Proch z nóg

Proch. Taki zwykły, szary pył, który osiada na meblach, kiedy na chwilę zapomnisz o sprzątaniu. Ten sam proch, który Jezus każe strząsnąć z nóg na świadectwo. Ale jest też inny proch. Taki niewidzialny, który osiada na sercu. Proch zdeptanych marzeń, proch dawnych zranień, których nie potrafisz odkurzyć. Proch zmęczenia po kolejnym dniu, kiedy znowu nie starczyło ci sił, żeby być dobrym ojcem, czułą matką, obecnym przyjacielem. Proch porażki, kiedy znowu poległeś na tym samym grzechu, choć przysięgałeś sobie, że tym razem będzie inaczej.
Nosimy ten proch ze sobą wszędzie. Wciska się w każdą szczelinę życia. Czujesz go w gardle, kiedy próbujesz się modlić, a z ust wychodzą tylko puste formułki. Czujesz jego ciężar na powiekach, kiedy scrollujesz bezmyślnie telefon, byle tylko nie myśleć, nie czuć, nie konfrontować się z tym, co naprawdę boli. I ten proch, ten pył naszych codziennych przegranych, staje się naszym świadectwem. Świadectwem przeciwko nam samym. Mówi nam szeptem: „Nie nadajesz się. Jesteś za słaby. Znowu zawiodłeś. Bóg o tobie zapomniał”.
I w samym środku tej naszej zakurzonej, szarej egzystencji przychodzi On i mówi coś kompletnie od czapy. Coś, co burzy cały nasz system zabezpieczeń. Coś, co brzmi jak przepis na totalną katastrofę.
Gołe ręce Boga
„Nie bierzcie nic na drogę”. Słyszysz to? To nie jest jakaś drobna sugestia dotycząca pakowania. To jest rewolucja. To jest wywrócenie do góry nogami wszystkiego, co świat nam wbija do głowy od dziecka. A świat mówi: „Zabezpiecz się. Weź laskę, żeby mieć się na czym oprzeć. Weź torbę, żeby mieć gdzie schować to, co zdobędziesz. Weź chleb, żeby nie być głodnym. Weź pieniądze, bo bez nich jesteś nikim”. Miej plan A, plan B i najlepiej jeszcze plan C. Zbuduj sobie poduszkę finansową. Zadbaj o swoją markę osobistą. Miej kontakty. Miej polisę na życie. Miej coś. Cokolwiek. Byle nie iść z pustymi rękami.
A Jezus mówi: „Idź z pustymi rękami”. Idź bez zabezpieczeń. Bez polisy. Bez planu B. Idź tak, jakbyś nie miał nic do stracenia, bo faktycznie – nie masz mieć nic. Twoim jedynym kapitałem ma być Moja moc. Twoim jedynym ubezpieczeniem ma być Moje słowo. Twoim jedynym prowiantem ma być Moja obecność. To jest jakiś kosmos. To jest czyste szaleństwo w logice świata, który każe nam gromadzić, kolekcjonować i zabezpieczać.
I dokładnie o to samo szaleństwo, o ten święty stan nieważkości, modli się autor Księgi Przysłów. Zobacz, jaka to jest genialna, precyzyjna modlitwa: „Fałsz i kłamstwo oddal ode mnie, nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym”. To nie jest modlitwa o przeciętność. To jest błaganie o ten idealny punkt duchowego napięcia, w którym jesteś totalnie, absolutnie, w stu procentach zdany na Boga. Nie masz za mało, żeby z rozpaczy zacząć kraść i bluźnić. Ale nie masz też za dużo, żeby w poczuciu sytości i samowystarczalności powiedzieć: „A któż to jest Pan?”. To jest modlitwa o życie na krawędzi zaufania. O życie, w którym każdego dnia musisz na nowo uwierzyć, że On cię nakarmi. Że On cię poprowadzi. Że On ci wystarczy.
Uczniowie nie musieli się o to modlić. Jezus im to po prostu zaaplikował. Wyrzucił ich ze strefy komfortu. Zabrał im wszystko, co dawało im iluzję panowania nad sytuacją. Zostawił ich z gołymi rękami, żeby te ręce mogły stać się rękami Boga. Żeby mogły uzdrawiać, wypędzać demony i błogosławić. Bo widzisz, Bóg nie może napełnić rąk, które są już zaciśnięte na naszych własnych skarbach, planach i zabezpieczeniach. On potrzebuje naszych pustych dłoni.
Stygmaty i puste kieszenie
Dokładnie 23 września Kościół wspomina człowieka, który całe życie przeżył z pustymi rękami, a jednocześnie Bóg napełnił je taką mocą, że drżał przed nim cały świat, ten widzialny i niewidzialny. Mówię o Ojcu Pio. Świętym z Pietrelciny.
Myślimy o nim: stygmaty, cuda, bilokacje, czytanie w ludzkich sercach. Widzimy potęgę. Ale zapominamy o cenie tej potęgi. A ceną było totalne ogołocenie. Ceną było to, co Jezus zaaplikował swoim uczniom: „Nie bierzcie nic na drogę”. Przez lata Ojciec Pio był zamknięty w klasztorze jak w więzieniu. Przez długi czas miał odgórny, watykański zakaz publicznego odprawiania Mszy, spowiadania, rozmawiania z ludźmi. Wyobrażasz to sobie? Największy spowiednik XX wieku z zakazem spowiadania. Człowiek, dla którego Eucharystia była sercem istnienia, z zakazem celebrowania jej z ludem. Odebrano mu wszystko. Zabrano mu „laskę” jego kapłaństwa, „torbę” jego charyzmatów, „chleb” jego posługi. Został sam, z krwawiącymi ranami na dłoniach, stopach i w boku. Został z niczym.
To był jego moment „strząśnięcia prochu”. Tylko że to nie on strząsał proch. To z niego strząsano proch, traktując go jak kogoś podejrzanego, niebezpiecznego. I co on wtedy zrobił? Nie buntował się. Nie pisał listów protestacyjnych. Nie budował sobie podziemnego Kościoła. On przyjął to ogołocenie. Zszedł do samego dna bezsilności. Został z pustymi rękami i pustym sercem, które mógł napełnić już tylko Bóg.
I właśnie wtedy, w tym największym upokorzeniu, w tej skrajnej bezradności, jego moc eksplodowała. Bo jego moc nie pochodziła z pozwoleń, dekretów ani z ludzkiego uznania. Pochodziła z ran. Z pustych rąk, które stały się naczyniem dla Bożej potęgi. Ludzie i tak walili do niego drzwiami i oknami, bo czuli, że tam, w tym upokorzonym człowieku, jest obecny żywy Bóg.
My też mamy swoje małe zakazy i dekrety. Czasem wydaje je nam szef, który nas nie docenia. Czasem współmałżonek, który nas nie rozumie. Czasem choroba, która zamyka nas w czterech ścianach. Czasem po prostu nasza własna słabość, która nie pozwala nam zrobić tego, co byśmy chcieli. Czujemy się ogołoceni, bezradni, niepotrzebni. Z pustymi rękami. I to jest ten moment prawdy. To jest nasza misja. To jest nasze San Giovanni Rotondo. Czy w tej bezsilności zaczniemy bluźnić i kraść resztki godności, czy pozwolimy, by nasze puste ręce Bóg napełnił swoją mocą? Czy uwierzymy, że właśnie teraz, gdy nie mamy nic, możemy mieć wszystko?
Tylko tyle, ile trzeba
Panie, jak ciężko jest iść z pustymi rękami przez świat, który krzyczy, żeby je napełniać. Jak bardzo boimy się tego ogołocenia, tej bezbronności, tego zdania się tylko na Ciebie. Zabierz nam, prosimy, ten lęk przed pustką, bo to on każe nam chwytać się byle czego. Daj nam dzisiaj odwagę, by wypuścić z dłoni choć jedną rzecz, której kurczowo się trzymamy, a która nie jest Tobą.
Prawdziwa moc nie polega na tym, co masz w torbie, ale na Tym, dla kogo zostawiłeś ją pustą.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Milin John, moniek van rosse — via Unsplash





