Opoka, która pęka pod nogami

Opoka, która pęka pod nogami
Foto: Peaky Frames on Unsplash

Opoka. Twarda, zimna skała pod stopami, która daje złudzenie, że stoisz na czymś pewnym. Budujesz na niej całe swoje życie. Układasz cegiełka po cegiełce: relację, która miała być na zawsze; karierę, która miała zapewnić spokój; zdrowie, które wydawało się niewyczerpane; obraz samego siebie – dobrego rodzica, sprawnego pracownika, ogarniętego człowieka. To twoja prywatna opoka, twój kawałek stałego lądu w świecie, który wiruje jak szalony. Aż pewnego dnia czujesz drżenie. Pęknięcie. Cienka rysa, która idzie przez sam środek tego, co wydawało ci się niewzruszone.

Kohelet, ten stary, mądry facet, który widział już wszystko, mówi dziś bez znieczulenia: jest czas budowania i czas burzenia. Czas sadzenia i czas wyrywania. Czas śmiechu i czas płaczu. My kochamy pierwszą część tej wyliczanki. Chcemy tylko sadzić, budować i śmiać się. A kiedy przychodzi ten drugi czas – czas wyrywania, burzenia i płaczu – czujemy się oszukani. Zdradzeni przez los, przez Boga, przez życie. Stajemy na gruzach naszej opoki i pytamy: „Co poszło nie tak? Gdzie popełniłem błąd?”. Przecież wszystko miało być inaczej. Przecież ten plan był idealny. Nasz plan.

To uczucie, gdy wali się misternie budowana konstrukcja. Gdy telefon od lekarza zmienia wszystko. Gdy słowa powiedziane w złości przez kogoś, kogo kochasz, kruszą fundamenty. Gdy patrzysz w lustro i nie poznajesz tego zmęczonego człowieka, który stracił cały zapał. To nie jest czas na filozoficzne dysputy. To jest czas surowego, egzystencjalnego bólu. Poczucia, że grunt usuwa ci się spod nóg, a ty spadasz w jakąś czarną otchłań chaosu, gdzie nie ma żadnego sensu, żadnego „dlaczego”. Gdzie jest tylko twarda, bolesna rzeczywistość porażki.

Najgorsza odpowiedź na najlepsze pytanie

I właśnie w takim momencie, w samym środku naszego życiowego trzęsienia ziemi, przychodzi Jezus. Nie z gotową instrukcją naprawy świata. Nie z siedmioma krokami do wyjścia z kryzysu. Przychodzi z jednym, prostym, ale przeszywającym na wylot pytaniem. Staje gdzieś na osobności, z dala od zgiełku, od tych wszystkich, którzy czegoś od Niego chcą. Patrzy na swoich najbliższych kumpli, tych, którzy rzucili dla Niego wszystko. I pyta. Najpierw sonduje: „Za kogo uważają Mnie tłumy?”. To takie pytanie na rozgrzewkę. Tłumy mają swoje opinie, swoje teorie. Jan Chrzciciel, Eliasz, jakiś prorok. Tłumy zawsze mają jakieś etykietki. Łatwo jest powtarzać to, co mówią inni.

Ale potem Jezus robi coś, co mrozi krew w żyłach. Skraca dystans. Jego wzrok świdruje cię na wylot i pyta: „A ty? Ty za kogo Mnie uważasz?”. To już nie jest ankieta. To jest konfrontacja. To pytanie o wszystko. O to, na czym budujesz. O to, kim On tak naprawdę jest w twoim rozwalonym świecie.

Piotr, jak to Piotr, porywczy i odważny, wypala z odpowiedzią, która wydaje się strzałem w dziesiątkę. To jest odpowiedź, na którą czekał cały Izrael. Odpowiedź, która ma w sobie moc bomby atomowej: „Za Mesjasza Bożego!”. Koniec. Kropka. Trafiony, zatopiony. Wreszcie to padło. Mesjasz. Ten, który przywróci królestwo, pokona wrogów, zaprowadzi porządek. Ten, który poskleja wszystkie nasze połamane światy. To jest definicja sukcesu. To jest odpowiedź, która ma być opoką.

I co robi Jezus? Klepie go po plecach? Mówi: „Brawo, Piotrze, zdałeś egzamin”? Nic z tych rzeczy. Reaguje w sposób absolutnie szokujący. „Surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili”. Chwila, co? Dlaczego? Przecież to jest najlepsza wiadomość na świecie! A potem następuje cios, który zwala z nóg. Jezus, jakby jednym ruchem zrywał wszystkie kolorowe plakaty z wizerunkiem superbohatera, mówi: „OK, jestem Mesjaszem. Ale teraz posłuchajcie, co to naprawdę znaczy. To znaczy, że muszę wiele wycierpieć. Że zostanę odrzucony. Że Mnie zabiją”.

To jest moment, w którym ich opoka pęka. Ich definicja Boga, zbawienia i sensu właśnie legła w gruzach. Chcieli Mesjasza od „czasu budowania”, a On zapowiada „czas burzenia”. Chcieli kogoś, kto da im siłę, a On mówi o odrzuceniu. Chcieli zwycięstwa, a On mówi o śmierci. Jezus brutalnie konfrontuje ich ludzką, skrojoną na miarę potrzeb definicję z Bożą, szokującą rzeczywistością. Mówi im prosto w twarz: „Wasze wyobrażenie o Mnie jest zbyt małe, zbyt bezpieczne, zbyt ludzkie. Pozwólcie, że wam pokażę, kim jestem naprawdę. Ale to będzie bolało”.

Człowiek, który szedł w złą stronę

Dokładnie 25 września Kościół wspomina człowieka, który przeżył to zderzenie w najbardziej namacalny sposób. Nazywał się Kleofas. Był jednym z uczniów. Szedł za Jezusem, słuchał Go, widział cuda. On też miał w głowie swoją definicję: „Mesjasz Boży”. Król. Zwycięzca. Wyzwoliciel. I ta definicja została brutalnie zamordowana w Wielki Piątek. Trzy dni po tym, jak jego Mistrz zawisł na krzyżu, Kleofas robił to, co robi każdy z nas, gdy jego świat się wali: uciekał.

Szedł drogą do Emaus. To nie był zwykły spacer. To była pielgrzymka w kierunku przeciwnym. Odwrócił się plecami do Jerozolimy – miasta nadziei, które stało się miastem jego największej porażki. Szedł do Emaus – do jakiejś sennej, prowincjonalnej dziury, żeby zapomnieć. Żeby schować się przed bólem, rozczarowaniem i wstydem. Jego twarz, jak pisze Łukasz, była „smutna”. To mało powiedziane. Jego twarz była mapą zgliszcz, jakie zostały po jego wierze.

I wtedy dołącza do niego Nieznajomy. Zaczyna rozmowę, a Kleofas wylewa z siebie całą gorycz. To jest jeden z najbardziej ludzkich i bolesnych monologów w całej Biblii. On mówi: „A myśmy się spodziewali…”. Słyszysz ten jęk? To jest krzyk każdego, komu życie nie poszło zgodnie z planem. „Myśmy się spodziewali, że On wyzwoli Izraela. A tymczasem… skazali Go, ukrzyżowali. Już trzeci dzień mija”. To jest raport z epicentrum katastrofy. To jest echo Piotrowego wyznania, ale wypowiedziane z perspektywy grobu. „Mieliśmy swoją definicję Mesjasza. I ta definicja właśnie umarła”.

Co robi Jezus? Nie mówi: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze”. Nie klepie go po ramieniu. Robi dokładnie to samo, co zrobił Piotrowi. Zaczyna burzyć jego stare wyobrażenia, żeby zbudować coś nowego, prawdziwego. Tłumaczy mu Pisma. Pokazuje, że cierpienie, odrzucenie i śmierć nie były wypadkiem przy pracy. Nie były planem B. Były od początku wpisane w definicję Mesjasza. Mówi mu: „O, nierozumni! Jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?”. Innymi słowy: „Twoja definicja Boga była zła, Kleofasie. Była za mała. Pozwól, że pokażę ci prawdziwą”.

Przełom następuje przy stole. Przy łamaniu chleba. W geście tak prostym, tak codziennym, Kleofasowi otwierają się oczy. Poznaje Go. I w tym momencie, gdy Jezus znika, dzieje się cud. Kleofas, który jeszcze przed chwilą uciekał od miejsca swojej porażki, natychmiast zawraca. Biegnie z powrotem do Jerozolimy. Tam, gdzie wszystko się zawaliło. Tam, gdzie jego nadzieje umarły. Ale teraz to już nie jest miasto klęski. To jest miasto świadectwa. On wraca, żeby powiedzieć innym: „Myliliśmy się. Nasza definicja była błędna. On jest Mesjaszem, ale zupełnie innym, niż myśleliśmy. On jest Bogiem, który zwycięża przez porażkę, który daje życie przez śmierć”.

Zostań

Panie, kiedy wali się moja opoka i wszystkie moje definicje Ciebie i mojego życia okazują się gruzem, przyjdź do mnie jak do Kleofasa. Nie musisz nic mówić, nie musisz niczego naprawiać. Po prostu idź obok mnie w tej mojej smutnej drodze do Emaus. I zostań ze mną, gdy zapada zmierzch, a ja już niczego nie rozumiem.

Pozwól, by Bóg był Bogiem, zwłaszcza wtedy, gdy nie pasuje do twoich oczekiwań.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Mike Erskine, Peaky Frames — via Unsplash