Misa. Więzienie. Dwór.

Misa. Więzienie. Dwór.
Foto: Grant Durr on Unsplash

Więzienie. Chłodny kamień, wilgoć i cisza, w której jedynym echem jest własne słowo, wypowiedziane do władcy. Ta cela Heroda staje się niekiedy naszą plebanią, naszym biurkiem, naszym prezbiterium. Miejscem, gdzie proroctwo, które miało wstrząsać sumieniami, zamiera w administracyjnej samotności, stając się jedynie wewnętrznym monologiem, a my, podobnie jak Jan, czekamy na finał, którego scenariusz pisze się poza nami – na dworze, przy uczcie, w logice obcej Ewangelii.

Jeremiasz zostaje ocalony przez interwencję urzędnika. Jan ginie z powodu kaprysu tancerki i paraliżującego wstydu tetrarchy. Dwa proroctwa, dwa różne finały. Jeden pokazuje, że Bóg może ocalić swojego sługę z rąk establishmentu. Drugi, że Bóg może dopuścić, by Jego największy prorok zginął w sposób absurdalny, niemal groteskowy. To w tym drugim lustrze, lustrze Janowej śmierci, odbija się dziś największe kapłańskie ryzyko: nie heroiczna konfrontacja, lecz banalna neutralizacja.

Mechanizm królewskiego wstydu

Ewangelia Mateusza z chirurgiczną precyzją demaskuje mechanizm, który unicestwia proroka. Nie jest to starcie ideologii czy teologiczna debata. To trywialna dynamika dworskiej imprezy. Herod „zasmucił się” (gr. elypēthē). Ten smutek nie jest jednak początkiem nawrócenia, lecz objawem słabości. Jest to żal człowieka, który wie, co jest słuszne, ale jest zakładnikiem własnego wizerunku. Paraliżuje go „przysięga” (horkous) i, co ważniejsze, „współbiesiadnicy” (synanakeimenous). Tłum, publiczność, opinia. To dla nich, nie dla prawdy, podejmuje decyzję.

Głowa Jana zostaje zażądana „na misie” (gr. epi pinaki). Pinax to zwykły drewniany talerz, deska, półmisek. To słowo odziera męczeństwo z wszelkiego patosu. Głowa zwiastuna Mesjasza staje się elementem zastawy stołowej, makabrycznym daniem serwowanym na urodzinowym przyjęciu. Prorok nie zostaje pokonany w dyspucie. Zostaje skonsumowany przez kulturę pustej rozrywki i płytkiej próżności. Jego głos, który wzywał do metanoi, zostaje sprowadzony do trofeum, które córka Herodiady zanosi matce. To ostateczne upokorzenie: Słowo Boże staje się przedmiotem w transakcji między zranioną dumą jednej kobiety a ambicją drugiej.

Głos proroka w epoce transakcji

Współczesny Herod nie zawsze nosi koronę. Czasem nosi garnitur prezesa, opinię wpływowego parafianina, albo sutannę przełożonego zatroskanego o „dobrą prasę”. A my, kapłani, nosimy w sobie jego smutek i jego paraliż. Smutek człowieka, który wie, że powinien mówić jak Jan – o nierozerwalności małżeństwa, o grzechu, o konieczności nawrócenia – ale boi się „współbiesiadników”: polaryzacji w radzie parafialnej, utraty dotacji, krytycznego artykułu w lokalnej gazecie, nieprzychylności w kurii. Przysięgą, która nas wiąże, bywa niekiedy niepisana umowa o świętym spokoju, o nienarażaniu się, o administrowaniu zamiast prorokowania.

Święty Alfons Liguori, którego dziś wspominamy, Doktor Kościoła, spędził życie na ratowaniu głosu Kościoła przed dwiema skrajnościami: paraliżującym rygoryzmem jansenistów i rozmywającym prawdę laksyzmem. Walczył o to, by głos spowiednika nie był ani toporem kata, ani pustym frazesem terapeuty, lecz precyzyjnym narzędziem Bożego miłosierdzia, które nazywa grzech po imieniu, by móc go uleczyć. Wiedział, że największym zagrożeniem dla kapłańskiego słowa jest jego dewaluacja – sprowadzenie go do roli kolejnego produktu na rynku idei, który musi się „spodobać”. Był mistrzem odróżniania smutku Heroda od skruchy Piotra. Pierwszy prowadzi do zbrodni dla ratowania twarzy; drugi do łez, które oczyszczają serce.

Naszą „głową na misie” jest nasza tożsamość prorocka, którą oddajemy w zamian za akceptację, za chwilowy poklask, za iluzję jedności zbudowanej na przemilczeniach. Tancerką jest każda ideologia, każda moda, każda presja grupowa, która w zamian za taniec z nią żąda od nas rezygnacji z twardego rdzenia Ewangelii. I tak, kawałek po kawałku, stajemy się kapłanami zasmuconymi, ale posłusznymi logice świata.

Odzyskać głos

Ryzyko nie leży w tym, że świat nas odrzuci za mówienie prawdy, lecz w tym, że przyjmie nas za cenę naszego milczenia. Prawdziwe kapłaństwo nie negocjuje ceny ciszy, lecz ponosi koszt Słowa.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: ARTEMY RHU, Grant Durr — via Unsplash