Odkryta krew na polu

Krew porzuconego niemowlęcia na otwartym polu. Taki jest, według Ezechiela, fundament pod Jerozolimę – akt Bożego miłosierdzia nad czymś, co samo z siebie nie miało prawa do życia, skazane na zniknięcie w kurzu i zapomnieniu. To obraz tak brutalny, że niemal go omijamy, a przecież dotyka on samego rdzenia naszego powołania. Każdy z nas został kiedyś znaleziony przez Boga w jakiejś formie egzystencjalnej nędzy, w „krwi swojego porodu”, i usłyszał absolutnie niezasłużone: „Żyj!”. Z tej pierwotnej interwencji bierze się wszystko inne: umycie, namaszczenie, przyodzianie, kapłaństwo. I z niej też rodzi się najgłębszy lęk – że po tym wszystkim okażemy się niewierną oblubienicą, że nasza historia kapłańska stanie się kroniką zdrady opisanej przez Proroka z bezlitosną precyzją.
„Od początku tak nie było”
Pytanie faryzeuszy o dopuszczalność rozwodu (εἰ ἔξεστιν ἀνθρώπῳ ἀπολῦσαι τὴν γυναῖκα αὐτοῦ κατὰ πᾶσαν αἰτίαν – „czy wolno mężowi oddalić swoją żonę z jakiejkolwiek przyczyny?”) nie jest niewinną prośbą o wykładnię Prawa. To misternie zastawiona pułapka, mająca zmusić Chrystusa do opowiedzenia się po stronie liberalnej szkoły Hillela lub rygorystycznej szkoły Szammaja. To polityka, a nie teologia. Odpowiedź Jezusa jest teologicznym trzęsieniem ziemi, ponieważ On odmawia wejścia w ich spór. Nie licytuje się na interpretacje, nie szuka kompromisu. On unieważnia całe pole dyskusji, wracając do ἀπ’ ἀρχῆς – „od początku”. Wskazuje na porządek stworzenia, na ontologiczną jedność mężczyzny i kobiety, która poprzedza wszelkie Prawo i wszelkie ludzkie ustępstwa.
Mojżeszowe przyzwolenie na list rozwodowy zostaje zdemaskowane jako koncesja na rzecz ludzkiej σκληροκαρδία – twardości, sklerozy serca. To nie jest Boży ideał, lecz Boża terapia dla nieuleczalnie chorego pacjenta. Chrystus nie przyszedł jednak, by podtrzymywać pacjenta przy życiu za pomocą półśrodków. Przyszedł, by przeszczepić serce. Dlatego Jego odpowiedź wywołuje szok nawet u uczniów: „Jeśli tak ma się sprawa męża z żoną, to nie warto się żenić”. Oni natychmiast rozumieją, że poprzeczka została zawieszona na poziomie niemożliwym do osiągnięcia bez radykalnej interwencji łaski.
I dokładnie w tym punkcie szoku i niedowierzania, Chrystus wprowadza naszą tajemnicę. Mówi o tych, którzy „sami siebie uczynili bezżennymi dla królestwa niebieskiego” (εὐνοῦχοι οἵτινες εὐνούχισαν ἑαυτοὺς διὰ τὴν βασιλείαν τῶν οὐρανῶν). Nasz celibat nie jest więc jakimś praktycznym rozwiązaniem logistycznym dla Kościoła. Nie jest też wyższą formą życia duchowego samą w sobie. Jest radykalnym, profetycznym znakiem eschatologicznym, który ma przypominać światu – a przede wszystkim samemu Kościołowi – o tej właśnie logice początku. W świecie, który żyje dzięki „listom rozwodowym” i kompromisom ze sklerozą serca, nasza samotność ma być żywym świadectwem, że istnieje rzeczywistość, dla której warto spalić za sobą wszystkie mosty.
Bezpłodność dla Królestwa
Nasza kapłańska σκληροκαρδία przybiera dziś inne formy niż faryzejska kazuistyka. To twardość serca zrodzona z rozczarowania, z wypalenia, z poczucia bezsensu w starciu z biurokratyczną machiną. To cynizm, który pozwala nam przetrwać kolejny tydzień, ale zabija w nas zdolność do zdumienia nad cudem powołania. Szukamy naszych własnych „listów rozwodowych” – uciekamy w administrowanie, w ideologiczne wojenki wewnątrz prezbiterium, w jałowy aktywizm, byle tylko nie stanąć twarzą w twarz z przerażającą i chwalebną prawdą o naszej bezżenności dla Królestwa. Staje się ona wtedy nie znakiem, lecz ciężarem; nie proroctwem, lecz deficytem.
Wspominamy dziś św. Maksymiliana Kolbego, człowieka, którego bezżenność stała się ostatecznym argumentem. W bunkrze głodowym w Auschwitz, w miejscu absolutnej negacji człowieczeństwa, jego kapłaństwo osiągnęło swój szczyt. On, bezdzietny, oddał życie za ojca rodziny. Jego fizyczna bezpłodność stała się źródłem niewyobrażalnej duchowej płodności. Nie kalkulował, nie szukał furtki w obozowym regulaminie. Działał w logice ἀπ’ ἀρχῆς – w logice daru z siebie, który nie pyta o koszty, bo jego jedynym motywem jest miłość. Kolbe w epicentrum piekła na ziemi udowodnił, że serce z ciała jest możliwe nawet wtedy, gdy wszystko wokół zamienia się w kamień.
Jego gest demaskuje nasze kapłańskie kompromisy. Pokazuje, że nasza samotność nie jest problemem do rozwiązania, lecz przestrzenią, w której ma się objawić moc Boga. Gdy czujemy, że nasze życie staje się jałowe, że posługa nie przynosi owoców, że jesteśmy tylko funkcjonariuszami sacrum, to właśnie wtedy stajemy przed wyborem: albo wypisać sobie list rozwodowy i pogrążyć się w twardości serca, albo jak Kolbe, uczynić z tej bezpłodności miejsce najgłębszego zjednoczenia z Chrystusem, który na Krzyżu był uosobieniem klęski i bezsilności.
Tylko to
Nasze życie jest nieustannym polem bitwy między logiką Mojżeszowej koncesji a radykalizmem początku, do którego wzywa Chrystus. Każda pokusa cynizmu, każda ucieczka w rutynę jest cichym przyzwoleniem na sklerozę serca. Porzuć więc list rozwodowy, który sam sobie wypisałeś z powodu własnej niewierności, i wróć do jedynego fundamentu – do krwi, w której Bóg kazał ci żyć.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Mike Erskine, Maxim Hopman — via Unsplash




