Spiekota

Winnica rozgrzana słońcem jedenastej godziny nie jest miejscem sprawiedliwej zapłaty. Jest sceną suwerennej, niemal gorszącej łaski, która obnaża nasze wewnętrzne mechanizmy księgowe. To w jej spiekocie, w poczuciu zmarnowanego dnia i daremnego wysiłku, rodzi się w nas podejrzenie, że nasz kopos – nasz trud, znój, codzienne kapłańskie mielenie – jest niewidzialny dla Gospodarza. Podejrzenie, że dekady znoszenia ciężaru dnia i spiekoty urzędu, wierności w rzeczach małych i wielkich, zostaną na końcu zrównane z gorliwością neofity albo z nawróceniem ostatniej godziny.
Ta ewangeliczna spiekota to nie tylko fizyczny upał Palestyny. To egzystencjalny żar kapłańskiej samotności, w której porównujemy swoje wyschnięte pole z pozornie bardziej owocującą winnicą brata. To skwar wypalenia, gdy nasza praca przestaje być owocna w ludzkim rozumieniu, a staje się jedynie trwaniem na posterunku, bezczynnym staniem na rynku własnego prezbiterium, gdzie nikt nas już, jak się wydaje, nie najmuje do żadnego wielkiego dzieła.
Rana Porównania
Przypowieść nie jest traktatem o sprawiedliwości społecznej. Jest teologiczną prowokacją wymierzoną w logikę zasługi. Kluczowe jest tu greckie słowo oikodespotēs – „gospodarz”, dosłownie „pan domu”. Nie jest on partnerem w biznesie, ale suwerenem, którego działania nie podlegają audytowi robotników. Jego decyzja o wypłacie denara wszystkim jest aktem czystej, niepojętej dobroci, która w oczach tych, co pracowali od rana, staje się krzywdą. Oni nie protestują przeciwko złamaniu umowy – otrzymali przecież to, na co się umówili. Protestują przeciwko temu, że inni otrzymali dar, na który nie zasłużyli.
Punktem zapalnym jest pytanie Gospodarza: ē ho ophthalmos sou ponēros estin hoti egō agathos eimi? – „Czy twoje oko jest złe, dlatego że ja jestem dobry?”. Greckie ponēros oznacza nie tylko „zły” czy „zawistny”, ale też „chory”, „skąpy”, „niedomagający”. Oko, które powinno być zwierciadłem duszy, staje się chore od porównywania. Nie potrafi znieść widoku darmowej, niezasłużonej dobroci (agathos) Pana. To jest dramat pierwszych robotników i nasza kapłańska choroba zawodowa: mierzenie Bożej hojności miarą naszej ofiary. Zaczynamy prowadzić skrupulatną księgowość łaski, stając się rewidentami Bożego Miłosierdzia, zamiast jego szafarzami.
Prezbiterium Ostatniej Godziny
Przenosimy tę chorobę oka wprost do naszych prezbiteriów. Porównujemy nominacje, wielkość parafii, liczbę powołań, popularność rekolekcji. Szemrzemy przeciw Gospodarzowi, gdy widzimy, że „ostatni” – młodsi, inaczej uformowani, może bardziej medialni – zostają z nami zrównani, a czasem nawet postawieni przed nami. To szemranie jest początkiem duchowej śmierci. Jest ucieczką w biurokratyczną gorliwość, w cynizm, w budowanie własnego, małego królestwa, gdzie zasady są wreszcie „sprawiedliwe”, czyli nasze.
Tego dnia Kościół stawia nam przed oczy Andrzeja Kim Taegona, pierwszego kapłana Korei. Jego kapłaństwo było jedną, wielką jedenastą godziną. Wyświęcony w sierpniu 1845 roku, ścięty w Seulu we wrześniu 1846. Rok i miesiąc kapłaństwa. Nie zdążył „znosić ciężaru dnia”. Nie miał czasu na budowanie duszpasterskich strategii, na wypalenie, na rozczarowanie kurią czy współbraćmi. Jego jedynym zadaniem było wejść do winnicy i w krótkim czasie oddać życie. Otrzymał pełnego denara – koronę męczeństwa – nie za długość stażu, ale za intensywność wierności. Jego kapłaństwo demaskuje nasze myślenie w kategoriach kariery, zasług i emerytury. Bóg nie jest pracodawcą. Jest Tym, który wzywa do winnicy, by dać nam Siebie, a nie tylko zapłatę.
Denar
Logika denara jest logiką Eucharystii: Chrystus daje całego siebie, niezależnie od tego, czy przyjmujemy Go po latach heroicznej wierności, czy w ostatniej chwili skruchy. Opór wobec tej logiki jest źródłem naszego kapłańskiego zgorzknienia i jałowości. Wierność nie jest walutą, którą płacimy Bogu za zbawienie, lecz sposobem, w jaki pozwalamy Mu zapłacić za nas w całości. Przestań wreszcie liczyć cudze godziny.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Dan Meyers, Mike Erskine — via Unsplash






