Ciężar dnia i spiekota

Winnica. Zanim stanie się winem, które plami obrusy i rozwiązuje języki, jest tylko ziemią. Twardą, spękaną, chwytającą za kostki. Jest pyłem, który wżera się w skórę, wchodzi pod paznokcie i do gardła. Jest słońcem, które nie pieści, ale pali, wysysa siły i zostawia na karku słony ślad potu. Winnica to najpierw obietnica, a zaraz potem ciężar. Ciężar dnia i spiekota.
I my też tak mamy. Każdy z nas dźwiga swoją winnicę. Czasem jest to dom, w którym ściany nasiąkły ciszą po kłótni albo samotnością po odejściu. Czasem to relacja, którą próbujesz reanimować, choć czujesz, że serce już nie bije. Czasem to walka o zdrowie bliskiej osoby, która gaśnie na twoich rękach. Albo po prostu ta codzienna harówka, to wstawanie przed świtem, ogarnianie dzieci, praca, zakupy, rachunki, i to uczucie wieczorem, że znowu nie starczyło cię dla siebie. Że znów znosiłeś ciężar dnia i spiekotę, a w sercu zamiast owoców masz tylko suchą ziemię.
I w tej naszej winnicy prowadzimy skrupulatną księgowość. Mamy w głowach takie małe, niewidzialne arkusze kalkulacyjne. Zapisujemy w nich, ile daliśmy z siebie w małżeństwie, a ile dostaliśmy w zamian. Ile nocy nie przespaliśmy przy chorym dziecku. Ile razy ugryźliśmy się w język w pracy. Ile serca włożyliśmy w przyjaźń, która potem okazała się pomyłką. Liczymy. Porównujemy. Sprawdzamy salda. I bardzo często to saldo wychodzi na minus. Czujemy się oszukani. Wykorzystani. Niedocenieni. Jak ci robotnicy z pierwszej zmiany, którzy patrzą na spalone słońcem dłonie i myślą: „Harowałem cały dzień. Należy mi się więcej”. To poczucie krzywdy jest jednym z najcięższych kamieni, jakie nosimy w naszych plecakach.
Denar, który rozsadza system
Jezus opowiada dziś historię, która jest jak granat wrzucony w sam środek naszej poukładanej, sprawiedliwej, księgowej mentalności. To nie jest miła opowiastka o dobrym pracodawcy. To jest duchowa rewolucja.
Gospodarz wychodzi o świcie. Umawia się z robotnikami o denara. Konkretna umowa, jasne zasady. Praca za płacę. To jest świat, który znamy i rozumiemy. Świat kodeksu pracy, faktur, terminów. Świat, w którym za nadgodziny należy się dodatek. Ci pierwsi robotnicy to my. My, którzy staramy się żyć uczciwie. Chodzimy do kościoła, modlimy się, nie kradniemy, staramy się być w porządku. Mamy z Bogiem taką cichą umowę: my będziemy się starać, a Ty, Boże, dasz nam za to spokój, zdrowie, może trochę szczęścia. Denara. To, co się nam słusznie należy.
Ale ten Gospodarz jest dziwny. On nie przestaje wychodzić na rynek. Wychodzi o dziewiątej, dwunastej, trzeciej. I w końcu, o tej absurdalnej, jedenastej godzinie – na godzinę przed końcem roboty – znowu wychodzi. I kogo tam znajduje? Tych, co stoją bezczynnie. To nie są lenie. Na ich twarzach nie ma cwaniactwa. Jest rezygnacja. Jest wstyd. Jest gorycz bycia niepotrzebnym. Na pytanie: „Czemu tu stoicie?”, pada najbardziej bolesna odpowiedź świata: „Bo nas nikt nie najął”. Nikt nas nie chciał. Nikt nas nie potrzebował. Nikt nas nie zobaczył. To jest krzyk ludzi z marginesu. Tych, którzy przegrali casting na życie. Tych po rozwodach, po bankructwach, po nałogach. Tych, których świat spisał na straty.
I wtedy przychodzi wieczór i moment wypłaty. Logika podpowiada: ci z godziny dostaną jedną dwunastą denara. Ci z połowy dnia – pół. A ci z rana – cały. Sprawiedliwie. Ale Gospodarz wywraca ten porządek do góry nogami. Zaczyna od ostatnich. I daje im… całego denara. Całą dniówkę za godzinę pracy. W winnicy podnosi się szum. Ci z pierwszej zmiany już liczą w głowach. Skoro oni dostali denara, to my dostaniemy dwanaście! Będzie premia! Będzie bonus! A dostają… denara. Tyle, na ile się umówili. I wtedy wybucha bunt. „Szemrali przeciw gospodarzowi”. To hebrajskie słowo, które tu się kryje, to nie jest zwykłe narzekanie. To jest to samo słowo, którym Biblia opisuje bunt Izraelitów na pustyni przeciwko Bogu. To jest fundamentalny sprzeciw wobec Jego logiki. To jest krzyk: „Boże, to jest niesprawiedliwe!”.
A On odpowiada: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy”. A potem zadaje pytanie, które powinno nam rozwiercić duszę: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. Złe oko. W kulturze biblijnej „złe oko” to nie zabobon. To techniczne określenie na zawiść. Na zazdrość, która zatruwa serce, kiedy widzisz, że komuś innemu się powiodło. Gospodarz mówi wprost: „Czy twoim problemem jest to, że ja jestem dobry? Że moja miłość nie jest na miarę, nie jest za zasługi, nie jest z umowy? Że ja kocham za darmo, do szaleństwa, bezinteresownie? Że dla mnie liczy się nie to, ile przepracowałeś, ale to, że w ogóle dałeś się znaleźć?”.
Prorok Izajasz krzyczy do nas dzisiaj dokładnie to samo: „Myśli moje nie są myślami waszymi!”. Bóg nie myśli naszymi kategoriami. Jego system operacyjny to nie jest Excel. To jest Łaska. A łaska z definicji jest niesprawiedliwa. Jest darmowa. Jest dla tych, którzy na nią nie zasłużyli. Dla tych z jedenastej godziny.
Zysk, który wygląda jak strata
Całe życie uczymy się tej Bożej arytmetyki i jakoś nie możemy jej pojąć. Mierzymy swoją wartość ilością sukcesów, lajków, zer na koncie. Mierzymy wartość duchową ilością odmówionych różańców i zaliczonych pielgrzymek. Jesteśmy pokoleniem, które na wszystko ma aplikację. Liczymy kroki, kalorie, godziny snu. Chcemy mieć wszystko pod kontrolą, zważone, zmierzone i ocenione. A Bóg przychodzi i mówi: „Schowaj tę swoją miarkę. Wyrzuć ten kalkulator. U Mnie nie liczy się, ile zrobiłeś, ale czy pozwoliłeś Mi się kochać”.
I to nas boli. Bo jeśli Bóg kocha tak samo tego, co się nawraca na łożu śmierci, jak tego, co całe życie spędził w klasztorze, to po co był cały ten nasz wysiłek? Po co ten ciężar dnia i spiekota? Czujemy się jak starszy syn z przypowieści o synu marnotrawnym. Jak frajerzy.
Jest taki święty, którego Kościół wspomina dokładnie dzisiaj, 20 września. To Andrzej Kim Taegŏn, pierwszy ksiądz pochodzący z Korei, i jego towarzysze, męczennicy. Andrzej urodził się w 1821 roku w rodzinie szlacheckiej. Mógł mieć wygodne, bezpieczne życie. Ale w jego sercu zapłonęło pragnienie bycia księdzem. W XIX-wiecznej Korei, gdzie chrześcijaństwo było krwawo prześladowane, to był wyrok śmierci. Po latach niewyobrażalnie trudnej nauki w seminarium w Makau, po pokonaniu tysięcy kilometrów w tajnych, śmiertelnie niebezpiecznych podróżach, w 1845 roku w Szanghaju przyjął święcenia kapłańskie. Wrócił do ojczyzny. Rozpoczął pracę. I wiecie, jak długo trwała jego posługa? Rok i jeden miesiąc. Został aresztowany, poddany straszliwym torturom i ścięty w wieku 25 lat.
Patrząc ludzkim okiem – co za marnotrawstwo! Co za bezsens! Tyle lat przygotowań, tyle wysiłku, tyle ryzyka, żeby popracować w winnicy Pana zaledwie przez chwilę. Przyszedł na ostatnią godzinę. Z ludzkiego punktu widzenia jego życie to porażka. Przegrana inwestycja. Ale z Bożej perspektywy – to jest absolutne zwycięstwo. On nie musiał pracować dwunastu godzin, żeby dostać pełną wypłatę. On dostał całego denara wieczności za swoją jedną, heroiczną godzinę. Bo Bóg nie patrzył na długość jego posługi, ale na głębię jego miłości. Święty Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu mówi dokładnie to: „Dla mnie żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”. Jaki zysk? Zysk w Bożej ekonomii, gdzie największa strata w oczach świata jest największym zyskiem w oczach Boga. Życie Andrzeja Kima to przypowieść o robotnikach z winnicy opowiedziana nie słowami, ale krwią.
Twoje imię na moim zmęczeniu
Panie, mój Boże, przychodzę do Ciebie z moim zmęczeniem i moim wewnętrznym kalkulatorem. Z tym głupim, ludzkim poczuciem krzywdy, że znów dałem z siebie więcej, niż dostałem. Ulecz moje oczy, bym nie patrzył z zawiścią na tych, których obsypujesz łaską, choć w moim mniemaniu na nią nie zasłużyli. Daj mi serce robotnika z jedenastej godziny, który nie liczy na nic, a dostaje wszystko, i potrafi tylko płakać ze zdumienia i wdzięczności.
Boże, wylecz mnie z liczenia, a naucz przyjmować.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Tim Mossholder, Srinivasan Venkataraman — via Unsplash






