Słowa, które ważą za dużo

Słowa, które ważą za dużo
Foto: Pascal Müller on Unsplash

Dłoń kurczowo zaciska się na filiżance z niedopitą, zimną kawą. Wokół gwar rozmów, śmiechy, brzęk sztućców przy rodzinnym stole, a w twojej głowie – cisza. Taka gęsta, ciężka, lepka cisza, w której toną wszystkie słowa, które powinieneś wypowiedzieć. Słowa do brata, który po raz kolejny opowiada o swoim życiu jak o paśmie sukcesów, a ty wiesz, że jego małżeństwo wisi na włosku i że pije o jeden kieliszek za dużo. Słowa do dorosłej córki, która z dumą pokazuje ci zdjęcia z wakacji, a ty widzisz w jej oczach to samo zmęczenie i pustkę, którą próbujesz ukryć przed lustrem każdego ranka. Słowa do samego siebie. Te najtrudniejsze.

To jest to bagno z dzisiejszego psalmu. Nie jakieś metaforyczne, teologiczne bagno. To bagno konkretne. Bagnisko niedzielnych obiadów, na których uśmiechamy się do siebie, udając, że wszystko jest w porządku. Bagnisko firmowych zebrań, gdzie przytakujemy głową, choć wiemy, że nowy projekt to prosta droga do katastrofy. Bagnisko cichych wieczorów, gdy przewijamy bezmyślnie ekran telefonu, byle tylko nie usłyszeć tego, co krzyczy w środku. Nie mówimy, bo prawda jest ciężka. Prawda jest niewygodna. Prawda psuje atmosferę. Prawda może zranić. Prawda może sprawić, że ktoś nas odrzuci, wyśmieje, uzna za dziwaka.

Więc milczymy. A każde niewypowiedziane słowo prawdy jest jak kamień do kieszeni. Na początku lekki, prawie niezauważalny. Ale po latach tych kamieni jest tyle, że ledwo ciągniemy nogi. Uginamy się pod ciężarem tego, co przemilczane. I toniemy. Powoli, po cichu, we własnym, bezpiecznym, ciepłym bagnie. Sami sobie zamykamy nad głową paszczę otchłani, o której śpiewa psalmista. Boimy się, że prawda nas zabije, nie widząc, że to milczenie wysysa z nas życie.

Prorok ocalony i prorok ścięty

Stoją naprzeciw siebie dwa obrazy, dwie historie, które nie mogłyby się od siebie bardziej różnić, a jednocześnie mówią o tym samym. Dwie cele. Dwa wyroki. Dwa gardła, w których utknęła prawda niewygodna dla władzy.

Najpierw Jeremiasz. Wyobraź sobie ten upał, kurz jerozolimskiej ulicy, smród strachu i potu. Tłum. Wściekły, podjudzony przez kapłanów i fałszywych proroków. Tych samych, którzy klepią ludzi po plecach, mówiąc, że wszystko będzie dobrze, że Bóg jest z nami, że jesteśmy super. I nagle staje on, Jeremiasz. Chudy, pewnie z popękanymi od słońca ustami, i mówi im prosto w twarz: „Zmieńcie swoje postępowanie, bo inaczej to miasto, ten dom, wszystko, co kochacie, pójdzie z dymem”. To nie jest miłe. To nie jest motywacyjne. To jest jak uderzenie obuchem w głowę. I tłum chce krwi. Chce go zabić, bo zburzył ich dobre samopoczucie.

I wtedy Jeremiasz wypowiada zdanie, które jest jednym z najodważniejszych i najbardziej bezbronnych zdań w całej Biblii: „Ja zaś jestem w waszych rękach. Uczyńcie ze mną, co wam się wyda dobre i sprawiedliwe”. On nie negocjuje. Nie szuka układów. Nie próbuje się przypodobać. On stawia ich przed nagą prawdą o nich samych. Mówi: „Moje życie jest w waszych rękach, ale wasze sumienie jest w waszych. Jeśli mnie zabijecie, to wy będziecie z tym żyć”. I dzieje się cud. Coś w tych twardych sercach pęka. Jakiś Achikam, człowiek z koneksjami, staje w jego obronie. Prawda, choć gorzka, ocala mu życie.

A teraz przenieśmy się do innej celi. Ciemnej, wilgotnej, cuchnącej. Słychać z niej stłumione dźwięki muzyki, śmiechy, pijackie wrzaski. To urodziny Heroda. Impreza w pałacu. Jan Chrzciciel siedzi w lochu, bo miał czelność powiedzieć królowi wprost: „Nie wolno ci trzymać żony twego brata”. Jedno zdanie. Jedna prosta, cholernie niewygodna prawda. Herod, co ciekawe, nie jest tu czystym złem. Ewangelia mówi, że „zasmucił się”. On wiedział, że Jan ma rację. Może nawet go szanował, bał się go jak proroka. Ale na imprezie jest presja. Są goście, jest alkohol, jest zmysłowy taniec młodej dziewczyny. I jest głupia, buńczuczna obietnica dana pod wpływem chwili.

I tu dzieje się coś potwornego. Prawda nie jest sądzona na arenie publicznej, jak u Jeremiasza. Prawda przegrywa z kaprysem. Z rozrywką. Z tym, żeby nie wyjść na głupka przed znajomymi. Głowa Jana Chrzciciela staje się nagrodą w grze towarzyskiej. Zostaje przyniesiona na tacy, na misie, jak danie główne, prosto z lochu na stół biesiadny. To jest ostateczne upokorzenie prawdy. Została sprowadzona do roli krwawej anegdoty, trofeum, które można pokazać mamusi. Jeremiasz został ocalony, bo jego prawda zmusiła ludzi do konfrontacji z sumieniem. Jan zginął, bo jego prawda przeszkadzała w dobrej zabawie.

I to jest pytanie, które rozrywa dzisiaj serce. Czy żyjemy w świecie Jeremiasza, gdzie prawda, nawet bolesna, ma jeszcze szansę coś zmienić? Czy raczej w świecie Heroda, gdzie jest tylko niewygodnym dodatkiem, który można w każdej chwili usunąć z menu, żeby nie psuć gościom nastroju?

Więzienie z wygody

Każdy z nas ma w sobie trochę z Heroda. Tego smutnego króla, który w głębi duszy wie, co jest słuszne, ale paraliżuje go strach przed opinią innych. Przed tym, co powiedzą „współbiesiadnicy”. Kim są dzisiaj nasi współbiesiadnicy? To te wszystkie głosy w głowie i na zewnątrz, które szepczą: „Daj spokój, nie wychylaj się”, „Po co ci to?”, „Nie psuj atmosfery”, „Przecież nic tym nie zmienisz”. To presja, by być lubianym, akceptowanym, by pasować do grupy. To lęk przed samotnością, która często jest ceną za wierność własnemu sumieniu.

Naszym więzieniem nie są mury i kraty. Naszym więzieniem jest komfort. Wygoda. Święty spokój. Zamykamy w nim prawdę o nas samych, o naszych relacjach, o świecie. Zamykamy ją, żeby nie hałasowała. Żeby nie domagała się działania. Wolimy tańczyć, bawić się, konsumować, byle tylko nie usłyszeć tego głosu z lochu naszego serca, który mówi: „Nie wolno ci tak żyć”. Nie wolno ci dłużej tkwić w tym toksycznym układzie. Nie wolno ci dłużej oszukiwać samego siebie. Nie wolno ci dłużej marnować czasu na rzeczy, które nie mają żadnego znaczenia.

I kiedy ten głos staje się zbyt natarczywy, robimy to, co Herod. Prosimy o jego głowę na tacy. Uciszamy go. Kolejnym zakupem, kolejnym serialem, kolejną butelką wina, kolejną godziną spędzoną w pracy. Byle tylko zagłuszyć. Byle tylko nie czuć. Byle tylko król – nasze ego – mógł się dalej dobrze bawić.

Dokładnie dzisiaj, 1 sierpnia, Kościół wspomina człowieka, który przeżył swój moment herodowy i wybrał inaczej. Święty Alfons Liguori. Był w XVIII wieku absolutną gwiazdą palestry w Neapolu. Genialny, niepokonany prawnik, u progu oszałamiającej kariery. Miał wszystko: pieniądze, sławę, szacunek. I przegrał. Przegrał jeden, jedyny proces, nie z własnej winy, ale przez korupcję i fałszerstwo. To go zmiażdżyło. Wychodząc z sądu, miał powiedzieć do samego siebie, a może do całego świata: „Świecie, poznałem cię. Żegnaj”. To był jego moment prawdy. Zrozumiał, że cała ta biesiada, cały ten dwór, na którym był gwiazdą, to jedno wielkie oszustwo.

Zostawił wszystko. Został księdzem, a potem biskupem. I co ciekawe, jego główną walką nie było rzucanie gromów na możnych tego świata. Jego walką stała się obrona prawdy o Bożym miłosierdziu. W czasach, gdy Kościół był przesiąknięty rygoryzmem, gdy ludzi straszono Bogiem-sędzią, on z uporem maniaka mówił o Bogu-Ojcu, który czeka z otwartymi ramionami. Był za to krytykowany, atakowany, niezrozumiany. Pod koniec życia, schorowany, przykuty do fotela, prawie ślepy i głuchy, został oszukany i wyrzucony z zakonu, który sam założył. Umarł w opuszczeniu, w poczuciu totalnej klęski. Z ludzkiego punktu widzenia, jego głowa też wylądowała na tacy. A jednak jego głos, ten cichy, czuły głos mówiący o miłosierdziu, przetrwał wszystko i zmienił Kościół na wieki. On wiedział, że prawda nie zawsze wygrywa na imprezie u Heroda. Ale wiedział też, że tylko ona ostatecznie ocala.

Głos z bagna

Panie, Ty znasz to moje bagno. Tę grząską ziemię kompromisów, lęków i niewypowiedzianych słów, w której tonę po szyję każdego dnia. Nie proszę Cię o odwagę proroka, by stawać przed królami, ale o siłę, by powiedzieć jedno prawdziwe słowo mojemu dziecku, żonie, przyjacielowi. Daj mi oddech, bym mógł wyszeptać prawdę najpierw samemu sobie, w ciszy mojego serca, które zamieniłem w loch.

Twoja prawda nie potrzebuje oklasków, potrzebuje tylko twojego oddechu.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Narissa de Villiers, Pascal Müller — via Unsplash