Góry

Góry
Foto: simon on Unsplash

Góry. Surowa materia ziemi wypiętrzona ku niebu, zmuszająca do wysiłku, spowalniająca marsz. A jednak to tam, meta spoudēs – z pośpiechem – idzie Niewiasta niosąca Słowo. Ten pośpiech jest obcy naszej kapłańskiej logice. Nasz pośpiech to nerwowe stukanie w klawiaturę, gorączkowe planowanie grafików, jazda samochodem z jednego punktu diecezji do drugiego. To pośpiech człowieka, który boi się, że nie zdąży, że coś mu umknie, że nie domknie bilansu. To ruch odśrodkowy, ucieczka od ciszy własnego serca.

Pośpiech Maryi jest dośrodkowy. Nie wynika z lęku, lecz z pełni. Słowo, które w Niej zamieszkało, jest tak dynamiczne, że staje się siłą napędową. Nie pozwala Jej siedzieć w miejscu, kalkulować, zabezpieczać się. Popycha Ją ku drugiemu człowiekowi, który również czeka na wypełnienie się obietnicy. Nasz aktywizm bywa rozpaczliwą próbą udowodnienia sobie i światu własnej użyteczności. Jej pośpiech jest czystym, nieuniknionym skutkiem obecności Boga.

Logika pośpiechu Boga

Ewangelista Łukasz precyzyjnie dobiera słowa. Greckie meta spoudēs (μετὰ σπουδῆς) to coś więcej niż tylko fizyczna prędkość. To gorliwość, zapał, powaga i pilność. To stan ducha, w którym cała istota jest skoncentrowana na celu. To pośpiech, który nie niszczy, lecz buduje. Jest antytezą acedii – duchowego lenistwa, które paraliżuje wolę i odbiera smak życia. Maryja, pierwsza nosicielka Eucharystii, jest pierwszą, która doświadcza, że obecność Chrystusa jest dynamiczna. On nie jest statycznym depozytem wiary, który mamy bezpiecznie przechować. Jest siłą, która rozsadza nasze schematy i zmusza do wyjścia.

Punktem zapalnym jest Magnificat. To nie jest sentymentalna pieśń młodej dziewczyny. To teologia rewolucji Boga. „Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych” (Łk 1, 52). To twardy, polityczny i duchowy program, który demaskuje wszelką władzę opartą na pysze i sile. Maryja nie śpiewa o tym, co Bóg kiedyś zrobi. Ona śpiewa o tym, co Bóg już robi w Niej i przez Nią. To jest źródło Jej pośpiechu: świadomość, że jest narzędziem w ręku Boga, który właśnie teraz, w tej chwili, przewraca porządek świata. Ten manifest wyśpiewany w górach Judei jest ostatecznym oskarżeniem wszelkiej kapłańskiej biurokracji, która zamienia ogień Ewangelii w popiół procedur.

Pusty tron, pełne ręce

Wielu z nas zasiada na pustych tronach naszych parafii i urzędów. Mamy władzę, pieczątki, klucze. Ręce mamy pełne administracyjnej roboty, a serca puste, bo dawno zapomnieliśmy, o co w tym wszystkim chodzi. Straciliśmy ów święty pośpiech, zastępując go nerwową krzątaniną. Boimy się pustki plebanii, ciszy kościoła po ostatniej Mszy, konfrontacji z własną samotnością. Uciekamy w działanie, które staje się bożkiem, usprawiedliwieniem naszego istnienia. A Bóg wciąż strąca z tronów tych, którzy uwierzyli w swoją władzę.

W ten dzień Kościół wspomina także św. Stanisława Kostkę. Młodzieńca, który pieszo przemierzył pół Europy, uciekając przed wolą ojca, by pójść za wolą Boga. Jego wędrówka z Wiednia do Rzymu była wcieleniem maryjnego meta spoudēs. To nie była ucieczka od czegoś, lecz pośpieszny bieg do celu – do Chrystusa w Towarzystwie Jezusowym. Nie kalkulował, nie negocjował, nie szukał kompromisów. Usłyszał Słowo i poszedł. Jego życie demaskuje nasze kapłańskie kunktatorstwo, naszą wygodę przebraną za roztropność, nasz lęk przed radykalizmem, który nazywamy duszpasterską mądrością. Stanisław przypomina, że prawdziwa władza kapłana nie leży w administrowaniu, lecz w byciu nosicielem Słowa, które zmusza do drogi.

Wyjść

Kryzys kapłański nie jest kryzysem nadmiaru pracy, lecz niedoboru misji zrodzonej ze Słowa, które domaga się drogi. Kapłaństwo nie jest urzędem do obsadzenia, lecz ogniem do zaniesienia.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Holly Mandarich, simon — via Unsplash