Gleba, której nikt nie chce

Ziarno. Suche, twarde, niepozorne. Zwykłe ziarno pszenicy, które trzymasz w dłoni i myślisz, że to nic. Że to tylko martwa materia, obietnica bez pokrycia. A przecież cała dzisiejsza historia zaczyna się od niego. I od ziemi, którą jesteś. Od tej twojej gleby, której tak często masz serdecznie dość. Od tego kawałka serca, który wydaje ci się tak strasznie nieurodzajny, tak beznadziejnie zbity w twardą skorupę po której wszystko się tylko ślizga.
Jest w nas taka pokusa autodiagnozy. Stawiamy sobie pieczątki, wkładamy do szuflad. „Ja to jestem ta droga. Wiecznie w biegu, wiecznie zajęty, słucham jednym uchem, a drugim wypuszczam. Nic się mnie nie trzyma. Przelatuje przeze mnie życie, przelatuje Bóg, a ja nawet nie mam czasu, żeby się zatrzymać i dać się podeptać czemuś ważnemu”. Albo: „To ja, skała. Ten od słomianego zapału. Zaczynam z ogniem w oczach, z postanowieniami, które mogłyby poruszyć góry. Tydzień, dwa, a potem przychodzi pierwszy kryzys, pierwsza pokusa, żeby odpuścić, i wszystko usycha. Nie mam korzenia. Jestem człowiekiem ‘do czasu’”.
A może najboleśniej rozpoznajesz się w cierniach? W tym gąszczu, który rośnie szybciej niż jakiekolwiek dobro. W tych wszystkich „muszę”, „powinienem”, „nie zdążę”. Troski o kredyt, o zdrowie rodziców, o przyszłość dzieci, które zdają się nie słuchać. Ten cichy lęk, że nie dajesz rady, że jesteś niewystarczający jako mąż, żona, ojciec, matka. Te ciernie bogactwa, które wcale nie muszą oznaczać milionów na koncie. To może być po prostu nieustanna pogoń za czymś więcej, za lepszym samochodem, za większym mieszkaniem, za kolejnym gadżetem, który ma zagłuszyć wewnętrzną pustkę. I te rozkosze życia, które tak często są po prostu ucieczką. Kolejny serial do obejrzenia, żeby nie musieć rozmawiać. Scrollowanie telefonu do późnej nocy, żeby nie słyszeć własnych myśli. Wszystko to rośnie tak gęsto, tak szybko, że zagłusza ten cichy, delikatny pęd Słowa, które kiedyś padło w twoje serce. I patrzysz na to swoje pole i myślisz: tu się już nic nie uda. To jest gleba stracona.
Siewca, który marnuje ziarno
I wtedy na tę twoją ziemię, na tę drogę, skałę i chaszcze, wychodzi On. Siewca. A to, co On robi, jest z punktu widzenia każdego rolnika, każdego menedżera, każdego człowieka sukcesu, czystym szaleństwem. On marnuje ziarno. On rzuca je wszędzie. Z jakąś niepojętą, rozrzutną, absurdalną hojnością. Nie obchodzi Go analiza gleby. Nie robi biznesplanu. Nie kalkuluje, gdzie się najbardziej opłaca. On po prostu sieje. Rzuca ziarno swojego Słowa na twardy beton twojego zabiegania. Rzuca je na kamienistą powierzchnię twojego zniechęcenia. Rzuca je prosto w gąszcz twoich lęków i nałogów.
Dlaczego? Bo On patrzy inaczej. Paweł w liście do Koryntian próbuje nam dziś uchylić rąbka tej tajemnicy. Mówi o logice, która jest kompletnie odwrócona. „Zasiewa się zniszczalne — powstaje zaś niezniszczalne; sieje się niechwalebne — powstaje chwalebne; sieje się słabe — powstaje mocne”. Bóg nie patrzy na twoją glebę tak, jak ty ją widzisz dzisiaj. On nie widzi twojego „ciała zmysłowego” – tego zmęczonego, słabego, grzesznego kawałka człowieczeństwa. On widzi „ciało duchowe” – to, czym możesz się stać. On widzi w tobie obraz „Człowieka niebieskiego”. W twojej słabości widzi pole dla swojej mocy. W twojej zniszczalności widzi potencjał niezniszczalności. W twoim pękniętym sercu widzi idealne miejsce, żeby ziarno mogło wreszcie wpaść głębiej.
To jest logika zmartwychwstania. Logika, która mówi, że to, co musi obumrzeć, żeby ożyć, to nie jest ziarno. To twoja pewność, że wiesz, jaką jesteś glebą. To twoja rezygnacja. To twoje przekonanie, że jesteś przypadkiem beznadziejnym. Siewca, rzucając ziarno na skałę, nie jest naiwny. On wie, że to ryzykowne. Ale On wierzy w ziarno bardziej niż ty wierzysz w twardość swojej skały. On wierzy w życie ukryte w Słowie bardziej, niż ty wierzysz w siłę swoich cierni. Psalmista krzyczy: „Wrogowie moi wciąż mnie prześladują”. To jest właśnie głos człowieka, który czuje, jak ciernie go duszą. Ale zaraz potem dodaje: „Odstąpią moi wrogowie w dniu, gdy Cię wezwę, po tym poznam, że Bóg jest ze mną”. On nie mówi: „najpierw usunę ciernie, a potem będę się modlił”. Mówi: „wezwę Cię pośród cierni”. To jest właśnie to. Pozwolić Siewcy siać. W samym środku bałaganu.
Upór, który ratuje plon
Kluczowe słowo, które Jezus zostawia na sam koniec przypowieści, to greckie hypomoné. Tłumaczymy je najczęściej jako „wytrwałość”. Ale to słowo ma w sobie coś więcej. To nie jest tylko cierpliwe znoszenie. To jest rodzaj aktywnego, upartego trwania przy czymś. To postawa żołnierza, który nie cofa się z posterunku, nawet gdy wokół świszczą kule. To postawa człowieka, który trwa pod ciężarem.
I dziś Kościół stawia nam przed oczy człowieka, który był mistrzem hypomoné. Świętego Januarego, biskupa z początku IV wieku. Dzień jego wspomnienia przypada dokładnie dzisiaj. Wyobraź sobie tamten czas. Prześladowanie za cesarza Dioklecjana. Najgorsze, najbardziej systemowe w historii. Chrześcijaństwo miało zostać wymazane z powierzchni ziemi. Bycie biskupem to był wyrok śmierci. Bycie chrześcijaninem to było życie w ciągłym strachu. Twoja gleba to nie były metaforyczne ciernie trosk o kredyt. Twoją glebą była arena cyrku, a cierniami były zęby dzikich zwierząt.
January, biskup Benewentu, dowiedział się, że jego diakoni zostali aresztowani i wtrąceni do więzienia w Pozzuoli. Co robi? Nie ucieka. Nie chowa się. Nie pisze listu z ukrycia. Idzie do nich. Zostaje oczywiście rozpoznany i aresztowany. Staje przed sędzią. Ma prosty wybór: złóż ofiarę bogom, uratuj życie. Odmawia. Zostaje skazany na pożarcie przez dzikie bestie na arenie. To miał być spektakl. Upokorzenie chrześcijan. I dzieje się coś nieprawdopodobnego. Wypuszczone na arenę lwy i niedźwiedzie podchodzą do niego i jego towarzyszy, i kładą się u ich stóp. Tłum jest w szoku. Wściekły namiestnik, upokorzony publicznie, każe wyprowadzić ich za miasto i ściąć mieczem.
Ziarno jego życia padło na ziemię. Zostało podeptane, zniszczone, zasiane w słabości i hańbie. Ale właśnie dlatego wydało plon, który trwa do dziś. Krew Januarego, zebrana po egzekucji przez pobożną kobietę, do dziś w tajemniczy sposób przechodzi w katedrze w Neapolu ze stanu stałego w ciekły. To nie jest magiczna sztuczka. To jest krzyk zmartwychwstania. To jest dowód na to, że życie zasiane w Bogu, nawet jeśli wygląda na totalną klęskę, nosi w sobie niezniszczalną moc. January był żyzną glebą nie dlatego, że był ze stali. Był nią, bo w chwili próby, w chwili pokusy, nie odstąpił. Uparcie trwał przy Ziarnie, które kiedyś w nim zasiano. I to ocaliło plon. Twoja wytrwałość nie polega na tym, żebyś sam z siebie stał się idealną glebą. Polega na tym, żebyś uparcie pozwolił Siewcy pracować. Żebyś, nawet gdy czujesz się jak skała, pozwolił Mu szukać najmniejszej szczeliny. Żebyś, nawet gdy duszą cię ciernie, uparcie wołał Jego imienia.
Moja ziemio, nie bój się
Panie, Siewco o szalonym sercu, Ty nie czekasz, aż będę gotowy. Siejesz we mnie nawet wtedy, gdy jestem twardy jak droga po suszy i pusty jak kamień. Proszę, daj mi dziś nie siłę do bycia idealną glebą, ale upór, by nie uciec przed Twoim ziarnem. Złam moją pychę, która każe mi wierzyć, że jestem przypadkiem beznadziejnym i pozwól mi uwierzyć w moc tego, co siejesz.
Bóg nie szuka idealnej gleby, tylko miejsca, by złożyć obietnicę.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Mike Erskine, Peaky Frames — via Unsplash





