Chmury powracające po deszczu

Proch, do którego wracamy. Taka jest pierwsza i ostatnia prawda o naszych ciałach, o naszych planach, o tym wszystkim, co z takim trudem budujemy, co nazywamy „naszym życiem”. Stoi za tym jakaś brutalna, szorstka czułość Boga, który mówi do nas przez Psalmistę: „Wracajcie, synowie ludzcy”. To nie jest groźba. To jest przypomnienie o adresie. Ostatecznym punkcie docelowym, który wpisany jest w naszą nawigację od dnia narodzin.
I my to czujemy. Gdzieś pod skórą, w przerwach między jednym deadlinem a drugim, między odwiezieniem dzieci na zajęcia a szybkim telefonem do starzejących się rodziców. Czujemy to w środku nocy, gdy budzi nas niewytłumaczalny lęk. Czujemy to, gdy patrzymy w lustro i widzimy nową zmarszczkę, której wczoraj jeszcze nie było. Czujemy, jak ten „srebrny sznur” naszego życia jest napięty i kruchy. I wtedy robimy wszystko, żeby o tym nie myśleć. Uciekamy. W seriale, w pracę po godzinach, w niekończące się scrollowanie newsów, w planowanie kolejnych wakacji, remontu, zakupu. Budujemy sobie świat, w którym wszystko jest pod kontrolą, wszystko jest przewidywalne, a my jesteśmy na fali wznoszącej.
To jest ten moment z dzisiejszej Ewangelii. Ten absolutny szczyt. Jezus właśnie dokonał cudu. Tłum szaleje. Uczniowie pęcznieją z dumy. Są w centrum wszechświata, u boku Kogoś, kto ma całą moc. To jest ten moment, kiedy w firmie dostajesz awans. Kiedy dziecko przynosi świadectwo z czerwonym paskiem. Kiedy lekarz mówi: „wyniki są dobre”. Kiedy wszystko się układa, a słońce świeci tak jasno, że mrużysz oczy. Wszyscy są „pełni podziwu”. I dokładnie w tym momencie, na samym szczycie tej euforii, Jezus robi coś absolutnie wstrząsającego. Przerywa fiestę. Ucisza oklaski. I rzuca im w twarz zdanie, które jest jak kamień w szybę. Jak nagły powiew lodowatego wiatru w upalny dzień. „Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi”. Koniec imprezy.
Powiedzenie, którego nie da się zrozumieć
To jest święty paradoks naszej wiary. Bóg nie czeka, aż będziemy na dnie, żeby mówić nam o krzyżu. On mówi o nim wtedy, gdy jesteśmy na szczycie. Kiedy wydaje nam się, że już wszystko złapaliśmy, że rozumiemy zasady gry. Uczniowie myśleli, że idą za Zwycięzcą, za Kimś, kto założy potężne, ziemskie królestwo. A On im mówi: „Idziecie za Kimś, kto zostanie wydany. Związany. Odrzucony”. To jest logika odwróconego królestwa, której oni wtedy „nie pojęli”. I my też jej nie ogarniamy.
Bo to jest wbrew wszystkiemu, czego uczy nas świat. Świat mówi: gromadź, zdobywaj, zabezpieczaj się, bądź silny, nie daj się. A Jezus mówi: „Będziesz wydany”. To znaczy: będziesz oddany. Twoje życie ma sens nie wtedy, gdy je kurczowo trzymasz dla siebie, ale wtedy, gdy staje się darem. Gdy twoje ręce, zamiast zaciskać się na tym, co „moje”, otwierają się, by kogoś przytulić, komuś pomóc, coś bezinteresownie stworzyć. Bycie „wydanym” to tajemnica każdej prawdziwej miłości. Mąż jest „wydany” żonie, żona mężowi. Rodzice są „wydani” dzieciom. Przyjaciel jest „wydany” przyjacielowi. To znaczy, że dobrowolnie oddajesz komuś kawałek swojego życia, swojego czasu, swojej wolności, swojego serca. I to boli. I to kosztuje. I to jest krzyż.
Kohelet, ten stary, mądry realista, opisuje to z poetycką precyzją. „Ciesz się, młodzieńcze!”. Tak! Ciesz się słońcem, dobrym jedzeniem, miłością, pasją. Bóg nie jest księgowym, który zabrania radości. Ale pamiętaj – mówi Kohelet – że to wszystko jest hevel. To hebrajskie słowo tłumaczymy jako „marność”, ale ono znaczy coś o wiele subtelniejszego. Hevel to ulotny oddech w mroźny dzień. To para unosząca się nad kubkiem gorącej herbaty. Coś, co jest realne, piękne, prawdziwe, ale czego nie da się złapać i zatrzymać na własność. Próba zbudowania całego swojego życia na hevel – na młodości, zdrowiu, sukcesie, urodzie – jest jak próba zbudowania domu z mgły. Dlatego Jezus przerywa uczniom tę chwilę upajania się hevel – podziwem tłumu – i pokazuje im jedyną rzecz, która nie jest mgłą: miłość, która posuwa się aż do bycia „wydanym”.
A oni? „Bali się zapytać Go o to powiedzenie”. To jest chyba najbardziej bolesne i najbardziej prawdziwe zdanie w całej tej Ewangelii. Strach przed Prawdą. Strach przed zadaniem pytania, na które odpowiedź może wywrócić całe twoje życie. Wolimy żyć w bezpiecznej nieświadomości. Nie pytać żony, czy jest naprawdę szczęśliwa. Nie pytać samego siebie, czy praca, którą wykonuję, ma jakikolwiek głębszy sens. Nie pytać Boga, czego On tak naprawdę ode mnie chce. Bo odpowiedź może zaboleć. Bo odpowiedź może oznaczać, że trzeba będzie coś zmienić. Coś stracić. Z czegoś zrezygnować. Bali się zapytać, bo woleli ciepłą iluzję królestwa sukcesu niż mroźną prawdę o królestwie krzyża.
Lęk przed wyżyną i strach na drodze
Dokładnie dzisiaj, 26 września, Kościół wspomina dwóch ludzi, którzy nie bali się pytać i usłyszeli odpowiedź całym swoim życiem. Święci Kosma i Damian. Byli braćmi bliźniakami, żyjącymi na przełomie III i IV wieku. I byli lekarzami. Wyobraź sobie ich codzienność. Oni na co dzień dotykali tego, o czym tak poetycko pisze Kohelet. Widzieli, jak „trzęsą się stróże domu” – drżące ręce starców. Widzieli, jak „zaćmiewają się patrzące w oknach” – gasnący wzrok chorych. Codziennie mierzyli się z kruchością ciała, z tym, że wszystko jest hevel, ulotną parą.
Byli genialnymi medykami. Słynęli w całej okolicy. Mogli być bogaci, ustawieni, wpływowi. Mogli zbudować sobie imperium na ludzkim cierpieniu. Ale oni zrozumieli „powiedzenie, którego nie da się zrozumieć”. Zrozumieli, że życie ma sens nie w braniu, ale w byciu „wydanym”. Dlatego leczyli wszystkich za darmo. Nazywano ich anargyroi – „bezsrebrnicy”. Ich życie było jednym wielkim aktem bycia „wydanym” dla innych. Byli na absolutnym szczycie – podziwiani, kochani, szanowani. Dokładnie jak uczniowie w tamtej chwili z Ewangelii.
I wtedy, w samym środku tego podziwu, przyszło do nich ich „powiedzenie”. Prześladowania za cesarza Dioklecjana. Zostali aresztowani i postawieni przed namiestnikiem. I usłyszeli propozycję: złóżcie ofiarę pogańskim bogom, a ocalicie swoje życie, swoją karierę, swoją pozycję. To był ich moment prawdy. Mogli kurczowo uczepić się tego, co hevel – swojego życia, sukcesu. Mogli stchórzyć i „bać się zapytać”, co tak naprawdę jest ważne. Ale oni już znali odpowiedź. Wiedzieli, że jedyne, co się liczy, to wierność Temu, który sam został „wydany w ręce ludzi”.
Tradycja mówi, że torturowano ich w okrutny sposób. Ale oni, wydani w ręce ludzi, ostatecznie nie należeli do nich. Należeli do Boga. W ich historii wypełniła się Ewangelia. W momencie największej klęski, w godzinie męczeńskiej śmierci, odnieśli największe zwycięstwo. Zrozumieli, że ten „srebrny sznur” życia, nawet jeśli zostanie brutalnie przerwany przez człowieka, nie jest końcem, bo jego drugi koniec trzyma w ręku Stwórca.
My nie stoimy przed rzymskim namiestnikiem. Ale codziennie stajemy przed małymi wyborami. Czy „wydać” swój wieczór dla zmęczonej żony, czy dla kolejnego odcinka serialu? Czy „wydać” swoje pieniądze, by pomóc komuś w potrzebie, czy na kolejny gadżet, który jest tylko hevel? Czy „wydać” swoje serce na trudną, ale prawdziwą rozmowę z dorastającym dzieckiem, czy uciec w bezpieczną ciszę? Każdy taki wybór to nasza odpowiedź na to „trudne powiedzenie”. Każdy taki wybór to decyzja, czy budujemy na skale, czy na mgle.
Naucz nas liczyć dni nasze
Panie, który przychodzisz z trudnym słowem w sam środek naszej małej fiesty, daj nam odwagę. Daj nam odwagę, byśmy nie bali się pytać Ciebie i siebie o to, co najważniejsze. Ulecz w nas ten paraliżujący lęk przed prawdą, która może nas kosztować. Pomóż nam zobaczyć, że wszystko, czego tak kurczowo się trzymamy, jest tylko piękną mgłą, a jedyną trwałą rzeczą jest miłość, która potrafi siebie wydać.
Najgłębsza radość rodzi się tam, gdzie przestajemy bać się pytać.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Anandu Vinod, David Ballew — via Unsplash





