Rynek

Rynek, czyli grecka agora. Centrum życia, handlu, polityki i, przede wszystkim, opinii. Tam właśnie umieszcza nas dzisiaj Chrystus – w samym środku hałasu, w epicentrum sprzecznych oczekiwań, które paraliżują skuteczniej niż fizyczne więzy. To doskonale znany nam stan ducha: bycie publicznie ocenianym podmiotem, od którego wymaga się jednoczesnego grania na flecie i lamentowania, wiedząc, że każda z tych czynności zostanie natychmiast oprotestowana przez drugą połowę widowni. Znamy to napięcie z prezbiterium, z rady parafialnej, z anonimowych komentarzy w internecie. To stan kapłańskiej schizofrenii, w której próba zadowolenia wszystkich kończy się alienacją od samego siebie i, co gorsza, od Tego, który nas posłał.
Ten wewnętrzny rynek staje się naszym więzieniem. Jest to przestrzeń, w której autentyczność umiera pierwsza, zastąpiona przez strategiczne kalkulacje, co wypada, a czego nie, co zostanie dobrze przyjęte, a co wywoła burzę. Z biegiem lat stajemy się ekspertami od unikania ostrej krytyki, mistrzami w mówieniu tak, by niczego nie powiedzieć. A cena jest ogromna: jałowość. Stajemy się jak miedź brzęcząca – wydajemy dźwięki urzędowe, liturgiczne, kaznodziejskie, ale bez rezonansu miłości, która z definicji jest ryzykowna i niepodatna na rynkowe sondaże.
Gramatyka odrzucenia
Jezus demaskuje logikę „tego pokolenia” (ἡ γενεὰ αὕτη – hē genea hautē) nie jako zwykły kaprys, ale jako systemowy mechanizm obronny przed Prawdą. Nie chodzi o to, że ludzie nie potrafią wybrać między ascezą Jana a miłosierdziem Jezusa. Chodzi o to, że oni a priori odrzucili możliwość Bożej interwencji, a teraz szukają jedynie pretekstów, by uzasadnić swoją decyzję. Jan jest „opętany”, Jezus jest „żarłokiem i pijakiem”. Etykiety te nie są wynikiem obserwacji, lecz narzędziem dyskredytacji. Są dowodem na to, że gdy serce jest zamknięte, intelekt staje się niewolnikiem uprzedzeń i produkuje oskarżenia na zamówienie. To jest właśnie gramatyka odrzucenia: najpierw wyrok, potem proces.
Punktem zwrotnym jest ostatnie zdanie: „A jednak wszystkie dzieci mądrości przyznały jej słuszność” (καὶ ἐδικαιώθη ἡ σοφία ἀπὸ τῶν τέκνων αὐτῆς πάντων – kai edikaiōthē hē sophia apo tōn teknōn autēs pantōn). Dosłownie: „I została usprawiedliwiona mądrość przez wszystkie swoje dzieci”. To zdanie przenosi nas z poziomego wymiaru rynkowej akceptacji na wymiar wertykalny. Mądrość (Σοφία – Sophia), którą Ojcowie jednoznacznie utożsamiają z samym Chrystusem, nie potrzebuje do swojej legitymizacji aplauzu tłumu. Jej potwierdzeniem, jej „usprawiedliwieniem” w świecie, są jej dzieci – ci, którzy ją przyjęli. Wierność nie jest weryfikowana przez sondaż opinii publicznej, ale przez przynależność do Chrystusa. To radykalna zmiana perspektywy: z niewolnika rynku stajemy się dziećmi Mądrości.
Miara Cypriana
Wspominany dziś św. Cyprian z Kartaginy, biskup i męczennik, spędził swój pontyfikat na takim właśnie rynku. Po prześladowaniach Decjusza stanął przed dramatem lapsi – tych, którzy zaparli się wiary. Z jednej strony naciskali na niego rygoryści, domagający się trwałego wykluczenia upadłych ze wspólnoty Kościoła. Z drugiej – stronnicy skrajnej pobłażliwości, którzy chcieli ich natychmiastowej i bezwarunkowej reintegracji. Cyprian był oskarżany jednocześnie o brak miłosierdzia i o zdradę dyscypliny. Nie zagrał na flecie laksyzmu, nie biadał z nowacjanami. Zamiast tego, w wierności Tradycji Apostolskiej, wypracował drogę pokuty i pojednania, która ocaliła jedność Kościoła w Afryce Północnej.
Jego „usprawiedliwieniem” nie był poklask którejkolwiek z frakcji. Jego miarą nie była popularność, lecz wierność depozytowi wiary i troska o zbawienie dusz, nawet za cenę własnej krwi. Cyprian uczy nas, kapłanów XXI wieku, że autorytet nie rodzi się z umiejętności lawirowania między oczekiwaniami, ale z zakorzenienia w Chrystusie. To zakorzenienie pozwala przetrwać oskarżenia o bycie „pijakiem” lub „opętanym”, bo wiemy, do kogo należymy. To ono pozwala odróżnić głos Pasterza od rynkowego zgiełku, który zawsze prowadzi donikąd – do wypalenia, cynizmu lub apostazji w białych rękawiczkach.
Wyjść z rynku
Ostatecznie jedynym rozwiązaniem jest opuszczenie mentalnego rynku, na którym nasze kapłaństwo jest towarem podlegającym ocenie konsumentów. Nie jesteśmy dostawcami usług religijnych, ale dziećmi Mądrości, powołanymi do bycia znakiem sprzeciwu. Wierność nie jest spektaklem dla widowni, która i tak nie przyszła oglądać Boga. Wierność jest aktem istnienia przed Nim, gdy rynek już opustoszał.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Mario Gogh, Anne Nygård — via Unsplash






