięte życie. A kiedy umowa zostaje zerwana, kiedy wicher zabiera wszystko, co wtedy?
Niebiański zakład o wszystko
Ta scena w niebie, z której zaczyna się Księga Hioba, jest absolutnie wstrząsająca. To nie jest jakaś bajeczka o dobrym Bogu i złym diabełku. To jest kosmiczny dramat sądowy. Na scenę wchodzi oskarżyciel. Bo to właśnie znaczy hebrajskie słowo śāṭān – oskarżyciel, prokurator. I ten prokurator stawia tezę, która jest do bólu logiczna i do szpiku kości cyniczna: nikt nie kocha za darmo. Każda relacja to transakcja. Hiob jest „prawy, sprawiedliwy i bogobojny”, bo mu się to opłaca. Ma firmę, która świetnie prosperuje, ma wspaniałą rodzinę, ma status. Zabierz mu to wszystko, mówi oskarżyciel, a zobaczysz, jak szybko jego „miłość” zamieni się w złorzeczenie. Zobaczysz, że cała ta jego pobożność to tylko złota klatka, która chroni go przed chaosem świata.
I dokładnie ten sam prokurator, ten sam śāṭān, wchodzi w sam środek rozmowy uczniów Jezusa. Oni właśnie wracają z misji, gdzie w imię Jezusa czynili cuda. Czują moc. Czują się kimś. I wtedy, jak czytamy, „przyszła im myśl, kto z nich jest największy”. To jest dokładnie ta sama pokusa, ten sam sposób myślenia, co w niebie. Kto jest numerem jeden? Kto ma najlepsze wyniki? Kto zasługuje na najwyższe stanowisko w Królestwie? Ich myślenie jest w stu procentach transakcyjne. Służyliśmy, więc należy nam się nagroda, status, wielkość.
A Jezus? Jezus robi coś, co rozwala cały ten system. Burzy ich misternie budowaną hierarchię jednym gestem. Bierze dziecko. W tamtej kulturze dziecko nie miało żadnych praw, żadnego statusu. Było na samym dole drabiny społecznej. Było synonimem bezbronności, zależności, bycia nikim. I Jezus stawia to „nikogo” pośrodku i mówi: „Patrzcie, to jest wasz nowy model kariery. To jest wasz wzór wielkości. Kto chce być pierwszy, musi stać się ostatnim. Kto chce być kimś, musi zgodzić się na bycie nikim”. Musi przyjąć logikę totalnej darmowości. Dziecko nie musi na nic zasługiwać, żeby być kochane. Po prostu jest. I w tym „byciu” jest cała jego wartość.
Jezus mówi im: wasza wartość nie leży w tym, co robicie, ile demonów wypędzacie i jak bardzo jesteście skuteczni. Wasza wartość leży w tym, że jesteście przyjęci. Że jesteście dziećmi. I dopóki będziecie się licytować, kto jest ważniejszy, dopóty będziecie niewolnikami logiki tego świata, logiki oskarżyciela, który wszystko przelicza na zysk. Dlatego chwilę później, gdy Jan skarży się, że ktoś „nie z naszej paczki” uzdrawia w imię Jezusa, Jezus ucina to krótko: „Przestańcie zabraniać”. Przestańcie budować swoje poczucie wartości na tym, że jesteście w „lepszej” grupie. Bo w moim Królestwie nie ma grup VIP. Jest tylko jedna rodzina, w której największy jest ten, kto potrafi służyć.
Książę, który mył nogi żebrakom
Żyjemy w czasach, w których ta walka o status, o bycie „największym”, osiągnęła apogeum. Każdy z nas ma swój profil w mediach społecznościowych, który jest starannie wyreżyserowanym spektaklem sukcesu. Pokazujemy najlepsze zdjęcia z wakacji, chwalimy się awansem dzieci, lajkujemy i komentujemy, żeby samemu być zauważonym. To jest nieustanna, cicha licytacja. Kto ma lepsze życie? Kto jest bardziej szczęśliwy? Kto jest „kimś”? Ta presja jest potworna. Wyczerpuje nas do cna. Sprawia, że nawet w domu, przy kolacji z najbliższymi, czujemy się jak na rozmowie kwalifikacyjnej, na której musimy udowodnić swoją wartość. Boimy się przyznać do porażki, do słabości, do tego, że sobie nie radzimy. Boimy się, że jeśli wicher z pustyni zawieje i zburzy naszą fasadę, to zostaniemy z niczym. Że nikt nas nie będzie kochał za darmo.
I dokładnie dzisiaj, 28 września, Kościół stawia nam przed oczy postać, która jest żywym zaprzeczeniem tej logiki. To święty Wacław, książę Czech. Człowiek, który miał absolutnie wszystko, czego pragnęli uczniowie w Ewangelii. Miał władzę, status, bogactwo. Był numerem jeden w swoim kraju. Mógł otoczyć się luksusem, budować swoją potęgę, eliminować rywali. A co on robił? Legendy, oparte na historycznych przekazach, mówią, że nocami wymykał się z zamku, żeby osobiście zanosić jedzenie i drewno na opał ubogim wdowom. Że własnymi rękami uprawiał pszenicę i winogrona, z których potem robiono chleb i wino na Mszę świętą. Że na mrozie, idąc boso na poranną modlitwę do kościoła, zostawiał na śniegu krwawe ślady. Jego sługa, który szedł za nim i marzł w stopy, usłyszał od Wacława: „Idź po moich śladach, a poczujesz ciepło”.
On, książę, największy w królestwie, dobrowolnie stawał się najmniejszym. Przyjmował logikę dziecka, logikę sługi. I właśnie to doprowadziło go do śmierci. Jego własny brat, Bolesław, nie mógł znieść tej jego „słabości”. Był przesiąknięty logiką tego świata: władza jest po to, by dominować, a nie służyć. Zaprosił Wacława na ucztę, a potem, gdy ten szedł rano do kościoła, nasłał na niego zabójców. Wacław, ranny, schronił się w świątyni, chwytając się kołatki u drzwi. Tam go dopadli i zamordowali. Zginął, bo wybrał Królestwo, w którym wielkość mierzy się miarą służby, a nie potęgi. Zginął, bo uwierzył, że jego prawdziwa wartość nie leży w koronie na głowie, ale w byciu dzieckiem Boga, które potrafi umyć nogi żebrakom. Jego brat zdobył tron, ale to Wacław zdobył wieczność i stał się patronem swojego narodu.
W Twoich dłoniach
Panie, Ty znasz tę myśl w moim sercu. Tę nieustanną pokusę, by się porównywać, by udowadniać swoją wartość, by być kimś „większym”. Znasz mój lęk przed byciem nikim, przed porażką, przed tym, że gdy wicher zabierze mi wszystko, co mam, okaże się, że nie mam nic. Proszę, postaw dzisiaj pośrodku mojego życia to Dziecko, którym Ty się stałeś, i naucz mnie przyjmować, a nie tylko zdobywać.
Wielkość nie polega na tym, by cię podziwiano, ale na tym, byś potrafił przyjąć Tego, którego nikt nie widzi.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Wolfgang Hasselmann, Kurt Cotoaga — via Unsplash





