Noc bez echa

Noc bez echa
Foto: Ritabrata Das on Unsplash

Oliwa. Substancja gęsta, milcząca, ostateczna. Nie jest płomieniem, lecz warunkiem jego istnienia. Jej ciężar w naczyniu to jedyny realny kapitał na godzinę, w której wszystkie zewnętrzne rytuały ucichną, a pozostanie tylko nagie oczekiwanie. Znamy ten ciężar z własnego życia – to gęstość godzin spędzonych na modlitwie, która nie przynosiła pocieszenia; to lepkość wierności w decyzjach, których nikt nie widział i nikt nie pochwalił; to milcząca rezerwa siły zgromadzona w aktach posłuszeństwa, które wydawały się absurdalne. Ta oliwa to my sami, w prawdzie, bez prezbiterium i komży.

Nasza kapłańska aktywność – celebracje, administracja, nauczanie – jest lampą (lampas), widocznym dla świata znakiem. Łatwo jest tę lampę czyścić, polerować, dbać o jej zewnętrzny blask. Kryzys zaczyna się, gdy odkrywamy, że sama lampa nie świeci. Płonie dzięki temu, co niewidoczne, co noszone jest osobno, w dodatkowym naczyniu – w sercu. To tam gromadzi się lub wyczerpuje prawdziwy zapas na czas, gdy Oblubieniec będzie się spóźniał, a nas ogarnie uniwersalne znużenie powołaniem.

Gramatyka gotowości

Ewangelia Mateusza używa tu dwóch kluczowych terminów na określenie panien: mōrai (μωραί) i phronimoi (φρόνιμοι). Mōrai to nie tyle „nierozsądne”, co „tępe”, „głupie” w sensie zawinionej bezmyślności, duchowego otępienia. To słowo, od którego pochodzi nasz „moron”, opisuje stan umysłu, który nie potrafi przewidywać konsekwencji, żyje wyłącznie chwilą obecną. Phronimoi to z kolei mądrość praktyczna, roztropność, zdolność do zarządzania swoimi zasobami w perspektywie ostatecznego celu. Podział nie przebiega więc między grzesznicami a świętymi, ale między tymi, którzy traktują powołanie strategicznie, a tymi, którzy dryfują.

Punktem newralgicznym, który uderza w naszą kapłańską mentalność, jest kategoryczna odmowa użyczenia oliwy. Wydaje się to sprzeczne z logiką miłosierdzia. Jednakże w tej przypowieści oliwa nie jest rzeczą, towarem. Jest niezbywalnym owocem osobistej historii z Bogiem. To suma wierności, modlitwy, ascezy – tego, czego nie da się przekazać ani pożyczyć. Odpowiedź roztropnych panien: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć”, jest brutalnym realizmem duchowym. W godzinie próby nie można żyć duchowością przełożonego, wspólnoty czy pobożnością parafian. Można polegać wyłącznie na własnym, zgromadzonym kapitale relacji z Chrystusem. Odmowa jest więc aktem prawdy, a nie braku miłości. Zmusza panny głupie do konfrontacji z własną pustką, zamiast podtrzymywać iluzję gotowości.

Opóźnianie się pana młodego (chronizontos tou nymphíou) to teologiczny opis długiego trwania Kościoła i naszego w nim życia. To czas, w którym entuzjazm stygnie, a posługa staje się rutyną. Wszystkie panny zasnęły – znużenie i słabość są uniwersalnym doświadczeniem, nie są grzechem. Grzechem jest obudzić się z pustymi rękami, odkryć, że lata kapłaństwa strawiliśmy na dbałość o lampę, zaniedbując naczynie z oliwą.

Ciężar własnego serca

Wspominamy dziś św. Augustyna z Hippony, doktora Kościoła. Jego życie jest doskonałą ilustracją dramatu zdobywania oliwy. Przez lata jego intelekt był olśniewającą lampą – błyskotliwą, podziwianą, skuteczną. Lecz była to lampa paląca się na oparach pychy, ambicji i zmysłowości. Brakowało jej oliwy łaski, pokory i czystości serca. Jego Wyznania to nic innego jak szczegółowy opis bolesnego procesu kupowania tej oliwy. Musiał pójść do „sprzedających” – do Ambrożego, by słuchać słowa, do Pisma Świętego, by je studiować z wiarą, do własnego serca, by stoczyć walkę z samym sobą. Zrozumiał, że mądrość retorów i filozofów (sophia z Pierwszego Listu do Koryntian) jest bezużyteczna w obliczu krzyża.

Augustyn, biskup, wie, czym jest kapłańskie wypalenie i ucieczka w aktywizm. W jednym z listów skarży się na ciężar spraw administracyjnych i sądowych, które odrywają go od modlitwy i studium: „Falami ludzkich spraw jestem niemal pochłonięty”. On, który poznał smak prawdziwej oliwy, wiedział, jak łatwo jest pozwolić, by knot posługi wypalił się do cna, gdy zabraknie stałego dolewania ze źródła kontemplacji. Jego dramat to nasz dramat: kapłana rozrywanego między pilną potrzebą bycia skutecznym menedżerem parafii a absolutną koniecznością bycia człowiekiem wewnętrznym.

Odmowa panien roztropnych to głos, który Augustyn usłyszał w swoim sercu. Nikt nie mógł za niego dokonać nawrócenia. Matka mogła płakać i modlić się, Ambroży mógł głosić kazania, ale decyzja o napełnieniu własnego naczynia należała wyłącznie do niego. Tak samo jest w naszym prezbiterium. Możemy się wspierać, ale żaden brat nie napełni naszego naczynia. Możemy podziwiać świętość innych, ale nie możemy się nią ogrzać w ostatecznej chwili. Staniemy przed Nim sami, z tym, co realnie zgromadziliśmy w ciszy serca.

Tylko Ty i On

Dramat tej przypowieści nie jest dramatem braku solidarności, ale radykalnej, osobistej odpowiedzialności. Nasze kapłaństwo, odarte z funkcji, zostanie zważone na podstawie tego jednego, niepożyczalnego zasobu: zażyłości z Oblubieńcem, której nikt za nas nie zbuduje. Drzwi zatrzaskują się nie przed zmęczeniem, ale przed pustką.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Cedrik Wesche, Ritabrata Das — via Unsplash