Klucz w zamku

Klucz zgrzyta w zamku, ten sam dźwięk co wczoraj i rok temu. Drzwi otwierają się na znajomy zapach domu – mieszaninę kawy, prania i tego czegoś nieokreślonego, co jest tylko wasze. I stajesz w progu, z torbami pełnymi zakupów, ze zmęczeniem wciśniętym pod powieki, i patrzysz na tych, których kochasz najbardziej na świecie. Na męża, który nawet nie podnosi wzroku znad telefonu. Na żonę, która rzuca przez ramię standardowe: „Cześć, jak w pracy?”. Na nastoletnie dziecko, które mruczy coś zza słuchawek. I w tym jednym, krótkim momencie, czujesz się bardziej przezroczysty niż szyba w oknie.
Oni cię znają. Znają cię na wylot. Wiedzą, gdzie rzucasz skarpetki, jak głośno chrupiesz płatki i że zawsze zapominasz o włączeniu zmywarki. Znają twoją historię, twoje błędy sprzed lat, twoje małe dziwactwa. Mają cię w szufladce z etykietą: „Mąż”, „Żona”, „Mama”, „Tata”. Etykieta jest wygodna, bo zwalnia z obowiązku patrzenia. Zwalnia z wysiłku, by odkrywać cię na nowo każdego dnia. Jesteś dla nich tak znajomy, tak przewidywalny, tak oswojony, że przestali cię widzieć. Patrzą na ciebie, ale widzą tylko swoje wyobrażenie o tobie. Sumę wczorajszych dni.
I to jest chyba jedna z najgłębszych samotności, jakie można przeżyć. Być niewidzialnym dla tych, którzy patrzą na ciebie codziennie. Mówić coś ważnego, coś, co właśnie rozdarło ci serce, a usłyszeć w odpowiedzi: „Daj spokój, znowu zaczynasz”. Pokazać im nową pasję, nowy pomysł, iskierkę w oku, a zobaczyć w ich spojrzeniu pobłażliwy uśmiech: „To tylko taki jego/jej kolejny słomiany zapał”. To jest ból, który nie krzyczy. On się sączy po cichu, jak woda w pękniętej rurze gdzieś głęboko w ścianie. Ból bycia zaszufladkowanym przez miłość.
Syn cieśli i prorok, którego chcieli zabić
Jeremiasz staje na środku dziedzińca świątyni. To nie jest anonimowy mówca znikąd. To swój chłop. Ludzie go znają. Widują go na targu, wiedzą, z jakiej jest rodziny. I ten właśnie Jeremiasz, ich sąsiad, otwiera usta i mówi rzeczy, których nikt nie chce słyszeć. Mówi, że ich święte miejsce, ich duma, ich polisa ubezpieczeniowa od Boga, może skończyć jak jakieś Szilo – ruina, o której opowiada się dzieciom ku przestrodze. Mówi im prosto w twarz, że ich religijność jest fasadą, a ich życie to bałagan, który ściągnie na nich katastrofę.
Jaka jest reakcja? Wzruszenie? Refleksja? Skrucha? Nie. Jest wściekłość. Czysta, naga furia. „Musisz umrzeć!”. Dlaczego? Bo ośmielił się naruszyć ich święty spokój. Bo ten, którego znali, powiedział im prawdę, której nie znali, a raczej – nie chcieli znać. Gdyby przyszedł jakiś obcy prorok z dalekiego kraju, może by go posłuchali. Ale Jeremiasz? Ten nasz? On nie ma prawa mówić nam, jak mamy żyć. Mamy go w szufladce: „Jeremiasz, ten od czarnowidztwa”. Zamykamy szufladkę. Koniec tematu.
A potem widzisz Jezusa. Wraca do Nazaretu. Do swojego domu. Do zapachu warsztatu ciesielskiego, do uliczek, na których zdzierał kolana jako dzieciak. Staje w synagodze. To nie jest obcy rabbi z Jerozolimy. To Jeszua, syn Józefa. Ten, który pewnie nieraz naprawiał im rozchwiany stół albo skrzypiące drzwi. I On zaczyna mówić. Mówi z taką mocą, z taką mądrością, że ludziom opadają szczęki. Ale tylko na chwilę. Bo zaraz włącza się ten sam mechanizm obronny. Ta sama straszna siła, która zabija proroctwo: siła znajomości.
„Skąd u Niego to wszystko?”. To nie jest pytanie pełne podziwu. To pytanie pełne podejrzliwości. To jest próba sprowadzenia Go do parteru, wciśnięcia Go z powrotem do tej małej, ciasnej szufladki, z której na chwilę wyskoczył. „Czyż nie jest On synem cieśli? Znamy Jego Matkę, Mariam. Jego kuzyni, Jakub i Józef, mieszkają dwie ulice dalej. Jego kuzynki widzimy codziennie przy studni. To nasz chłopak. Zwykły chłopak. Więc skąd ta mądrość? Skąd te cuda? Co on sobie myśli?”.
Oni nie odrzucili Go, bo był obcy. Odrzucili Go, bo był zbyt swój. Bo Bóg, który pachnie żywicą i potem, Bóg, którego spracowane dłonie zna każdy gwóźdź i każdą deskę, Bóg, który ma zwykłą Matkę i zwykłych krewnych – taki Bóg jest nie do przyjęcia. Taki Bóg jest zbyt… ludzki. Zbyt bliski. Zbyt normalny. Nie da się przed nim uklęknąć z nabożnym lękiem, bo wczoraj prosiłeś go o pożyczenie piły. I to niedowiarstwo, zrodzone z toksycznej zażyłości, paraliżuje Jego moc. „I niewiele zdziałał tam cudów z powodu ich niedowiarstwa”. Cud potrzebuje przestrzeni. A oni nie zostawili Mu nawet centymetra. Wypełnili całą przestrzeń swoimi wspomnieniami, etykietami i oczekiwaniami.
Święty z sąsiedztwa
W kalendarzu Kościoła 31 lipca to dzień wspomnienia faceta, który był mistrzem w byciu zaszufladkowanym, a potem rozwalił wszystkie szufladki w proch i pył. Święty Ignacy z Loyoli. Zanim stał się Ignacym, był Íñigo. I wszyscy w jego świecie doskonale wiedzieli, kim jest Íñigo. Rycerz, żołnierz, fircyk. Gość, który bardziej dbał o to, jak wyglądają jego buty i wąsy, niż o stan swojej duszy. Marzył o wielkiej karierze, o sławie na polach bitew i w sercach dam dworu. Był ulepiony z ambicji, pychy i próżności. Jego znajomi, rodzina, dowódcy – wszyscy mieli na niego gotową etykietkę: „Íñigo, ten przystojniak, co lubi się bić i dobrze wyglądać”.
I pewnie tak by zostało, gdyby nie kula armatnia. W 1521 roku, podczas obrony Pampeluny, francuska kula strzaskała mu nogę. Koniec marzeń. Koniec kariery. Koniec Íñiga, jakiego wszyscy znali. W długich, bolesnych miesiącach rekonwalescencji, w rodzinnym zamku Loyola, nie miał co czytać. Zamiast rycerskich romansów, na których się wychował, podano mu dwie książki: o życiu Chrystusa i o żywotach świętych. I tam, w tej nudzie i bólu, coś pękło. Zobaczył, że jest inna bitwa do stoczenia. Inna sława do zdobycia.
Gdy w końcu stanął na nogi, był już innym człowiekiem. Ale spróbuj to wytłumaczyć światu. Spróbuj powiedzieć swojej rodzinie, swoim dawnym kompanom od kielicha i miecza: „Hej, ten Íñigo, którego znaliście, umarł. Teraz jest Ignacy, pielgrzym Boga”. Wyobrażasz sobie te spojrzenia? Te uśmieszki? „Chłopakowi po tej kontuzji chyba coś się w głowie poprzestawiało”. „Dajcie mu czas, przejdzie mu ta jego nowa faza na świętego”. Oni wciąż widzieli w nim rycerza w dziwnym przebraniu. Patrzyli na niego, a widzieli sumę jego przeszłości. Nie byli w stanie dostrzec cudu przemiany, który dokonywał się na ich oczach. Bo mieli go w szufladce.
Ignacy musiał uciec. Musiał stać się obcym dla swoich, żeby móc na nowo odnaleźć siebie i Boga. I dopiero wtedy, jako anonimowy pielgrzym, jako student w Paryżu, jako założyciel nowego zakonu, mógł pokazać światu, kim naprawdę się stał. Bóg dokonał w nim cudu, ale ten cud mógł w pełni zaowocować dopiero wtedy, gdy Ignacy wyrwał się z kleszczy znajomości, z więzienia cudzych opinii i etykietek.
My robimy to samo. Sobie nawzajem i Bogu. Ile razy patrzysz na swojego męża, żonę, dziecko, i widzisz tylko jego wady, które znasz na pamięć? Ile razy skreślasz kogoś w pracy, bo „on już taki jest i się nie zmieni”? Zamykamy ludzi w trumnach naszych opinii i nie pozwalamy im zmartwychwstać do nowego życia. A najgorsze, że robimy to Bogu. Mamy Go tak doskonale oswojonego. Bóg z obrazka. Bóg z niedzielnej mszy. Bóg od załatwiania próśb. A On próbuje się do nas przebić w sposób zupełnie nieoczekiwany. Mówi do nas przez irytującego sąsiada. Przez nagłą chorobę, która wywraca nasze plany. Przez ciszę w pustym pokoju. Przez zmęczenie, które zmusza nas do zatrzymania się. A my tego nie słyszymy. Bo to nie pasuje do naszej szufladki z napisem „BÓG”. Czekamy na trzęsienie ziemi i anielskie chóry, a On szepcze w zgrzycie klucza w zamku.
Naucz mnie patrzeć na nowo
Boże, który przychodzisz bez zapowiedzi, w zapachu kurzu na starych meblach i w twarzy człowieka, którego mijam od lat na klatce schodowej, rozbij we mnie wszystkie moje pewniki o Tobie. Zburz te wygodne definicje, w których próbuję Cię zamknąć. Daj mi odwagę, bym spojrzał na moich najbliższych tak, jakbym widział ich pierwszy raz – z ciekawością, bez filtra wspomnień i urazów.
Bóg nie mieści się w naszych wspomnieniach o Nim.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Maria Ziegler, Zaqy Al Fattah — via Unsplash





