Kamień i pamięć

Kamień i pamięć
Foto: Hardingferrent on Unsplash

Kamień. Zimny, szorstki, wydobywany w sardyńskich kopalniach, gdzie spotkało się dwóch ludzi, którzy w Rzymie nie mogli na siebie patrzeć: papież Poncjan i antypapież Hipolit. Jeden prawowity, drugi genialny teolog, ale schizmatyk. Tam, ad metalla, w beznadziei przymusowej pracy, kamień starł ich teologiczne racje, ambicje i wzajemne urazy w pył wspólnego męczeństwa. Nasze prezbiteria i domy zakonne rzadko są kopalniami, ale bywają równie skutecznymi miejscami powolnego umierania, gdy pielęgnujemy pamięć o doznanej krzywdzie. Pamięć o niesprawiedliwym dekrecie, o publicznym upokorzeniu przez współbrata, o pominięciu, o kalumnii, która poszła w diecezję. Ta pamięć staje się kamieniem, który nosimy w kieszeni sutanny — ciężkim, zimnym, przypominającym o długu, którego spłaty będziemy się domagać.

Nosimy go latami. Gładzimy kciukiem jego ostre krawędzie podczas samotnych wieczorów, ważąc w myślach krzywdę i utwierdzając się w roli ofiary. Ten kamień staje się naszą tożsamością, naszą racją stanu w relacjach z innymi, cichym usprawiedliwieniem dla naszej goryczy, cynizmu i dystansu. Stajemy się Ezechielami na opak. Prorok miał być znakiem wygnania dla ludu, my stajemy się znakiem wewnętrznego, samowolnego zesłania z kapłańskiej wspólnoty, robiąc wyłom w murze nie po to, by uciec do Boga, ale by zamknąć się w twierdzy własnego zranienia.

Arytmetyka Królestwa

Pytanie Piotra jest pytaniem księgowego. „Ile razy?” (ποσάκις – posakis). Szuka limitu, granicy opłacalności miłosierdzia, punktu, w którym można legalnie zamknąć rachunek i ogłosić bankructwo relacji. Odpowiedź Chrystusa niszczy logikę księgowości. Siedemdziesiąt siedem razy to nie jest po prostu duża liczba. To hebraizm oznaczający nieskończoność, wyjście poza kalkulację. Przypowieść, która następuje, jest tego teologiczną ilustracją. Kontrast między długami jest celowo absurdalny i niewyobrażalny. Dziesięć tysięcy talentów (μυρίων ταλάντων – myriōn talantōn) to suma astronomiczna, przekraczająca roczny budżet całej prowincji. To dług, którego nie da się spłacić pracą; to dług egzystencjalny. To nasza kondycja przed Bogiem. Sto denarów (ἑκατὸν δηνάρια – hekaton dēnaria) to z kolei konkretna, choć niemała, suma — około trzech miesięcy pracy robotnika. Dług możliwy do odpracowania.

Krytyczny moment przypowieści zawiera się w geście. Gdy sługa, któremu darowano niewyobrażalny dług, spotyka swojego dłużnika, „chwycił go i zaczął dusić” (κρατήσας αὐτὸν ἔπνιγεν – kratēsas auton epnigen). Czasownik pnigō oznacza dosłownie duszenie, dławienie, pozbawianie tchu. To nie jest uprzejme wezwanie do zapłaty. To akt fizycznej przemocy. Tak właśnie działa nieprzebaczenie w życiu kapłana. Otrzymawszy w sakramentach łaskę, której nie bylibyśmy w stanie wypracować przez eony egzystencji — darowanie długu ontologicznego — stajemy się bezwzględnymi egzekutorami stu denarów. Dusimy brata za inne poglądy liturgiczne, za nieudolność organizacyjną, za słowo wypowiedziane w gniewie. Używamy prawa kanonicznego, regulaminów i zwykłej ludzkiej złośliwości, by go przydusić, by odebrać mu oddech, by poczuł ciężar swojej winy. Zapominamy, że sami oddychamy wyłącznie dzięki darowanemu nam tchu.

Schizma w prezbiterium

Papież Poncjan i kapłan Hipolit reprezentowali dwa bieguny wczesnego Kościoła. Hipolit, rygorysta, intelektualista, zarzucał kolejnym papieżom doktrynalny liberalizm i zbytnią łagodność wobec grzeszników. Jego frustracja doprowadziła go do schizmy — pozwolił się wybrać na pierwszego antypapieża. Ich spór nie był błahy. Dotyczył istoty Kościoła, dyscypliny sakramentalnej, samej Tradycji. A jednak ich ostateczne pojednanie nie dokonało się na synodzie, przez dysputę teologiczną czy dekret. Dokonało się w kajdanach, w smrodzie i mroku kopalni, gdzie obaj zostali zesłani przez cesarza Maksymina Traka. Tam, w obliczu wspólnego wroga i wspólnej śmierci, ich racje straciły na znaczeniu. Poncjan, jako akt jedności, abdykował — pierwszy papież w historii — by umożliwić wybór następcy, który zjednoczy gminę. Hipolit pojednał się z Kościołem tuż przed męczeńską śmiercią. Ich ciała sprowadzono do Rzymu i pochowano z honorami jako świętych męczenników jednego Kościoła.

Nasze współczesne schizmy w prezbiteriach rzadko mają taką rangę. Polaryzujemy się wokół polityki, form liturgicznych, modeli duszpasterskich. Budujemy frakcje „konserwatywne” i „progresywne”, okopujemy się w swoich racjach, cytując dokumenty i blogi jak amunicję. Patrzymy na brata kapłana jak na nosiciela ideologicznego wirusa. Tymczasem Bóg, jak cesarz Maksymin, zsyła nas do tej samej „kopalni”: do samotności starzejącej się parafii, do zmagania się z własną słabością, do konfrontacji z chorobą, do bezsilności wobec odchodzących ludzi. To jest nasza Sardynia. To tam mamy szansę odkryć, że brat, którego teologią gardzimy, krwawi tak samo jak my. Że dług stu denarów, jakiego się od niego domagamy, jest niczym wobec dziesięciu tysięcy talentów naszej wspólnej, kapłańskiej niedoskonałości, darowanej nam przez tego samego Pana.

Wyłom

Pan darował nam dług, którego nie mogliśmy spłacić, byśmy my darowali ten, którego nie chcemy zapomnieć. Akt przebaczenia nie jest psychologiczną ulgą, lecz dogmatycznym obowiązkiem, który odtwarza w nas obraz Boga-Sędziego miłosiernego, a nie Boga-Księgowego. Przebaczenie jest wyłomem w murze własnej prawości, jedyną drogą ucieczki z niewoli bycia sędzią we własnej sprawie.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Mariana Proença, Hardingferrent — via Unsplash