Fałsz i chleb

Fałsz i chleb
Foto: Pierre Bamin on Unsplash

Proch. Ten sam, który strząsamy z sandałów jako świadectwo, jest materią, z której zostaliśmy ulepieni i w którą się obrócimy, razem z naszymi planami duszpasterskimi, dekretami i rocznicami święceń. To ostateczny, brutalny komentarz do naszych ambicji i lęków. Właśnie dlatego modlitwa z Księgi Przysłów jest tak bezwzględnie szczera: „nie dawaj mi bogactwa ni nędzy”. To nie jest prośba o finansową stabilizację kurialnego urzędnika, ale krzyk duszy kapłańskiej rozdartej między dwiema formami kłamstwa. Kłamstwem bogactwa, które szepcze: „wystarczysz sobie, twoja inteligencja, twoje zdolności, twoje sukcesy to dowód, że Bóg cię nie potrzebuje”, i kłamstwem nędzy, które syczy: „jesteś bezużyteczny, twoja posługa jest jałowa, Bóg o tobie zapomniał, więc zacznij kraść resztki pocieszenia dla siebie”.

Obie te pokusy prowadzą do tego samego – do targnięcia się na Imię Boga, przez przypisanie sobie Jego mocy albo przez zwątpienie w nią. Żyjemy w tym napięciu każdego dnia, administrując dobrami materialnymi i duchowymi, balansując na linie między poczuciem misyjnej obfitości a paraliżującą świadomością własnej pustki. Pragniemy jedynie „chleba niezbędnego”, tego lechem chuqqi, chleba wyznaczonego, porcji na dziś. A jednak nieustannie gromadzimy zapasy na jutro: gromadzimy argumenty, zabezpieczenia, strategie, ludzkie sympatie, budując fortecę, która ma nas chronić przed ostatecznym ogołoceniem, do którego i tak jesteśmy wezwani.

Δύναμιν καὶ ἐξουσίαν

Ewangelia Łukasza jest precyzyjna w kwestii udzielonej nam władzy. Chrystus nie daje Dwunastu ogólnego błogosławieństwa czy duchowego wsparcia. Daje im dynamin kai exousian – moc i władzę. To nie są synonimy. Dynamis to surowa, czynna siła, zdolność do dokonywania cudów, ta sama energia, która działała w Jezusie. Exousia to autorytet, delegowane prawo do działania w czyimś imieniu, jurysdykcja nad złem. Otrzymujemy jedno i drugie. Otrzymujemy siłę zdolną przemieniać rzeczywistość i autorytet, by tę siłę legalnie stosować przeciwko demonicznym strukturom. Kluczowe jest jednak to, że ta podwójna inwestytura jest nierozerwalnie złączona z nakazem absolutnego ubóstwa.

„Nie bierzcie nic na drogę”. To nie jest ascetyczna sugestia, lecz warunek techniczny działania Bożej mocy. Laska (rhabdos) to symbol oparcia i obrony. Torba podróżna (pēra) to symbol samowystarczalności i zapasów. Chleb (artos) to podstawowe zabezpieczenie bytu. Pieniądze (argyrion) to uniwersalny środek do rozwiązania ludzkich problemów. Chrystus konfiskuje nam wszystkie te narzędzia. Dlaczego? Ponieważ każda z tych rzeczy jest potencjalnym izolatorem, który odcina nas od źródła dynamis. Każda nasza polisa ubezpieczeniowa, każdy plan B, każda ludzka kalkulacja staje się barierą dla mocy, która objawia się wyłącznie w słabości. Wysłannik, który ma wszystko, czego potrzebuje, nie jest już świadkiem Boga, który jest wszystkim. Staje się co najwyżej sprawnym menedżerem lub wędrownym filantropem.

Gest strząśnięcia prochu (koniortos) nie jest wyrazem kapłańskiej frustracji czy urażonej dumy. To akt prorocki, prawny. To martyrion ep' autous – „świadectwo przeciwko nim”. Oznacza: „Nasza misja tu się kończy. Nie obciąża nas wasza niewiara. Od teraz odpowiadacie za nią sami przed Bogiem”. To gest, który uwalnia apostoła od paraliżującego ciężaru odpowiedzialności za owoce swojej pracy. Mamy głosić i uzdrawiać, a nie kolekcjonować sukcesy. Mamy być kanałami łaski, a nie jej recenzentami.

Depozytariusz, nie właściciel

Wspomnienie św. Pio z Pietrelciny, które przypada właśnie dzisiaj, jest brutalnym komentarzem do tej Ewangelii. Człowiek ten był żywym dowodem na to, że dynamis kai exousia działają wprost proporcjonalnie do stopnia ogołocenia. Odebrano mu niemal wszystko: zdrowie, reputację, wolność sprawowania sakramentów, zaufanie przełożonych. Pozbawiono go laski, torby, chleba i pieniędzy w sensie duchowym i fizycznym. A właśnie wtedy, w celi klasztornej, w izolacji i upokorzeniu, stał się jednym z najpotężniejszych egzorcystów i uzdrowicieli w historii Kościoła. Jego władza nad złem nie pochodziła z kursów duszpasterskich, książek czy kościelnych urzędów. Pochodziła z jego stygmatów – z radykalnego upodobnienia do ogołoconego i ukrzyżowanego Chrystusa.

Nasze kapłańskie kryzysy tożsamości często rodzą się w tym samym punkcie: mylimy władzę z posiadaniem. Traktujemy sakramenty, parafię, wiedzę teologiczną jak naszą własność, jak narzędzia w naszej torbie, które mają nam zapewnić bezpieczeństwo i status. Tymczasem jesteśmy jedynie depozytariuszami. Nasza jedyna siła leży w naszej dyspozycyjności, w gotowości do bycia posłanym bez zabezpieczeń. Ucieczka w biurokrację, w zarządzanie, w budowanie struktur jest często ucieczką od przerażającej wolności, jaką daje pusta torba. Łatwiej jest wypełniać rubryki w sprawozdaniu niż stanąć bezbronnie przed człowiekiem opętanym przez zło i mieć do zaoferowania tylko Imię Jezusa.

Polaryzacja w prezbiterium, wypalenie, poczucie bezsensu – wszystko to są objawy choroby, której źródłem jest próba oparcia posługi na czymś innym niż na surowej mocy Słowa i Sakramentu. Próbujemy nieść Ewangelię, trzymając kurczowo w drugiej ręce laskę własnych przekonań, torbę sprawdzonych metod i sakiewkę ludzkich oczekiwań. Chrystus mówi dziś do każdego z nas, osobiście: „Puść to wszystko. Zaufaj tylko Mocy, którą ci dałem. To wystarczy”.

Tylko Słowo

Władza, którą otrzymaliśmy, nie jest naszą własnością do administrowania, ale darem do rozdania. Jej jedynym warunkiem jest nasza zgoda na bycie bezbronnym, na posiadanie wyłącznie Tego, który nas posyła. Skuteczność naszej posługi nie zależy od tego, co zebraliśmy w torbie, lecz od tego, co pozwoliliśmy sobie odebrać. Opuść twierdzę.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Ahna Ziegler, Pierre Bamin — via Unsplash