Nienaruszalny grunt

Skała. Ta, która zrodziła, i ta, o której zapomniano. Pod fasadą nienagannej liturgii, terminowo oddanych sprawozdań i poprawnie wygłoszonej homilii, leży często ten sam kamień. Nie jest to kamień wielkiego, spektakularnego grzechu, ale twardy, obojętny konglomerat tego, co uważamy za swoje: naszej reputacji, naszych kompetencji, naszego „spokoju”, naszej wizji parafii. To grunt, na którym budujemy nie Królestwo, ale własne poczucie adekwatności.
Jest to grunt tak twardy, że pytanie młodzieńca z dzisiejszej Ewangelii odbija się od niego echem w naszych prezbiteriach: „Przestrzegałem tego wszystkiego, czego mi jeszcze brakuje?”. Pytanie człowieka, który wypełnił normy, ale przeczuwa, że istota życia kapłańskiego leży gdzie indziej. Leży poza tym, co można zmierzyć, zaraportować i odhaczyć. Leży w przestrzeni, gdzie jedynym gruntem jest On sam.
Anatomia doskonałości
Młodzieniec zadaje pytanie o działanie: ti agathon poiēsō – „co dobrego uczynię?”. Myśli w kategoriach zadania do wykonania, kolejnego punktu na liście duchowej doskonałości. Chrystus natychmiast dekonstruuje tę logikę, przenosząc akcent z działania na Byt: „Jeden tylko jest Dobry”. Nie chodzi o kolekcjonowanie dobrych uczynków, ale o zjednoczenie z jedynym Źródłem dobra. To fundamentalna korekta, której często nie słyszymy, zajęci administrowaniem sakramentami i zarządzaniem majątkiem.
Kiedy młodzieniec pyta, czego mu brakuje – ti eti hysterō? – Jezus odpowiada wezwaniem do pełni: ei theleis teleios einai – „jeśli chcesz być doskonały/kompletny”. Greckie teleios nie oznacza tu bezgrzeszności w sensie faryzejskim, ale osiągnięcie celu (telos), dojrzałość, integralność. Jest to stan, w którym nic już nie stoi pomiędzy duszą a Bogiem. Wezwanie „sprzedaj, daj, przyjdź, chodź za Mną” nie jest dodatkowym przykazaniem dla elity, ale logiką bycia teleios. To protokół usunięcia ostatniej przeszkody – iluzji, że cokolwiek, co „posiadamy”, definiuje nas lub zabezpiecza.
Smutek (lypē) młodzieńcza nie jest owocem złej woli, ale tragedią podzielonego serca. To ból człowieka, który zobaczył prawdziwą cenę uczniostwa i uznał ją za zbyt wysoką. Odszedł zasmucony, ponieważ jego „wiele posiadłości” – materialnych, psychologicznych, duchowych – miało nad nim większą władzę niż spojrzenie Chrystusa. To smutek, który rodzi się na styku powołania i przywiązania.
Własność i wierność
Nasze kapłańskie „wiele posiadłości” rzadko ma formę kont bankowych. To raczej nasze schematy duszpasterskie, nasza niechęć do zmiany, nasza intelektualna pycha, nasze przywiązanie do konkretnej parafii traktowanej jak lenno. To nasza kurczowo broniona autonomia, która każe nam mówić Bogu: „w tej jednej sprawie, Panie, zaufam sobie”. To wszystko, co buduje nasze kapłańskie ego, zamiast pozwolić Mu być wszystkim we wszystkim. Ten mechanizm obronny sprawia, że stajemy się funkcjonariuszami sacrum, a nie ojcami i prorokami.
Wspomnienie św. Jacka Odrowąża, które dziś obchodzimy, jest brutalnym kontrapunktem dla tej ewangelicznej sceny. Jacek, człowiek z dobrego domu, kanonik krakowski, człowiek posiadający status i perspektywy, staje w Rzymie przed Dominikiem Guzmanem. Słyszy podobne wezwanie do radykalizmu. W przeciwieństwie do młodzieńca, on i jego towarzysze nie odchodzą smutni. Przyjmują habit i wracają pieszo, by zakładać klasztory na ziemiach, które nigdy nie słyszały o Zakonie Kaznodziejskim. Jacek zrozumiał, że bycie teleios nie jest opcją, ale warunkiem apostolskiej płodności. Oddał swoje „posiadłości” – pewną przyszłość, kościelną karierę, bezpieczeństwo – by zyskać wolność głoszenia.
Dramat kapłańskiego wypalenia i jałowości często nie jest kryzysem wiary, ale właśnie kryzysem posiadania. To smutek człowieka, który wie, że powinien „pójść za Nim” w sposób bezwarunkowy, ale boi się utraty kontroli. To paraliżująca lypē, która każe nam wybierać administrowanie tym, co znane, zamiast wyruszyć na nieznane wody, gdzie On czeka. To postawa Ezechiela, który na rozkaz Boga musi stłumić w sobie najbardziej ludzki odruch żałoby, by stać się znakiem. To cena bycia własnością Boga, a nie właścicielem samego siebie.
Wezwanie
Dramat młodzieńca nie jest dramatem upadku, lecz dramatem stagnacji. To paraliż wywołany przez smutek posiadania, który udaremnia radość oddania. Chrystus nie pyta o to, co już zrobiliśmy, ale o to, czego jeszcze kurczowo się trzymamy, broniąc ostatniej reduty naszej samowystarczalności. Odejdź od tego, co czyni cię smutnym, nawet jeśli nazywasz to bezpieczeństwem.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Eli Alvarez, Simon N — via Unsplash





