Cisza po zamkniętych drzwiach

Cisza po zamkniętych drzwiach
Foto: Gerrie van der Walt on Unsplash

Dłoń opada bezwładnie na kołdrę. Koniec. Jeszcze jeden dzień odhaczony w kalendarzu, który pęcznieje od takich samych, szarych kwadratów. Z pokoju dzieci dobiega już tylko miarowy oddech. Pralka skończyła wirowanie, jej cyfrowy pisk był ostatnim akordem tej symfonii codzienności. A teraz jest cisza. Taka gęsta, że aż dzwoni w uszach. Cisza, w której słychać tylko to, czego się nie zrobiło, czego się nie powiedziało, kogo się zraniło milczeniem albo jednym, zbyt ostrym słowem rzuconym w pośpiechu nad stygnącą kolacją.

W tej ciszy przychodzą rachunki do zapłacenia. Nie te papierowe, z banku. Te wewnętrzne. Za cierpliwość, której znowu zabrakło. Za obietnicę, że dziś znajdę czas na spokojną rozmowę, która utonęła w powodzi maili i telefonów. Za marzenie, że kiedyś usiądę i po prostu pobędę, a nie tylko będę załatwiał, ogarniał, planował. W tej pustce po całym dniu bieganiny człowiek staje nagi przed samym sobą i widzi, że znowu przegrał. Że znowu nie starczyło mu sił, by kochać tak, jakby chciał. Że wielkie ideały, które nosi w sercu, rozbijają się o brudne naczynia w zlewie i górę prania czekającą na wywieszenie.

I wtedy, właśnie w tej chwili totalnego zmęczenia, gdzieś z głębi duszy odzywa się ten cichy, jadowity szept. Ten sam, który słyszał zły sługa z dzisiejszej opowieści Jezusa. On nie brzmi jak jakaś wielka, teologiczna herezja. Brzmi prosto, logicznie, niemal kojąco: „Mój pan się ociąga”. Bóg się spóźnia. Nie przychodzi. Nie interweniuje. Gdzie On jest, kiedy ja padam na twarz ze zmęczenia? Gdzie Jego moc, kiedy moje małżeństwo trzeszczy w szwach? Gdzie Jego królestwo, kiedy patrzę na chorego ojca albo na syna, który zamyka się w swoim świecie z telefonem w ręku? To poczucie fundamentalnej nieobecności. Przekonanie, że jestem w tym wszystkim sam. I że skoro Pan się spóźnia, to może… może mogę sobie odpuścić. Może mogę trochę pofolgować. Zacząć bić współsługi. Czyli krzyczeć na dzieci. Obgadywać szefa. Poniżać żonę. I zacząć jeść i pić z pijakami. Czyli uciec. W serial. W alkohol. W zakupy online. W cokolwiek, co na chwilę znieczuli ten ból i tę pustkę. Skoro Pana i tak nie ma, to kogo to obchodzi?

Złodziej, który przychodzi w samo południe

Jezus dzisiaj wali obuchem w głowę. Używa obrazu tak brutalnego i niewygodnego, że przez wieki próbowaliśmy go jakoś oswoić, złagodzić, zamienić w pobożną metaforę. Mówi, że przyjdzie jak złodziej w nocy. A my od razu myślimy o końcu świata, o jakiejś kosmicznej katastrofie, o Sądzie Ostatecznym. A co, jeśli ten złodziej włamuje się do naszego domu nie w jakąś apokaliptyczną noc, ale w samo południe? W zwykły wtorek, o 14:37, kiedy stoimy w korku, a z radia leci beznadziejna piosenka?

Cały dramat sługi z przypowieści nie polega na tym, że był jakimś potworem. Dramat polegał na jego logice. Na tym cichym założeniu, które zatruło mu serce: „Pan się ociąga”. To jest największa, najsubtelniejsza pokusa naszych czasów. To nie jest ateizm, który krzyczy „Boga nie ma!”. To jest deizm praktyczny, który szepcze: „Bóg jest, ale gdzieś daleko. Ma ważniejsze sprawy na głowie. Na pewno nie interesuje go moje pranie, mój kredyt i moja samotność”. Ten szept sprawia, że przestajemy czuwać.

A czym jest to Jezusowe „czuwajcie”? To nie jest nerwowe wyglądanie przez okno. To nie jest bezsenność z lęku przed końcem świata. To coś znacznie głębszego. To postawa serca, która mówi: „On jest. Tu i teraz. Nawet jeśli Go nie czuję”. Psalmista dzisiaj daje nam do tego klucz. On nie mówi: „Kiedyś, w niebie, będę Cię wielbił”. On krzyczy: „Każdego dnia będę błogosławił Ciebie!”. Wierność nie rodzi się z wielkich, jednorazowych zrywów. Wierność to suma tysięcy małych, codziennych „tak”.

Sługa wierny i roztropny nie robił niczego spektakularnego. Nie uzdrawiał, nie prorokował, nie chodził po wodzie. On „we właściwej porze rozdawał żywność”. Robił to, co do niego należało. Był obecny. Był na swoim miejscu. Był zanurzony w prozie życia, ale przeżywał ją z miłością. Czuwać to znaczy wierzyć, że w tym cholernym korku, w tej kłótni o niezapłaconą fakturę, w tej ciszy przy kolacji, w tym zmęczeniu, które zwala z nóg – właśnie tam jest Pan. Że On nie przyjdzie kiedyś, z trąbami anielskimi. On przychodzi w twarzy człowieka, który potrzebuje mojego czasu. W obowiązku, który wydaje mi się bez sensu. W krzyżu choroby, która rozwala mi wszystkie plany. Złodziej kradnie nam teraźniejszość. A Jezus przychodzi, żeby nam ją oddać. Przychodzi w tej jednej, konkretnej godzinie, której się nie domyślamy, bo jesteśmy zajęci czekaniem na jakąś inną, lepszą godzinę.

Matka, która nie umiała przestać czekać

Jest taka kobieta w historii Kościoła, która z syndromu „spóźnionego Pana” zrobiła sztukę. Mistrzostwo świata w czekaniu na Boga, który zdawał się mieć ją w głębokim poważaniu. Miała na imię Monika. Tak, ta Monika. Święta Monika, której wspomnienie obchodzimy właśnie dzisiaj, 27 sierpnia. Jej życie to jeden wielki, rozpisany na dekady dowód na to, co to znaczy „czuwać”.

Wyobraźmy sobie jej codzienność. Północna Afryka, IV wiek. Ma męża poganina, porywczego faceta, który zdradza ją na potęgę. Ma teściową, która zatruwa jej każdy dzień. I ma syna. Genialnego, błyskotliwego, jej oczko w głowie. Augustyna. Tyle że ten syn to jej największy ból. Chłopak jest chodzącą katastrofą. Zamiast żyć wiarą matki, pakuje się w dziwaczną sektę manichejczyków. Żyje z kobietą bez ślubu, ma z nią nieślubne dziecko. Jest arogancki, pyszny, przekonany o własnej nieomylności. Każdego dnia wbija matce nóż w serce.

Co robi Monika? Nie mówi sobie: „Mój Pan się ociąga. To nie ma sensu. Odpuszczam”. Nie zaczyna „bić współsług”. Nie przeklina syna, nie wyrzuca go z domu. Ona robi to, co wierny sługa z Ewangelii. Każdego dnia, we właściwej porze, „rozdaje żywność”. Tą żywnością są jej łzy. Jej modlitwy. Jej nieustanna, cicha obecność. Przez blisko trzydzieści lat. Trzydzieści lat patrzenia, jak jej syn marnuje sobie życie. Trzydzieści lat słuchania od niego, że jej wiara to zabobon dla prostaczków. Trzydzieści lat czekania na Pana, który niemiłosiernie się spóźnia.

Jest taka scena, absolutnie kluczowa. Zrozpaczona Monika idzie do pewnego biskupa i zalewając się łzami, błaga go, żeby porozmawiał z Augustynem, żeby go nawrócił. Biskup, trochę już zniecierpliwiony jej natręctwem, mówi jej w końcu zdanie, które przeszło do historii: „Idź w pokoju, niemożliwe jest, by syn tylu łez miał zginąć”. On nie dał jej taniej obietnicy. On zobaczył w niej ten upór czuwania. Tę wierność w rozdawaniu jedynej żywności, jaką miała – miłości i modlitwy.

Kiedy Augustyn ucieka do Rzymu, a potem do Mediolanu, ona wsiada na statek i płynie za nim. Starsza kobieta, sama, w niebezpieczną podróż. Bo sługa wierny nie opuszcza swojego posterunku. I w końcu, po tych wszystkich latach, Pan przychodzi. W Mediolanie, przez kazania świętego Ambrożego, serce Augustyna pęka. Nawraca się. Zostaje nie tylko chrześcijaninem, ale jednym z największych świętych i myślicieli w historii. A wszystko to wyrosło na glebie użyźnionej łzami matki, która nie zgodziła się na logikę „spóźnionego Pana”. Ona wiedziała, że czuwać to nie znaczy czekać bezczynnie. Czuwać to kochać tu i teraz, z całych sił, wbrew wszelkiej nadziei. Robić swoje. Resztę zostawić Jemu.

Wierność okruchom

Panie, który zawsze przychodzisz nie w porę, nie wtedy, kiedy na Ciebie czekam z zapalonymi świecami i odświętnym nastrojem. Przychodzisz w brudnych naczyniach, w zmęczeniu, w kłótni, która rozdziera serce. Daj mi oczy Moniki, bym nie przestał Cię wypatrywać w beznadziei. Daj mi serce wiernego sługi, żebym nie przestał rozdawać tej odrobiny miłości, którą mam, nawet gdy czuję, że to nic nie zmienia.

Czuwać to nie patrzeć w niebo, ale dostrzec Twoją twarz w tym, co mam teraz do zrobienia.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Greg Pappas, Gerrie van der Walt — via Unsplash