Plac zabaw dla dorosłych

Rynek. Nie ten z warzywami i tandetą z Chin, gdzie przekupki przekrzykują się nawzajem, a w powietrzu unosi się zapach smażonej kiełbasy. Chodzi o inny rynek. Ten, który nosimy w sobie. Wewnętrzny plac, na którym codziennie odgrywa się ten sam, potwornie męczący spektakl. Siedzimy tam, my, dorośli ludzie, ze swoimi instrumentami w rękach. Z fletem skocznej melodii w jednej, z bębenkiem żałobnego marszu w drugiej. I gramy.
Gramy naszym bliskim. Żonie, która wraca zmęczona po dwunastu godzinach na nogach, przygrywamy na flecie: „Uśmiechnij się, kochanie, bądźmy radośni, przecież mamy siebie!”. A ona nie tańczy. Ma siłę tylko zdjąć buty i opaść na kanapę. Gramy mężowi, który właśnie stracił premię i boi się o przyszłość, żałobną pieśń: „Pochylmy się nad tym, porozmawiajmy, wyrzuć to z siebie!”. A on nie płacze. Zamyka się w sobie, włącza mecz, ucieka. Gramy naszym nastoletnim dzieciom, naszym starzejącym się rodzicom, naszym przyjaciołom. Mamy gotową partyturę na każdą okazję. Wiemy dokładnie, jak powinni zareagować, co powinni czuć, jak mają zagrać w duecie z nami. A oni? Oni psują nam całe przedstawienie. Nie tańczą, kiedy gramy skocznie. Nie płaczą, kiedy zawodzimy żałośnie. I w nas narasta ten cichy, lodowaty gniew. Ta pretensja, że świat znowu nie zagrał tak, jak sobie wymyśliliśmy.
To jest właśnie ten rynek, o którym mówi dzisiaj Jezus. To nie jest opowiastka dla dzieci o dzieciach. To jest brutalnie celny rentgen naszych dorosłych serc. Serc, które tak bardzo przywiązały się do własnej melodii, że stały się głuche na muzykę drugiego człowieka. I na muzykę Boga.
Cymbał brzmiący czy serce słuchające?
Jezus staje pośrodku tego naszego wewnętrznego targu i zdejmuje nam z oczu różowe okulary. Mówi wprost: „Z wami się nie da dogadać”. To pokolenie, o którym mówi, to ja i ty w 2026 roku. Pokolenie ekspertów od tego, jak Bóg powinien wyglądać i działać. Przychodzi Jan Chrzciciel – facet z krwi i kości, asceta, twardziel żyjący na pustyni. Radykalny i bezkompromisowy. A my, dzieci z rynku, kręcimy nosem: „Daj spokój, wariat, opętany jakiś. Za ostro, za smutno, za bardzo na serio”. Nasza żałobna pieśń mu nie pasuje.
Chwilę później przychodzi sam Syn Człowieczy. Je, pije, biesiaduje z ludźmi z marginesu, z celnikami, z kobietami o złej reputacji. Śmieje się, dotyka, przytula. Jest uosobieniem radości i miłosierdzia. A my, znów ci sami sędziowie z rynku, krzywimy się z niesmakiem: „No patrzcie go, żarłok i pijak. Z kim on się zadaje! Za lekko, za wesoło, bez zasad”. Nasza skoczna melodia też mu nie pasuje.
Nie pasuje nam ani post, ani uczta. Ani pustynia, ani wesele. Ani święty asceta, ani Bóg, który brudzi sobie ręce naszym grzechem. Dlaczego? Bo problem nigdy nie leżał w muzyce, którą grał Bóg. Problem leżał w nas. W naszej niegotowości, by odłożyć na bok własne instrumenty i po prostu posłuchać. By pozwolić się zaskoczyć. By przyjąć, że Bóg nie będzie grał pod nasze dyktando.
I dokładnie w tym momencie, w ten nasz hałaśliwy rynek, wchodzi święty Paweł i rzuca na stół bombę. Nazywa ją agape. Hymn o Miłości. To nie jest, moi drodzy, ckliwy wierszyk na ślubne zaproszenia. To jest manifest rewolucji. Paweł mówi: możecie mieć dary, charyzmaty, wiedzę tajemną i wiarę, co góry przenosi. Możecie być mistrzami duchowości, tytanami modlitwy, rozdać wszystko, co macie. Ale jeśli w waszym sercu wciąż siedzi to wiecznie niezadowolone dziecko z rynku, które ocenia, czy Bóg i bliźni grają „właściwą” melodię – jesteście niczym. Jesteście tylko hałasem. Miedzią brzęczącą. Cymbałem, który robi dużo huku, ale nie ma w nim żadnej muzyki.
Miłość, o której pisze Paweł, to jest właśnie ta postawa, która schodzi z sędziowskiego stołka na rynku. To miłość, która nie mówi: „Zatańcz, jak ci zagram”. Ona pyta: „Jaką piosenkę dziś nosisz w sercu? Chcesz, to potańczę z tobą. Chcesz, to popłaczę”. Ona nie ma gotowego scenariusza. Ona „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma”. Ona jest gotowa na każdą melodię, bo nie skupia się na melodii, tylko na tym, kogo kocha.
Miłość w czasach zarazy
Dzisiaj, 16 września, Kościół wspomina dwóch przyjaciół, dwóch gigantów, którzy doskonale zrozumieli, o co w tym wszystkim chodzi. Papieża Korneliusza i biskupa Cypriana z Kartaginy. Żyli w połowie III wieku, w czasach tak brutalnych, że nam się to w głowie nie mieści. Cesarz Decjusz rozpętał jedno z najkrwawszych prześladowań chrześcijan. Kazał wszystkim obywatelom składać ofiary pogańskim bogom. Kto odmówił – tortury i śmierć. Kto się zgodził – ocalił życie, ale wyparł się Chrystusa.
I wielu się złamało. Tysiące chrześcijan, ze strachu o siebie i swoje rodziny, złożyło ofiarę. Stali się lapsi – upadłymi. Kiedy prześladowania na chwilę ustały, ci ludzie, ze łzami w oczach, zaczęli pukać do drzwi Kościoła, prosząc o przebaczenie i ponowne przyjęcie. I wtedy na rynku kościelnym rozpętało się piekło.
Pojawili się „czyści”, „niezłomni”, pod wodzą niejakiego Nowacjana. Oni wyciągnęli swoje żałobne bębny i zaczęli grać marsz pogrzebowy: „Biadaliśmy, a wy nie płakaliście!”. Mówili: „Nie ma dla nich powrotu! Zdradzili! Kościół musi być wspólnotą świętych, a nie zdrajców. Koniec, kropka”. To była melodia surowej sprawiedliwości, która nie zostawiała miejsca na litość.
A po drugiej stronie stanęli Korneliusz w Rzymie i Cyprian w Afryce. Oni wzięli do rąk flety i zaczęli grać zupełnie inną muzykę. Melodię trudnej nadziei. Mówili: „Tak, ich grzech jest potworny. Ale czy miłosierdzie Boga jest mniejsze? Czy Chrystus umarł tylko za idealnych?”. Zaproponowali drogę pokuty, powrotu, pojednania. Nie tanią abolicję, ale wymagającą ścieżkę do domu. I co usłyszeli od tych „czystych”? To samo, co Jezus. Że są zbyt łagodni, że paktują z grzesznikami, że rozwadniają Ewangelię. Nazwano ich pobłażliwymi, a Nowacjan ogłosił się antypapieżem. Rynek rozbrzmiewał kakofonią oskarżeń.
I wtedy zdarzyło się coś, co zweryfikowało wszystko. Na Kartaginę spadła straszliwa zaraza. Ludzie umierali na ulicach. Poganie w panice wyrzucali z domów swoich chorych i umarłych bliskich, byle tylko samemu się nie zarazić. Miasto stało się jednym wielkim cmentarzem. I wtedy biskup Cyprian zrobił coś nieprawdopodobnego. Zwołał swoich chrześcijan – tych wiernych i tych lapsi, którzy odbywali pokutę – i powiedział im, że teraz jest czas, by pokazać, w co wierzą. Zaczęli organizować pomoc. Wynosili trupy, opiekowali się chorymi, karmili głodnych. Nie pytali, czy ktoś jest chrześcijaninem, czy poganinem. Nie pytali, czy ktoś złożył ofiarę bożkom, czy nie.
W samym środku rynku pełnego śmierci, Cyprian i jego ludzie przestali grać jakiekolwiek melodie. Oni po prostu zaczęli kochać. To była agape w akcji. Miłość, która „nie szuka swego”, nie szuka poklasku, nie pamięta złego. To była miłość, która w milczeniu bandażowała rany i grzebała umarłych. I ta miłość okazała się jedyną muzyką, która miała sens w świecie rozpadającym się na kawałki.
Naucz mnie tej piosenki
Panie, który znasz każdy fałszywy ton mojego serca, przyznaję – jestem dzieckiem z rynku. Tak często stoję z moim małym flecikiem pretensji i żałobnym bębenkiem oczekiwań, próbując zmusić cały świat, by zagrał tak, jak ja chcę. Proszę, zabierz mi te instrumenty. Wycisz we mnie te wszystkie moje arie i pretensje, bym w końcu usłyszał cichą, prawdziwą melodię Twojej miłości i muzykę, którą gra serce człowieka stojącego obok.
Miłość to nie jest czekanie na właściwą melodię, ale gotowość do tańca w ciszy.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Mario Gogh, Rachel Spina — via Unsplash






