Czwarta straż nocna

Wiatr. Przeciwny wiatr jest pierwszą, namacalną rzeczywistością kapłańskiej posługi, gdy opadnie entuzjazm święceń. To nie jest poetycka metafora, lecz twardy fakt egzystencjalny, opisany przez Mateusza z precyzją marynarza: łódź miotana falami (βασανιζόμενον – basanizomenon), słowo oznaczające dręczenie, torturę. To jest stan naszego prezbiterium, naszych parafii, a nade wszystko naszych serc, gdy zapada wieczór i zostajemy sami, o wiele stadiów od brzegu, od tego bezpiecznego miejsca, z którego nas posłano. Chrystus sam nas w tę sytuację „przynaglił” (ἠνάγκασεν – ēnagkasen), używając siły, niemal przymusu. Nie jesteśmy w tej nocy przez przypadek.
Ta noc ma swoje konkretne imię: czwarta straża, między trzecią a szóstą nad ranem. Czas najgłębszego snu, najniższej temperatury ciała, największej ciemności tuż przed świtem. Czas, w którym umiera nadzieja i rodzą się zjawy (φάντασμα – phantasma). Właśnie wtedy, gdy nasza zdolność percepcji jest najsłabsza, a strach najsilniejszy, On przychodzi. I nasza pierwsza, instynktowna reakcja to krzyk przerażenia. Rozpoznajemy Jego obecność jako zagrożenie, bo przychodzi w formie, która demaskuje naszą iluzję kontroli nad łodzią.
Ἐγώ εἰμι ponad falami
Jego odpowiedź na nasz lęk nie jest terapeutycznym uspokojeniem. To teofania. Θαρσεῖτε, ἐγώ εἰμι – „Odwagi, JA JESTEM”. To nie jest proste „to ja”, lecz echo gorejącego krzewu. Na wzburzonym morzu naszych lęków, w epicentrum chaosu, Chrystus objawia swoje imię, swoją boską tożsamość. Staje na tym, co niestałe, panuje nad tym, co nieokiełznane. To jest dogmat wcielony w sam środek naszego kapłańskiego kryzysu. On nie usuwa fal. On po nich stąpa.
W tym właśnie momencie objawia się najsubtelniejsza z kapłańskich pokus, której ulega Piotr. „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”. To nie jest akt czystej wiary. To żądanie prywatnego cudu, spektakularnego potwierdzenia, które wyodrębni go z anonimowości wspólnoty zalęknionych braci w łodzi. To pokusa kapłańskiego indywidualizmu, chęć posiadania „swojego” osobistego, heroicznego doświadczenia z Chrystusem, poza strukturą, poza posłuszeństwem, poza uciążliwą wspólnotą. Piotr chce opuścić dręczoną łódź – Kościół – by przeżyć duchową przygodę solo. Chrystus zgadza się na ten test.
Piotr idzie, dopóki jego wzrok jest utkwiony w Panu. Tonie w chwili, gdy przenosi go na „silny wiatr”. Patrzy na problem, a nie na Tego, który jest rozwiązaniem. Jego zwątpienie, które Chrystus demaskuje słowem ἐδίστασας (edistasas), nie oznacza braku wiary, lecz jej rozdwojenie. Dis-stazō – stać na dwóch drogach, wahać się. To wiara, która próbuje pogodzić zaufanie Chrystusowi z analizą siły wiatru. To stan kapłana, który w niedzielę głosi egō eimi, a w poniedziałek tonie pod ciężarem statystyk, konfliktów w radzie parafialnej i własnej samotności.
Pomiędzy łodzią a otchłanią
Kapłaństwo rozgrywa się w tej przestrzeni między łodzią a otchłanią. Łódź to dana nam rzeczywistość: to konkretne prezbiterium z jego polaryzacją, ta parafia z jej biernością, ten biskup z jego decyzjami. To nasza wspólnota, często równie zalękniona i miotana falami jak my sami. Otchłań to obietnica fałszywego heroizmu, ucieczki w aktywizm, w budowanie własnego „królestwa”, w poszukiwanie spektakularnych potwierdzeń własnej wartości poza niewdzięczną codziennością posługi. To pokusa Chananiasza z pierwszego czytania: złamać niewygodne, drewniane jarzmo posłuszeństwa i codzienności na rzecz obietnicy szybkiego, iluzorycznego sukcesu, który w rzeczywistości jest jarzmem żelaznym, bo wykutym z naszej pychy.
Święty Augustyn, którego życie było jednym wielkim sztormem, zanim znalazł port w Kościele, doskonale rozumiał tę dynamikę. W swoich Wyznaniach nie szukał cudownego ocalenia poza wspólnotą. Przeciwnie, jego nawrócenie było wejściem do łodzi, przyjęciem chrztu z rąk Ambrożego, poddaniem się dyscyplinie wiary Kościoła. Pisał: „Niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie”. To Piotrowe wyjście z łodzi jest właśnie aktem tej niespokojności, próbą znalezienia spoczynku na własnych warunkach, poprzez nadzwyczajny wyczyn. Augustyn jako biskup Hippony wiedział, że spoczynek znajduje się nie w lewitacji nad problemami, ale w trwaniu w łodzi pośród nich, z ręką wyciągniętą ku Chrystusowi.
Dramat Piotra nie polega na tym, że zwątpił, lecz na tym, że chciał opuścić wspólnotę. Jego ocalenie nie jest prywatnym zwycięstwem, lecz powrotem do łodzi. Dopiero gdy obaj do niej wsiedli, wiatr się uciszył. Spokój nie jest nagrodą za indywidualną świętość, lecz owocem obecności Chrystusa we wspólnocie, nawet jeśli jest to wspólnota ludzi małej wiary.
Chwyć Jego dłoń
Naszym zadaniem nie jest unikanie sztormów ani heroiczne chodzenie po wodzie, lecz pozostanie w łodzi i wołanie „Panie, ratuj!”, gdy zaczynamy tonąć pod ciężarem własnej pychy lub zwątpienia. Ręka Chrystusa jest zawsze wyciągnięta, nie po to, by umożliwić nam solowy spektakl, lecz by nas uchwycić i wprowadzić z powrotem do wspólnoty braci. Prawdziwym aktem wiary kapłana nie jest samotne stąpanie po falach, lecz powrót do łodzi, która jako jedyna zna drogę do brzegu.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Torsten Dederichs, Lukas Robertson — via Unsplash





