Cisza, której nie ma

Cisza, której nie ma
Foto: Debby Hudson on Unsplash

Ekran telefonu świeci w półmroku pokoju. Jeszcze jeden scroll, jeszcze jedna wiadomość, jeszcze jeden nagłówek, który krzyczy o kryzysie, o którym zapomnę za pięć minut. A potem kolejny. I kolejny. W uszach pulsuje mi jeszcze echo kłótni o to, kto ma wynieść śmieci, w głowie kołacze się lista zadań na jutro, długa jak rolka papieru z kasy fiskalnej. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim próbuje się przebić cichy głosik sumienia, że znowu nie zadzwoniłem do mamy, że obiecałem dziecku przeczytać bajkę, a skończyło się na włączeniu tabletu.

W mojej głowie, w moim sercu, jest synagoga. Pełna ludzi, pełna szeptów, ocen, oczekiwań. Wszyscy czegoś chcą, wszyscy coś komentują. Głos szefa, głos polityka z radia, głos z reklamy, który obiecuje szczęście w nowym kremie pod oczy. Głosy moich własnych lęków, ambicji, niespełnionych marzeń. Krzyczą jeden przez drugiego, licytują się na ważność, szarpią mnie za rękawy duszy. Czasem któryś z nich jest tak głośny, tak natarczywy, że staje się jedynym, co słyszę. Przejmuje kontrolę. To duch nieczysty. Nie musi mieć rogów i ogona. Wystarczy, że jest głosem, który nie jest mój, a który dyktuje mi, co mam czuć, myśleć i robić.

To duch perfekcjonizmu, który każe mi sprawdzać maila o północy. To duch lęku, który paraliżuje mnie przed podjęciem ryzyka. To duch zgorzknienia, który sączy jad za każdym razem, gdy widzę czyjś sukces na Instagramie. To duch pożądania, który zamienia ludzi w obiekty. To duch rezygnacji, który szepcze: „i tak ci się nie uda, po co w ogóle próbować?”. Te głosy są we mnie, w mojej synagodze. I krzyczą tak głośno, że zapomniałem już, jak brzmi cisza. Jak brzmi mój własny głos. Jak brzmi Jego głos.

Waga jednego słowa

Jezus wchodzi do tej mojej zagraconej, hałaśliwej synagogi w Kafarnaum. I zaczyna nauczać. Łukasz notuje z reporterską precyzją: „słowo Jego było pełne mocy”. W greckim oryginale pojawia się tu słowo exousia. Tłumaczymy je jako „moc” albo „władza”, ale to spłaszczenie. Exousia to nie jest siła brutala, który może więcej, bo jest większy. To nie jest władza urzędnika, który ma pieczątkę. Exousia to władza, która wypływa z samej istoty bycia kimś. To władza artysty nad swoim dziełem, architekta nad swoim projektem. To władza, która nie musi niczego udowadniać, bo ona po prostu jest. Kiedy Jezus mówi, Jego słowa mają grawitację. Mają wagę. Nie są tylko informacją, zbiorem dźwięków. Są wydarzeniem. Tworzą rzeczywistość.

I wtedy zrywa się ten drugi głos. Ten obcy lokator w człowieku. „Och, czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić? Wiem, kto jesteś: Święty Boga”. Zobacz, co tu się dzieje. To jest absolutny paradoks. Zły duch wygłasza najprawdziwsze, najbardziej ortodoksyjne wyznanie wiary w całej tej scenie. On wie. Ma perfekcyjną wiedzę teologiczną. Zna tożsamość Jezusa lepiej niż wszyscy uczeni w Piśmie razem wzięci. Ale ta wiedza jest dla niego torturą. Ta prawda go parzy. Bo wiedzieć to nie to samo, co przyjąć. Można mieć w głowie całą Katechizację, znać na pamięć wszystkie dogmaty, a jednocześnie krzyczeć z przerażenia na widok Tego, o którym te dogmaty mówią.

Bo obecność Jezusa, Jego słowo, które ma wagę, demaskuje całą iluzję, w której żyje ten duch. Demaskuje hałas, który udawał życie. Konfrontuje go z Prawdą, która nie jest ideą, ale Osobą. I co robi Jezus? Nie wchodzi w dyskusję. Nie tłumaczy. Nie zbija argumentów. On mówi jedno, potężne zdanie: „Milcz i wyjdź z niego!”. To nie jest prośba. To jest akt stwórczy. W tym jednym zdaniu Bóg na nowo stwarza w tym człowieku ciszę. Porządek. Oddaje mu jego własne serce, jego własną wolność. Wyrzuca intruza, który kradł mu życie od środka.

Słowo Jezusa nie jest kolejnym głosem w chórze. Jest Słowem, które ucisza wszystkie inne głosy. Nie zagłusza ich, ale sprawia, że stają się nieważne, tracą swoją moc, swoją exousia. Bo przy Nim okazuje się, że były tylko pustym echem, hałasem bez pokrycia. On jeden ma słowa, które ważą. Słowa życia wiecznego.

Strzała, która trafia w ciszę

Pierwszego września Kościół wspomina świętego Idziego. Faceta, który całe życie uciekał. Urodził się w Atenach, w bogatej rodzinie, ale sława i pieniądze go parzyły. Rozdał wszystko i uciekł do Francji, żeby zostać pustelnikiem. Znalazł sobie jaskinię w głębokim lesie nad Rodanem i zamieszkał tam. Jego jedynym towarzyszem była łania, która – jak mówi legenda – przychodziła do niego i karmiła go swoim mlekiem. Idzi zbudował sobie świat absolutnej ciszy. Uciekł od wszystkich głosów, które krzyczały w Atenach, żeby słyszeć tylko ten jeden, najważniejszy. Głos Boga pulsujący w szumie drzew i w cieple zwierzęcego ciała.

I pewnego dnia w tę jego ciszę wpadł świat. Z całą swoją brutalnością i hałasem. Król Wizygotów, Wamba, urządził sobie w tym lesie polowanie. Myśliwi ścigali łanię Idziego, a ona, przerażona, schroniła się w jaskini swojego przyjaciela. Jeden z myśliwych, nie widząc pustelnika w mroku, wypuścił strzałę w kierunku zwierzęcia. Strzała chybiła celu. I wbiła się w ramię Idziego, który własnym ciałem zasłonił łanię.

Kiedy król odkrył, co się stało, był wstrząśnięty. Próbował Idziemu wynagrodzić tę ranę. Proponował mu najlepszych medyków, złoto, zaszczyty. Chciał go zabrać z tej dziczy, z tej ciszy, i wciągnąć z powrotem do świata, w którym wszystko ma swoją cenę i wszystko można załatwić. Ale Idzi odmówił. Powiedział, że nie chce innego lekarza niż Bóg. Nie chciał, żeby jego rana się zagoiła. Chciał ją nosić jako pamiątkę. Jako znak, że świat zawsze będzie próbował zranić ciszę, w której mieszka Bóg. Ale nawet zraniona, ta cisza jest cenniejsza niż wszystkie skarby świata.

Ta strzała to jest każdy mail, który wbija się w nasz rodzinny wieczór. Każdy hejterski komentarz, który rani nas na cały dzień. Każda pokusa, która próbuje zniszczyć wierność. Każdy głos lęku, który chce nas wygnać z jaskini zaufania Bogu. My też, jak Idzi, mamy swoje łanie – te kruche, delikatne sfery naszego życia, w których jest jeszcze trochę niewinności, trochę dobra, trochę ciszy. Nasze relacje, nasze pasje, naszą modlitwę. I świat nieustannie w nie celuje.

Historia Idziego nie jest wezwaniem, żebyśmy wszyscy uciekli do lasu. Jest czymś znacznie trudniejszym. Jest pytaniem o to, czy jestem gotów przyjąć ranę, żeby obronić ciszę w sobie. Czy jestem gotów odmówić „królewskim” propozycjom tego świata – łatwym rozwiązaniom, szybkim przyjemnościom, znieczuleniu – żeby nie stracić kontaktu z jedynym Słowem, które ma wagę? Czy potrafię, jak Idzi, wybrać ranę z Bogiem zamiast zdrowia w hałasie? Bo w tej ranie, w tej słabości, którą przyjmuję, a nie odrzucam, najpełniej objawia się Jego moc. Ta sama exousia, która wyrzuciła demona z człowieka w synagodze.

Twoje jedno słowo

Panie Jezu, wejdź dzisiaj do mojej wewnętrznej synagogi. Jest w niej straszny bałagan i hałas. Powiedz Twoje jedno Słowo, które ma wagę i stwarza porządek. Ucisz we mnie głosy, które nie są Twoje, a ja oddam Ci całą władzę.

Jego Słowo nie jest informacją do przetworzenia, ale Osobą do przyjęcia.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Clint Patterson, Debby Hudson — via Unsplash