Paragon za nicość

Paragon za nicość
Foto: mohamed hassouna on Unsplash

Kilkaset złotych za pełny wózek rzeczy, które jeszcze wczoraj wydawały się niezbędne, a dziś są tylko kolejnym gratem do upchnięcia w szafie. Kolejna para butów, choć w szafce stoją inne, prawie niechodzone. Nowy gadżet elektroniczny, który obiecywał ułatwić życie, a tylko dołożył kolejny kabel do splątanej sterty za komodą. Jedzenie na zapas, które pewnie zwiędnie w lodówce, bo znowu nie będzie czasu, żeby ugotować.

Wydajemy. Płacimy kartą, telefonem, szybkim przelewem. Kupujemy subskrypcje, dostęp do platform, które pożerają wieczory, obiecując relaks, a zostawiając tylko tępą pustkę i zmęczone oczy. Wydajemy naszą pracę, nasz czas, naszą energię – najcenniejszą walutę, jakiej nikt nam nie zwróci – na to, co nie jest chlebem. Na to, co nie nasyci. Na iluzję bliskości w setkach lajków od ludzi, których nie znamy. Na poczucie bezpieczeństwa w polisie ubezpieczeniowej, która nie uchroni przed pękniętym sercem. Na chwilowe znieczulenie w kolejnym odcinku serialu, który pozwala nie myśleć o tym, co naprawdę boli.

I wracamy do domu, do tego samego milczenia przy stole, do tych samych, niewypowiedzianych pretensji, które wiszą w powietrzu gęściej niż smog. Przynosimy torby pełne rzeczy, a w środku jesteśmy coraz bardziej głodni. Głodni sensu. Głodni obecności. Głodni jednego, prawdziwego słowa, które powiedziałoby nam, że nie jesteśmy w tym wszystkim sami. Głodni kogoś, kto spojrzy na nas z miłością, a nie z oczekiwaniem. I ten głód jest jak czarna dziura. Im więcej w nią wrzucamy, tym bardziej jest nienasycona.

Logika ułomków

On też jest głodny. Głodny ciszy. Głodny samotności. Właśnie dotarła do Niego wiadomość, która rozrywa serce. Ścięli Jana. Jego kuzyna, przyjaciela, tego, który przygotował Mu drogę. Tego, który Go ochrzcił. To nie jest abstrakcyjna informacja z newsów. To jest cios prosto w serce. Jezus jest w żałobie. Każdy z nas wie, jak to jest. Chcesz tylko zwinąć się w kłębek, zniknąć, schować się przed światem, który nagle stał się nieznośnie głośny i obcy. Wsiada więc do łodzi, żeby odpłynąć na pustkowie, osobno. Chce pobyć sam ze swoim bólem, ze swoim Ojcem.

Ale nie ma Mu to być dane. Tłum. Tłum, który zawsze czegoś chce. Tłum, który nie pyta, czy masz siłę, czy masz ochotę, czy właśnie nie zawalił ci się kawałek świata. Oni biegną za Nim, bo są chorzy, złamani, potrzebujący. I Jezus, wychodząc na brzeg, widzi ich. I Ewangelia mówi coś wstrząsającego. Używa greckiego słowa esplanchnisthe. To nie jest zwykłe „zlitował się”, „współczuł”. To słowo pochodzi od splanchna – wnętrzności. To znaczy, że poruszyły się w Nim Jego trzewia. Jego ból, Jego żałoba, Jego potrzeba samotności zostaje zmiażdżona przez widok ich bólu. Coś w Nim pęka. Jego własne cierpienie otwiera Go na cierpienie innych.

I zaczyna się wieczór. Uczniowie, faceci twardo stąpający po ziemi, podchodzą z gotowym rozwiązaniem. Logistycznie, biznesowo, wszystko się zgadza. „Wyślij ich. Niech sobie kupią. To nie nasz problem. Mamy za mało zasobów”. To jest logika tego świata. Logika paragonu. Masz pieniądze – jesz. Nie masz – twój problem. Każdy sobie rzepkę skrobie. A Jezus patrzy na nich i mówi zdanie, które musiało zmrozić im krew w żyłach. Zdanie, które jest absolutnym absurdem. „Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść!”.

To jest moment prawdy. Konfrontacja z własną nędzą. Z tym, kim jesteśmy naprawdę, kiedy opadną maski profesjonalizmu i zaradności. „Szefie, ale my tu nic nie mamy. Pięć chlebów i dwie ryby. To jest śmiech na sali. To nawet dla nas nie wystarczy”. To jest nasza modlitwa. To jest stan naszego serca. Boże, chcesz, żebym kochał żonę, a ja nie mam już w sobie nic oprócz zgorzknienia. Chcesz, żebym przebaczył ojcu, a mam w sobie tylko pięć kamieni żalu i dwie ryby nienawiści. Chcesz, żebym niósł nadzieję innym, a sam ledwo wstaję z łóżka. Daj spokój. Odeślij ich. Niech idą do kogoś, kto ma więcej. Ja nie mam nic.

A On mówi tylko jedno: „Przynieście Mi je tutaj”. Przynieście Mi tę waszą biedę. Tę waszą śmieszność. Ten wasz brak. Tę waszą niemoc. Nie chcę tego, czego nie macie. Chcę dokładnie to, co macie. Te pięć wyschniętych chlebów i dwie śmierdzące ryby. A potem dzieje się coś, co jest sercem każdej Eucharystii. Bierze to w swoje ręce, patrzy w niebo i odmawia błogosławieństwo. Eulogesen. On nie mówi „hokus-pokus, niech się rozmnoży”. On to błogosławi. Mówi temu „dobrze”. Mówi „dobrze” tej nędzy. Mówi „dobrze” temu brakowi. I w tym momencie, kiedy Bóg mówi „dobrze” twojej biedzie, ona przestaje być przekleństwem, a staje się początkiem cudu. I nagle jest dość dla wszystkich. I jeszcze zostaje. Dwanaście koszy ułomków. Nie dwanaście koszy nowych, idealnych chlebów. Dwanaście koszy resztek. Tego, co połamane. Bóg karmi nas naszą własną, pobłogosławioną biedą.

Zrujnowana kaplica twojego serca

Był taki chłopak, który też nie miał absolutnie nic. Nazywał się Franciszek. Syn bogatego kupca, który porzucił wszystko. Został z niczym. Chodził w worku, żebrał o jedzenie. I zakochał się w małej, zrujnowanej kapliczce pod Asyżem. Nazywała się Santa Maria degli Angeli, ale wszyscy mówili na nią Porcjunkula, czyli „cząsteczka”, „kawałeczek”. Była zawilgocona, dach przeciekał, tynk odpadał. Była biedna, mała i zapomniana. Była jak te pięć chlebów i dwie ryby.

Franciszek własnymi rękami zaczął ją odbudowywać. To tam usłyszał Ewangelię, która zmieniła jego życie. To tam zamieszkał. To w tej biednej kapliczce narodził się jego zakon. To było serce jego świata. I pewnej nocy, gdy się modlił, objawił mu się Chrystus i Maryja. I zapytali go, czego pragnie dla ludzi. Franciszek, który nie miał nic, mógł poprosić o wszystko. O złoto na odbudowę kościołów. O przywileje dla swojego zakonu. O zdrowie. A on poprosił o coś absurdalnego. O coś, co wykraczało poza wszelką logikę. Poprosił o odpust zupełny. O darowanie wszystkich kar za grzechy każdemu, kto z wiarą nawiedzi tę małą, biedną kapliczkę.

Gdy poszedł z tym do papieża Honoriusza III, ten myślał, że Franciszek oszalał. Takie łaski były zarezerwowane dla tych, którzy wyruszali na krucjaty albo składali ogromne ofiary. Kuria Rzymska zaprotestowała: „To zniszczy nasze finanse! Nikt już nie będzie płacił za odpusty!”. A Franciszek stał przed nimi, biedny i uparty, i mówił, że nie prosi o nic dla siebie. Że to sam Pan go posłał. I że nie chce żadnego dokumentu, żadnej bulli. „Wystarczy mi wasze słowo. A moim dokumentem będzie Najświętsza Maryja Panna, notariuszem Chrystus, a aniołowie świadkami”. Papież, poruszony do głębi, zgodził się. To był dar dany za darmo. To było Izajaszowe: „przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy! Kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia”.

Ta mała, zrujnowana kapliczka stała się bramą do nieba. Oceanem miłosierdzia wylanym za darmo. Bóg wziął biedę Franciszka, jego miłość do tej ruiny, i uczynił z niej pokarm dla milionów. To jest historia o tobie. O tej zrujnowanej kapliczce twojego serca, o której myślisz, że do niczego się nie nadaje. O tych twoich pięciu chlebach wypalenia zawodowego i dwóch rybach rozczarowania w małżeństwie. O tej twojej samotności, o lęku, o poczuciu, że nie masz nic do zaoferowania ani Bogu, ani ludziom. Paweł w Liście do Rzymian krzyczy dzisiaj do ciebie, że nic – ani głód, ani ucisk, ani twoja własna bieda, ani twoje poczucie beznadziei – nie jest w stanie odłączyć cię od miłości Boga. On tylko czeka, aż przyniesiesz Mu te swoje ruiny. Aż pozwolisz Mu je pobłogosławić. Aż dasz Mu nakarmić tłumy twoim własnym, połamanym życiem.

Przynoszę Ci moje nic

Panie, nie odsyłaj mnie. Nie mam dokąd pójść i nie mam za co kupić sobie nadziei. Przynoszę Ci więc to, co mam: pięć okruchów mojej wiary i dwie małe rybki moich dobrych chęci. Weź to w swoje ręce, bo ja już nie mam siły tego nosić.

Błogosław mojej pustce, a stanie się obfitością dla innych.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Bruno Kelzer, mohamed hassouna — via Unsplash