Tron i proch

Wielbłąd. Zwierzę juczne, miara bogactwa, symbol wytrwałości na pustyni. Jego fizyczna, niezgrabna masa staje się w ustach Chrystusa ostateczną miarą niemożliwości. Ten obraz, brutalny w swojej konkretności, obnaża nie tylko iluzje bogacza, ale i nasze, kapłańskie. W ciszy plebanii, po dniu wypełnionym administracją, która przypomina gromadzenie majątku przez władcę Tyru, w chwilach zmęczenia, gdy kapłaństwo ciąży jak garb wielbłąda, pojawia się w nas ten sam, cichy księgowy. Piotr, który pyta: „opuściliśmy wszystko… cóż więc otrzymamy?”. To nie jest pytanie o zbawienie. To jest żądanie przedstawienia bilansu.
Paradoks niemożliwości
Reakcja uczniów na słowa o wielbłądzie i uchu igielnym to nie jest zwykłe zdziwienie. Mateusz używa greckiego zwrotu eksplēssonto sphodra (ἐξεπλήσσοντο σφόδρα), co oznacza skrajne przerażenie, bycie powalonym przez szok. W ich mentalności, mocno zakorzenionej w teologii Deuteronomium, bogactwo było namacalnym znakiem Bożego błogosławieństwa. Skoro nawet ci, których Bóg jawnie błogosławi, nie mogą wejść do Królestwa, to „któż więc może być zbawiony?”. To pytanie demaskuje ich ukryte przeświadczenie, że zbawienie jest czymś, na co można sobie w jakiś sposób zasłużyć, co można osiągnąć ludzkim wysiłkiem. Odpowiedź Jezusa jest ciosem w ten sposób myślenia: „U ludzi to niemożliwe”. Koniec. Kropka. Nie ma strategii, nie ma techniki, nie ma programu duszpasterskiego, który by tę niemożliwość ominął.
W tym kontekście wystąpienie Piotra jest logiczne. Skoro zasady gry są tak radykalnie inne, on chce poznać nowe. Jego „oto my opuściliśmy wszystko” – greckie aphēkamen panta (ἀφήκαμεν πάντα) – wskazuje na akt dokonany, zamknięty. Transakcja z naszej strony została wykonana. Teraz czekamy na zapłatę. Obietnica Chrystusa jest równie radykalna: trony sędziowskie, stokrotność i życie wieczne. Wszystko to jednak osadzone jest w rzeczywistości palingenesia (παλιγγενεσίᾳ) – odrodzenia, nowego stworzenia. To nie jest premia za wyniki. To jest wejście w zupełnie nowy porządek bytu, w którym jedyną logiką jest Boża możliwość, a nie ludzka kalkulacja.
Logika relikwii, nie majątku
Kapłańska pokusa władcy Tyru polega na budowaniu swego królestwa na własnej mądrości, sprycie i „majątku” – na skuteczności duszpasterskiej, elokwencji, zdolnościach administracyjnych. Stajemy się bogaczami we własnej diecezji, we własnej parafii. Mierzymy Boże błogosławieństwo liczbą wiernych, stanem konta parafialnego, udanymi remontami. I wtedy, w obliczu kryzysu, samotności czy poczucia bezsensu, stajemy jak Piotr i pytamy o naszą zapłatę, czując się oszukani. Nasze „opuściliśmy wszystko” wydaje się inwestycją bez zwrotu.
Wspomnienie św. Heleny, cesarzowej, matki Konstantyna, rzuca na to inne światło. Była kobietą, która posiadała dosłownie wszystko, co świat mógł zaoferować: bogactwo, władzę, wpływy. Była archetypem „bogatego”, dla którego wejście do królestwa powinno być niemożliwe. A jednak całą swoją potęgę i majątek przekuła w obsesyjne poszukiwanie nie kolejnych pałaców, lecz narzędzia hańby i śmierci – Krzyża Świętego. Nie gromadziła, lecz odkopywała. Nie budowała pomników swojej potęgi, lecz szukała Relikwii ostatecznej słabości Boga. Helena zrozumiała, że prawdziwym bogactwem nie jest to, co się posiada, ale to, ku czemu się dąży. Jej życie jest ilustracją tego, że „stokrotność” obiecana przez Chrystusa to nie pomnożenie naszego ziemskiego stanu posiadania, ale otrzymanie udziału w samej tajemnicy zbawienia.
Tylko Bóg
Nasze kapłaństwo nie jest kontraktem, w którym wymieniamy nasze wyrzeczenia na Bożą łaskę. Jest ono aktem wiary w to, że tam, gdzie kończy się nasza ludzka możliwość, zaczyna się absolutna suwerenność Boga, który sam zabija i sam ożywia. Przestań więc liczyć straty, a zacznij szukać Krzyża.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Hongbin, Raph Howald — via Unsplash





