Ciemność lochu

Więzienie. Wilgotna, zimna skała, ograniczająca ruch do kilku kroków w każdą stronę. To nie jest metafora, to fizyczna rzeczywistość ostatniej przestrzeni życiowej Proroka, którego jedynym zadaniem było przygotowanie drogi dla Tego, który jest nieskończoną Przestrzenią. Ta kamienna komora staje się czasem naszym niepisanym dekretem o przeniesieniu: loch własnej przewidywalności, cela zbudowana z rutyny liturgicznej, administracyjnego zmęczenia i cichej kapitulacji wobec faktu, że już nic nas nie zaskoczy, ani w Bogu, ani w człowieku. Jesteśmy zamknięci nie przez Heroda, ale przez lęk przed tym, co by się stało, gdybyśmy naprawdę, do końca, wypowiedzieli to jedno zdanie prawdy, które Bóg w nas złożył.
Między lękiem a fascynacją
Marek w mistrzowski sposób demaskuje mechanizm duchowej schizofrenii Heroda, który jest archetypem władzy – także tej naszej, kościelnej – bojącej się prawdy, a jednocześnie nią zafascynowanej. Tekst grecki jest tu chirurgicznie precyzyjny. Herod, słuchając Jana, odczuwał duży niepokój: ἠπόρει (ēporei). Ten czasownik oznacza nie tyle zwykły niepokój, co bycie w kropce, w stanie bezradności, aporii, nie wiedząc, co począć. Jednocześnie jednak chętnie go słuchał: ἡδέως ἤκουεν (hēdeōs ēkouen), słuchał z przyjemnością, z upodobaniem. To jest dramat człowieka – i kapłana – który lubi słuchać o radykalizmie Ewangelii w czasie rekolekcji, ale w konfrontacji z realiami parafii, kurią czy opinią publiczną jest w stanie aporii. Fascynacja prawdą bez woli poniesienia jej konsekwencji.
Tragedia nie wydarza się z powodu nienawiści Heroda do Jana. Wręcz przeciwnie, Herod go chronił. Tragedia jest owocem jego słabości, jego uzależnienia od audytorium. Przysięga złożona w oparach wina i pożądania, w obecności "biesiadników" (synanakeimenois), staje się ważniejsza niż głos proroka, którego słuchał z przyjemnością. To jest kapłański punkt krytyczny: moment, w którym lęk przed utratą twarzy przed naszymi "biesiadnikami" – wpływowymi parafianami, współbraćmi, opinią publiczną – staje się silniejszy niż wewnętrzny imperatyw prawdy, którego słuchamy "chętnie" na modlitwie. Głowa Jana ląduje na misie nie jako trofeum nienawiści, ale jako cena za utrzymanie pozorów, jako ofiara złożona bożkowi ludzkiego poważania.
Głos, nie echo
Wspomnienie Męczeństwa św. Jana Chrzciciela, które dziś obchodzimy, nie jest sentymentalnym hołdem dla odważnego człowieka. To brutalne przypomnienie naszej tożsamości. Jan nie miał "projektu duszpasterskiego". Nie budował wspólnoty wokół siebie. Jego definicją było bycie Głosem (fōnē), niczym więcej. Był całkowicie przezroczysty na Słowo (Logos), które zapowiadał. Jego autorytet nie płynął z urzędu czy społecznej akceptacji, ale z absolutnej spójności życia z głoszonym orędziem. To dlatego Herod czuł przed nim lęk (ephobeito), respekt połączony z trwogą. Jan był wolny od tego, co paraliżuje nas: od potrzeby bycia akceptowanym.
Nasza kapłańska bezużyteczność, poczucie wypalenia i ucieczka w biurokratyczną fasadę zaczynają się tam, gdzie przestajemy być głosem, a stajemy się echem. Echem oczekiwań wiernych, echem poprawności politycznej, echem psychologicznych trendów, echem naszych własnych lęków. Jan w lochu jest bardziej wolny niż Herod w pałacu, ponieważ jego tożsamość jest zakotwiczona w Bogu, a nie w opinii biesiadników. My, zamknięci w naszych plebaniach, często jesteśmy bardziej zniewoleni niż on, bo nasze poczucie wartości uzależniliśmy od fluktuacji nastrojów tych, którym mamy służyć. Jan uczy nas, że jedyną miarą kapłańskiego "sukcesu" jest wierność misji bycia Głosem, nawet jeśli ostatnim audytorium ma być kat i jego miecz.
Tylko Głos
Ostatecznie wybór jest prosty: bezpieczeństwo pałacu Heroda, które kończy się wiecznym niepokojem, albo ryzyko lochu Jana, które prowadzi do prawdy. To wybór między byciem administratorem cudzych oczekiwań a byciem świadkiem Bożej rzeczywistości. Herod zabił, bojąc się szeptu; ty żyj, stając się krzykiem.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Jan Oblak, Carnet de Voyage d'Alex — via Unsplash





