Brąz i jad

Pustynia. Nie metafora, lecz twarda geologia spiekoty, pyłu i kamienia. Rzeczywistość, która odziera z iluzji i wymusza konfrontację z podstawowymi danymi: pragnieniem, głodem, zmęczeniem. Właśnie tam, w krajobrazie absolutnej szczerości, lud stracił cierpliwość, a szemranie stało się jedyną formą modlitwy. Ta sama pustynia rozciąga się w nas po latach posługi, gdy entuzjazm nowicjatu kapłańskiego ustępuje miejsca chronicznemu znużeniu „mizernym pokarmem” – powtarzalnością obowiązków, administracyjną jałowością, poczuciem, że woda ze Skały już nie płynie. Wtedy pojawia się jad: cynizmu, zgorzknienia, cichej apostazji serca, która kąsa skuteczniej niż jakikolwiek zewnętrzny atak na Kościół.
Jad ten paraliżuje od środka. Sprawia, że kapłaństwo, zamiast być drogą ku Ziemi Obiecanej, staje się beznadziejną pętlą wokół tej samej góry Synaj, bez widoków na jej zdobycie. Zaczynamy mówić przeciw Bogu i Mojżeszowi – przeciwko biskupowi, przeciwko braciom w prezbiterium, wreszcie przeciwko Niemu, który nas powołał na tę drogę. A On odpowiada nie usunięciem zagrożenia, lecz postawieniem w centrum obozu znaku, który jest jednocześnie obrazem klęski i jedynym ratunkiem.
Logika podwójnego wywyższenia
Ewangelia Janowa dokonuje teologicznego trzęsienia ziemi, łącząc dwa pozornie odległe obrazy: węża na palu i Syna Człowieczego. Kluczowe jest tu greckie słowo hypsōthēnai (ὑψωθῆναι), które Jezus odnosi do siebie. Czasownik hypsoō ma w czwartej Ewangelii świadomie zachowaną podwójną gęstość znaczeniową. Oznacza zarówno fizyczne podniesienie w górę, wywyższenie na krzyżu – akcie skrajnego poniżenia i publicznej hańby w oczach świata – jak i eschatologiczne wywyższenie w chwale przez Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie. Jan nie rozdziela tych dwóch rzeczywistości. Dla niego Golgota nie jest tragicznym preludium do chwały; jest już samym tronem, z którego Król przyciąga wszystko do siebie.
Konieczność, o której mówi Chrystus – „tak trzeba (gr. dei), by wywyższono Syna Człowieczego” – nie jest ślepym determinizmem fatum. To wewnętrzna, nieuchronna logika miłości Boga, która aby zbawić, musi zejść w samo serce jadu, w epicentrum buntu i śmierci. Bóg nie posyła Syna, by potępił świat (kosmos), czyli system oporu i wrogości wobec Niego, ale by go zbawił. Zbawienie dokonuje się przez spojrzenie. Nie jest to jednak spojrzenie sentymentalne czy intelektualne, lecz akt wiary, który jest zawierzeniem całego życia Temu, który został podniesiony. Ukąszony Izraelita nie musiał rozumieć mechanizmu działania miedzianego węża; musiał jedynie oderwać wzrok od swojej rany i spojrzeć w górę.
Ambona, która jest krzyżem
Nasza ordynacja jest naszym publicznym hypsōthēnai. Zostaliśmy „wywyższeni” z ludu, postawieni na widoku – na ambonie, przy ołtarzu, w konfesjonale. To wywyższenie jest realne, sakramentalne. Jest jednak śmiertelną pułapką, jeśli odczytamy je w kluczu światowego sukcesu, władzy czy prestiżu, zapominając, że jego jedyną treścią jest krzyż. Kapłańskie wypalenie rodzi się w momencie, gdy próbujemy rozdzielić te dwa wymiary Janowego „wywyższenia”: pragniemy chwały bez krzyża lub dźwigamy krzyż bez wiary w chwałę, która już się w nim dokonuje. Wtedy nasza posługa staje się albo cynicznym odgrywaniem roli, albo neurotyczną męką.
Święty Jan Chryzostom, arcybiskup Konstantynopola, został wyniesiony na jeden z najbardziej wpływowych tronów biskupich chrześcijaństwa. Jego przydomek – „Złotousty” – świadczy o skali jego publicznego wywyższenia. Lecz właśnie ta ambona stała się jego krzyżem. Jego bezkompromisowe nauczanie demaskujące grzechy dworu cesarskiego i zepsucie kleru sprawiło, że został dwukrotnie skazany na wygnanie, gdzie ostatecznie zmarł z wycieńczenia. Nie zszedł z krzyża prawdy, by ocalić swoją pozycję. W jego losie kapłańskie hypsōthēnai objawiło swoją pełną, przerażającą i zbawczą logikę: autorytet urzędu jest po to, by móc z niego świadczyć aż do końca, a nie po to, by go kurczowo bronić.
Patrzeć w górę
Kryzys kapłańskiej tożsamości nie zostanie rozwiązany przez strategie pastoralne ani terapeutyczne techniki. Uzdrowienie z jadu znużenia i poczucia bezsensu zaczyna się tam, gdzie kończy się introspekcja, a zaczyna kontemplacja – odwrócenie wzroku od własnej rany i skierowanie go na Tego, który wisi między niebem a ziemią. Tylko w Nim nasze własne „wywyższenie” na widok publiczny, z całą jego samotnością i bolesną ekspozycją, odzyskuje swój nadprzyrodzony cel. Kapłaństwo nie jest karierą do przetrwania, lecz krzyżem, z którego zbawia się świat.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Gary Drabek, Angel Maldonado — via Unsplash





