Spiekota

Spiekota południa w winnicy ma inną gęstość niż ta o brzasku. Przesiąka ubranie, wżera się w kark, wysusza myśli, pozostawiając jedynie twardy rdzeń obowiązku. Po latach kapłaństwa ta spiekota staje się stanem wewnętrznym; to skumulowany ciężar odprawionych Mszy, wysłuchanych spowiedzi, administracyjnych batalii i nocy, w których jedynym towarzyszem jest świadomość własnej niewystarczalności. To właśnie wtedy, w tym egzystencjalnym południu, pojawia się pokusa patrzenia na zegar i na innych – na tych, którzy zdają się wchodzić do winnicy w chłodzie wieczora, by odebrać tę samą nagrodę.
Ta spiekota rodzi szemranie, które nie jest otwartym buntem, lecz cichym, wewnętrznym kwasem zatruwającym modlitwę i relacje. To szemranie przeciw logice Boga, który zdaje się nie doceniać naszej wierności mierzonej latami i potem. To szemranie przeciw braciom w prezbiterium, których posługa wydaje się lżejsza, bardziej owocna, mniej naznaczona pyłem i ciężarem dnia. Stajemy się weteranami, którzy z pogardą patrzą na rekrutów, zapominając, że wszyscy nosimy ten sam mundur i służymy temu samemu Panu.
Rana sprawiedliwości pozornej
Gospodarz z przypowieści łamie żelazną, ludzką zasadę sprawiedliwości wymiennej. Jego działanie nie jest jednak niesprawiedliwe – on wypełnia kontrakt zawarty z pierwszymi robotnikami: „czyż nie o denara umówiłeś się ze mną?”. Problem nie leży w umowie, ale w oku. Skarga robotników, „zrównałeś ich z nami”, demaskuje ich prawdziwą motywację. Nie chodzi im o większą zapłatę, ale o zachowanie hierarchii zasług, o utrzymanie dystansu wobec tych „ostatnich”. Chcą, by ich „ciężar dnia i spiekota” zostały przeliczone na walutę wyższości.
Kluczowe jest pytanie Gospodarza: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. Greckie ophthalmos sou ponēros estin (dosł. „twoje oko jest złe”) to hebraizm oznaczający zawiść. To nie jest pytanie o opinię, to jest diagnoza duchowej choroby. Złe oko nie potrafi znieść darmowej, nieobliczalnej dobroci Boga wylanej na kogoś innego. To oko, które widzi łaskę jako zagrożenie dla własnego statusu. Kryzys pierwszych robotników nie jest ekonomiczny, jest teologiczny: nie mogą pojąć Boga, który nie jest buchalterem, lecz Ojcem o niepojętej hojności.
Przypowieść demaskuje naszą kapłańską skłonność do myślenia w kategoriach zasługi. Mierzymy lata posługi, trud włożony w parafię, osobiste ofiary. I w oparciu o ten bilans oczekujemy od Boga czegoś „więcej” – więcej pociechy, więcej owoców, więcej uznania. A gdy tego nie otrzymujemy, a widzimy, że otrzymuje to ktoś, kto w naszym mniemaniu „pracował jedną godzinę”, nasze serce zamyka się w ranie zawiści. Stajemy się pasterzami z wizji Ezechiela, którzy pasą samych siebie – karmią się poczuciem własnej krzywdy, odziewają w pancerz zgorzknienia, a owce stają się jedynie tłem dla naszego dramatu.
Serce pasterza, nie buchaltera
W XVII wieku, w czasach dominacji surowego, jansenistycznego myślenia o Bogu jako o bezdusznym Sędzim i księgowym ludzkich grzechów, św. Jan Eudes rozpoczął swoją misję. Zrozumiał, że zdeformowany obraz Boga rodzi zdeformowane kapłaństwo – służbę opartą na lęku, skrupulanctwie i nieustannej kalkulacji własnej wartości. Całe jego dzieło, zwłaszcza założenie seminariów i propagowanie kultu Serca Jezusowego, było próbą przywrócenia kapłanom prawdy o Bogu, który jest Gospodarzem z dzisiejszej Ewangelii: Bogiem o sercu płonącym z miłości, którego dobroć przekracza wszelkie ludzkie miary sprawiedliwości.
Święty Jan Eudes walczył z pokusą „złego oka” w samym sercu Kościoła. Przypominał kapłanom, że ich wielkość nie leży w „znoszeniu spiekoty dnia”, ale w upodobnieniu swojego serca do Serca Chrystusa – Dobrego Pasterza. To upodobnienie jest denarem, którego nie da się wypracować. Jest darem, który przyjmuje się z taką samą wdzięcznością o godzinie jedenastej, jak i o trzeciej. Kapłaństwo przeżywane w logice denara to nieustanne umieranie dla pokusy porównywania się, wartościowania i domagania się uznania.
Kiedy zaczynamy liczyć godziny, kiedy tworzymy w głowie rankingi zasług w prezbiterium, kiedy zazdrościmy bratu łatwiejszej parafii, błyskotliwych kazań czy ludzkiej sympatii, stajemy się pierwszymi robotnikami. Wypalamy się nie od nadmiaru pracy, ale od trucizny zawiści. Św. Jan Eudes wzywa nas do odwrócenia perspektywy: nie patrzeć na innych kapłanów jak na konkurentów do denara, ale widzieć w nich braci, obdarowanych tą samą, niezasłużoną hojnością Pana winnicy.
Odebrać zapłatę
Prawdziwym ciężarem dnia nie jest praca, lecz nasze szemranie. Prawdziwą spiekotą nie jest słońce, lecz ogień zawiści, który trawi nasze wnętrze, czyniąc nas pasterzami pasącymi własne urazy. Denar nie jest zapłatą za wysiłek, lecz znakiem przynależności do Tego, który sam jest naszą zapłatą. Przyjąć denara to pozwolić, by Jego hojność uciszyła w nas buchaltera krzywd i spaliła roszczenia. Porzuć rachunki i idź paść Jego owce, nie swoje rany.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Stefan Kunze, Jo Van de kerkhove — via Unsplash




