Pośpiech bez fanfar

Kluczyki. Lądują z brzękiem na komodzie w przedpokoju. Razem z nimi spada cały ciężar dnia. Siatki z zakupami wrzynają się w palce, paragon za paliwo gniecie się w kieszeni, a w głowie wciąż dudni echo setki maili, telefonów, niedokończonych rozmów. Cisza w mieszkaniu dzwoni w uszach. Taka cisza, która nie jest odpoczynkiem, tylko pustką. Przesuwasz palcem po zakurzonym ekranie telefonu. Scrollujesz. Twarze, newsy, reklamy, cudze wakacje, cudze sukcesy. Wszystko pędzi. Twoje życie też pędzi. Bieg od jednego zadania do drugiego, od terminu do terminu. Pośpiech, który niczego nie buduje, a tylko wyczerpuje. Pośpiech, który zostawia cię wieczorem z poczuciem, że przebiegłeś maraton, ale nie ruszyłeś się z miejsca.
Jest w Ewangelii takie jedno, niedoceniane słowo: „poszła z pośpiechem”. Maryja, nastolatka z małej, zapomnianej przez Boga i ludzi dziury, właśnie usłyszała, że Jej życie wywróci się do góry nogami. Że w Jej ciele zamieszkał Bóg. Co robi? Nie zamyka się w domu, żeby to przetrawić. Nie pisze pamiętnika, nie idzie na warsztaty z radzenia sobie ze zmianą. Nie szuka potwierdzenia u mędrców. Ona biegnie. Ale Jej pośpiech jest zupełnie inny niż nasz. To nie jest nerwowe uciekanie od czegoś, ale gwałtowne, pełne energii i sensu pójście do kogoś.
Ona, nosząc w sobie największą Tajemnicę wszechświata, nie skupia się na sobie. Nie myśli: „Jak ja sobie poradzę? Co ludzie powiedzą?”. Myśli o Elżbiecie. O starszej krewnej, która też nosi w sobie cud i która pewnie jest przerażona, samotna i potrzebuje pomocy. Ten pośpiech nie rodzi się z lęku, ale z miłości, która nie może usiedzieć w miejscu. To jest pęd, który nie wysysa życia, ale je daje. Pęd, który nie prowadzi do pustki, ale do spotkania, które wstrząsa fundamentami świata.
Kosmiczna wojna i dwie kobiety przy herbacie
Jan w Apokalipsie odpala wizualne fajerwerki. Niebo się otwiera, na scenę wchodzi Niewiasta obleczona w słońce, z księżycem pod stopami. Kosmiczna Królowa. A przeciwko Niej staje potwór, Smok barwy ognia, który chce pożreć Jej Dziecko. To jest obraz, który trafia do wyobraźni. Wojna światów. Ostateczne starcie dobra ze złem, światła z ciemnością. Czujemy wagę tego momentu. Rozumiemy, że chodzi o wszystko. O zbawienie, potęgę i królowanie Boga.
A potem Łukasz bierze kamerę i robi radykalne zbliżenie. Z kosmicznej panoramy przenosi nas do ciasnego, ubogiego domu w jakiejś górskiej wiosce. Nie ma Smoka, nie ma słońca i gwiazd. Są dwie kobiety. Jedna bardzo młoda, druga już w podeszłym wieku. Obie w ciąży, obie trochę wbrew logice. Jest zapach ziół, kurz na podłodze, pewnie jakaś miska z wodą. I jest rozmowa. Pozdrowienie, które sprawia, że w jednym łonie podskakuje z radości dziecko. Wyznanie wiary. I pieśń.
Ta pieśń, ten Magnificat, to jest właśnie ta kosmiczna wojna, o której pisał Jan, tylko przetłumaczona na język ludzkiego serca. To jest manifest rewolucji. Maryja nie śpiewa słodkiej kołysanki. Ona ogłasza nowy porządek świata. „Rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich. Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił”. To są słowa, za które w każdym systemie politycznym można trafić pod mur. To jest program przewrotu, który nie zaczyna się od zdobycia pałacu, ale od cichego „tak” powiedzianego w Nazarecie i od pośpiesznej drogi do Ain Karem. Smok z Apokalipsy to pycha, władza, bogactwo – wszystko to, co świat uważa za siłę. A Bóg uderza w niego z zupełnie innej strony. Uderza pokorą dziewczyny z prowincji, radością nienarodzonego dziecka i miłością, która każe biec przez góry, żeby komuś pomóc. Ta wielka wojna o losy świata nie rozgrywa się na pierwszych stronach gazet. Ona rozgrywa się w ciszy naszych domów, w naszych decyzjach, w tym, czy nasz pośpiech służy nam, czy drugiemu człowiekowi.
Ucieczka po życie
Jest taki chłopak, Stanisław Kostka. Jego wspomnienie w Kościele przypada właśnie dziś. Szlachcic, arystokrata. Przed nim otworem stał cały świat: kariera, pieniądze, wpływy. Ojciec miał dla niego wielkie plany. Wysłał go z bratem na studia do Wiednia, do najlepszej szkoły. Miał zostać kimś. A on w tym całym blichtrze, w tym świecie układów i ambicji, poczuł, że się dusi. Usłyszał w sercu głos, który wzywał go gdzie indziej. Do życia prostego, ubogiego, oddanego tylko Bogu.
Kiedy powiedział o tym rodzinie, rozpętało się piekło. Ojciec wpadł w szał. Groził, że go wydziedziczy. Starszy brat, Paweł, regularnie go bił, wyzywał od dziwaków i hipokrytów. Traktował go jak wroga. To był jego prywatny Smok, który chciał pożreć jego powołanie. Próbowali go złamać. Zabrać mu marzenie. Wcisnąć z powrotem w schemat, który dla niego przygotowali. I co zrobił ten siedemnastoletni chłopak? Zrobił dokładnie to, co Maryja. Wybrał się i poszedł z pośpiechem.
To nie była pielgrzymka z wygodnym noclegiem. To była ucieczka. Pewnego sierpniowego poranka wstał bladym świtem, przebrał się w zniszczone ubranie żebraka, żeby nikt go nie rozpoznał, i ruszył pieszo z Wiednia do Rzymu. Ponad tysiąc trzysta kilometrów. Bez pieniędzy, bez mapy, bez wsparcia. Z bratem i ludźmi ojca depczącymi mu po piętach. Szedł przez góry i lasy, spał w stodołach, prosił o chleb. Każdy jego krok był aktem buntu przeciwko światu, który chciał go zamknąć w złotej klatce. Każdy kilometr był krzykiem jego duszy: „Moje życie należy do Boga, nie do waszych ambicji!”. On nie uciekał od życia. On uciekał po życie. Po to prawdziwe, którego pragnął. Dotarł do Rzymu wyczerpany, ale szczęśliwy. Wstąpił do jezuitów. Zmarł niecały rok później z wycieńczenia. Z punktu widzenia świata – przegrał wszystko. Zmarnował potencjał. Z punktu widzenia nieba – wygrał wieczność. Strącił z tronu władcę, którym był dla niego jego własny ojciec i presja otoczenia, a wybrał uniżenie wędrownego żebraka. Bo zrozumiał, że wielkie rzeczy Bóg czyni nie w tych, którzy siedzą na tronach, ale w tych, którzy mają odwagę z nich zejść i iść z pośpiechem tam, gdzie wzywa miłość.
Wejrzyj na mój pośpiech
Maryjo, Niewiasto, która biegniesz przez góry, spójrz na mój nerwowy, pusty pośpiech. Na moje zmęczone ręce i serce, które tak często pędzi donikąd. Naucz mnie pośpiechu, który rodzi się z miłości, a nie z lęku. Daj mi odwagę Stanisława, bym umiał uciec od tego, co chce pożreć moje marzenia i zamknąć mnie w klatce cudzych oczekiwań.
Największe rewolucje świata zaczynają się od jednego kroku zrobionego dla kogoś.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Gabre Cameron, Gunnar Ridderström — via Unsplash




