Srebrny sznur

Srebrny sznur
Foto: Muna AbuDhair on Unsplash

Proch wraca do ziemi, z której powstał. Ta absolutna pewność Koheleta nie jest poetycką metaforą na odległą przyszłość, ale codzienną diagnozą naszego kapłańskiego organizmu. Srebrny sznur pierwotnej gorliwości, który wydawał się tak mocny w dniu święceń, z czasem przeciera się i w końcu pęka. Złota czara starannie budowanych planów duszpasterskich, lśniąca i pełna, potrafi rozbić się o twardą rzeczywistość jednego telefonu, jednego oszczerstwa, jednej ludzkiej zdrady. Każdy z nas zna ten moment, gdy cichnie łoskot młyna naszej aktywności, a jedynym dźwiękiem staje się głos wewnętrznej pustki, który brzmi dotkliwiej niż śpiew porannego ptaka.

To jest właśnie ten stan, w którym uginają się „silni mężowie”, a „patrzące w oknach” tracą ostrość widzenia. Nie chodzi tu tylko o fizyczne starzenie się, które Kohelet opisuje z brutalną precyzją. Chodzi o starzenie się ducha, o erozję nadziei pod naporem lat spędzonych na mieleniu tych samych spraw, gaszeniu tych samych pożarów, słuchaniu tych samych grzechów. To zmęczenie materii kapłańskiej, które sprawia, że zaczynamy odczuwać lęk przed „wyżyną” – przed każdym nowym wyzwaniem, każdą kolejną reformą, każdą prośbą biskupa, która wymaga wyjścia poza utarty schemat.

Paradounai eis cheiras anthrōpōn

Ewangelia umieszcza nas w punkcie maksymalnego natężenia chwały. Tłumy są w stanie thaumazontōn epi pasin – zdumienia, podziwu, niemal bałwochwalczego zachwytu nad „wszystkimi czynami Jezusa”. To chwila pastoralnego triumfu. Każdy proboszcz, każdy wikariusz zna ten narkotyk – udana pielgrzymka, pełny kościół na odpuście, pochwała od przełożonych. I dokładnie w tym momencie, gdy aplauz jest najgłośniejszy, Chrystus wbija w serca uczniów słowa, które są absolutnym zaprzeczeniem tej logiki: „Syn Człowieczy będzie wydany (paradidotai) w ręce ludzi”.

Greckie paradidōmi to termin techniczny zdrady i kapitulacji. To słowo, którego użyje się na określenie czynu Judasza. Chrystus nie mówi: „odniesie zwycięstwo”, „zostanie ukoronowany”. Mówi: „zostanie wydany, zdradzony, oddany na łup”. To jest skandal, którego umysł apostolski nie jest w stanie przetworzyć. Łukasz notuje z kliniczną precyzją ich potrójną reakcję: nie rozumieli (ēgnooun), było to przed nimi zakryte (parakekalymmenon), bali się zapytać (ephobounto erōtēsai). Ten lęk jest kluczem. Oni nie boją się odpowiedzi, boją się samego pytania. Pytanie o sens porażki w godzinie sukcesu jest zbyt groźne, by je wypowiedzieć na głos. Lepiej trwać w iluzji mocy, niż dotknąć prawdy o konieczności krzyża.

Ta zasłona na ich umysłach nie jest wynikiem braku inteligencji. Jest zasłoną woli. To duchowa blokada, która chroni ich przed prawdą o tym, że autentyczna władza ich Mistrza objawi się nie w cudach, ale w bezsilności; nie w podziwie tłumów, ale w samotności Golgoty. To prawda o kapłaństwie, której przyjęcie jest warunkiem dojrzałości, a której odrzucenie skazuje na wieczną, nerwową pogoń za potwierdzeniem własnej wartości w oczach ludzi.

Lęk przed pytaniem o porażkę

Nasze prezbiteria są pełne apostołów, którzy boją się zapytać. W obliczu kryzysu powołań, spadku autorytetu, wewnętrznych polaryzacji, budujemy narracje sukcesu. Mierzymy żywotność parafii liczbą uczestników festynu, a głębię wiary – sprawnością administracyjną. Stajemy się menedżerami Bożego podziwu, a gdy przychodzi godzina wydania – chwila publicznego upokorzenia, niesprawiedliwego oskarżenia, bolesnej konfrontacji z własną słabością, rozpadu wspólnoty – nie rozumiemy. Słowo o krzyżu pozostaje dla nas zakryte. Boimy się zapytać Boga: „Co to znaczy? Dlaczego na to pozwalasz właśnie teraz, gdy wszystko zdawało się iść tak dobrze?”.

Święci Kosma i Damian, których dziś wspominamy, byli lekarzami. Ich posługa, jak żadna inna, była mierzalna i widoczna. Uzdrowione ciało jest namacalnym dowodem sukcesu. A jednak Kościół nie czci ich jako skutecznych medyków, ale jako męczenników. Ich ostatecznym dziełem nie było kolejne udane leczenie, ale ich własna śmierć – całkowite paradidōmi na wzór Mistrza. Zostali wydani w ręce ludzi. Ich tożsamość dopełniła się nie w chwili, gdy tłum podziwiał ich umiejętności, ale w chwili, gdy bezsilni stanęli przed katem. Byli anargyroi, „bezsrebrnikami”, nie tylko dlatego, że nie brali zapłaty. Byli nimi przede wszystkim dlatego, że ich posługa nie podlegała logice transakcyjnej – sukces za podziw, wysiłek za wdzięczność.

Nasza kapłańska choroba polega na tym, że chcemy być uzdrowicielami, ale nie chcemy być wydani. Pragniemy chwały Taboru bez konieczności zejścia do doliny, w której czeka zdrada. Lęk przed zapytaniem Chrystusa o sens naszych porażek, upokorzeń i momentów bezsilności jest lękiem przed odkryciem, że to właśnie w nich, a nie w naszych sukcesach, najpełniej upodabniamy się do Niego – wydanego w ręce ludzi Arcykapłana.

Syn Człowieczy musi

Boska konieczność Krzyża unieważnia ludzką logikę podziwu, a strach przed pytaniem o sens cierpienia jest jedynym prawdziwym niepowodzeniem w kapłaństwie.Prawdziwa rozmowa z Nim zaczyna się tam, gdzie kończą się oklaski.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Ben White, Muna AbuDhair — via Unsplash