Środa, 29 lipca 2026 — a przecież jesteś.
Zaciśnięte pięści

Dłoń zaciska się na kierownicy tak mocno, że bieleją kłykcie. Korek. Znowu ten sam cholerny korek, na tym samym zjeździe, o tej samej porze. W radiu ktoś bełkocze o inflacji, za oknem szary, zmęczony lipiec. I wtedy, w tej bezsilności, w tym uwięzieniu między jednym zderzakiem a drugim, zaczyna się w głowie ta cicha, wściekła litania. Modlitwa, która nie ma w sobie nic z pobożności. To raczej akt oskarżenia. Lista pretensji. Spis wszystkich „gdybyś”.
Gdybyś wtedy interweniował, nie musiałbym dziś spłacać tego długu. Gdybyś dał mi trochę więcej siły, nie zawaliłbym tamtego projektu. Gdybyś nie pozwolił na tę chorobę, nasza rodzina wyglądałaby inaczej. Gdybyś tu był, gdybyś naprawdę był, to moje życie nie skrzypiałoby tak przeraźliwie na zakrętach.
To jest modlitwa zaciśniętych pięści i zgrzytających zębów. Modlitwa ludzi, którzy teoretycznie wierzą, ale praktycznie toną. Modlitwa, której nie wypowiadamy na głos przy niedzielnym obiedzie, bo jest zbyt prawdziwa, zbyt naga, zbyt brutalna. To szept, który boimy się, że Bóg jednak usłyszy. Ten jeden, rozrywający serce zarzut, który streszcza wszystkie inne: Panie, gdzie byłeś, kiedy wszystko się waliło? Gdybyś tu był, mój świat by nie umarł.
Rozmowa na poboczu drogi do grobu
Betania. Dom, w którym jeszcze niedawno pachniało chlebem i śmiechem, teraz cuchnie śmiercią. To ten specyficzny, słodkawy zapach żalu, zmieszany z wonią przynoszonych przez sąsiadów potraw na pocieszenie, których i tak nikt nie ma siły jeść. Cisza, która krzyczy. I dwie siostry, każda przeżywająca tę samą tragedię w zupełnie inny sposób. Maria zastyga w bólu, zamyka się w czterech ścianach domu, który stał się grobowcem wspomnień.
A Marta? Marta wybiega.
Kiedy słyszy, że On idzie, nie czeka. Pędzi Mu na spotkanie, z rozwichrzonymi włosami, z twarzą mokrą od łez i brudną od kurzu drogi. I nie ma w niej nic z ułożonej, pobożnej uczennicy. Ona nie zaczyna od „Witaj, Nauczycielu”. Ona rzuca Mu w twarz najcięższy możliwy kamień, oskarżenie zrodzone z miłości i rozpaczy: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”.
Przeanalizujmy to zdanie. To nie jest wyraz braku wiary. To jest wyraz wiary tak ogromnej, że aż rodzi gigantyczne rozczarowanie. Marta nie mówi: „Gdybyś chciał”, albo „Gdybyś mógł”. Ona mówi: „Gdybyś tu był”. Dla niej Jego sama obecność jest gwarancją cudu. Jego fizyczna bliskość jest rozwiązaniem. Problem w tym, że Go nie było. Spóźnił się. Z jej perspektywy – zawiódł na całej linii.
I Jezus wcale jej nie gani. Nie mówi: „Marto, jak śmiesz tak do Mnie mówić?”. On przyjmuje ten cios. Pozwala jej wyrzucić z siebie cały ten ból. A potem zaczyna z nią pracę, jak najlepszy psychoterapeuta, jak najczulszy przyjaciel. Prowadzi ją krok po kroku.
„Brat twój zmartwychwstanie”.
A ona odpowiada jak wzorowa uczennica z religii. Recytuje wyuczoną formułkę, prawdę z katechizmu: „Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym”. Zna teorię. Wie, co powinna wierzyć. Ma w głowie poukładane wszystkie teologiczne szufladki. Zmartwychwstanie? Jasne, będzie. Kiedyś. W dalekiej, abstrakcyjnej przyszłości. Po końcu świata. To jest bezpieczna, sterylna wiara, która nijak nie dotyka jej tu i teraz, jej rozrywającego serce bólu, smrodu rozkładającego się ciała brata.
I wtedy Jezus robi coś absolutnie wstrząsającego. On bierze tę jej odległą, teologiczną prawdę i sprowadza ją do jednej, konkretnej Osoby. Do Siebie. „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”. Słyszysz? Nie: „Ja przyniosę zmartwychwstanie”. Nie: „Ja opowiem wam o życiu wiecznym”. Ale: „JA JESTEM”. Tu i teraz. Zmartwychwstanie to nie jest jakaś odległa idea, event na końcu czasów. Zmartwychwstanie to jest On. Osoba, która stoi przed tobą na zakurzonej drodze. Życie to nie jest coś, co dostaniesz kiedyś, w nagrodę. Życie to jest relacja z Nim, która zaczyna się w tej sekundzie.
I zadaje jej pytanie, które jest jak chirurgiczne cięcie, sięgające do samego rdzenia duszy: „Wierzysz w to?”. Nie pyta: „Czy wierzysz w dogmat o zmartwychwstaniu?”. Pyta: „Czy wierzysz we Mnie? Czy wierzysz, że w Mojej osobie, tu i teraz, w tej beznadziei, jest odpowiedź na twoją śmierć?”.
I wtedy w Marcie coś pęka. Cała teologiczna wiedza spada na drugie miejsce, a na pierwsze wybija się osobiste, porażające odkrycie. Jej odpowiedź to już nie jest recytacja z katechizmu. To jest wyznanie miłości. „Tak, Panie! Ja mocno wierzę, że Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży”. Przeszła drogę od wiary w „coś” do wiary w „Kogoś”. Od oskarżenia do zawierzenia.
Skosztuj i zobacz, że drzazga boli
Wspominamy dziś świętą Martę. I to jest genialne, że Kościół daje nam za patronkę kobietę, która miała czelność pokłócić się z Bogiem. Która nie bała się Mu wygarnąć. Marta jest patronką nas wszystkich, którzy na co dzień uwijamy się przy „rozmaitych posługach”. Patronką tych, którzy muszą pamiętać o zapłaceniu rachunków, zrobieniu zakupów, odrobieniu z dziećmi lekcji i zawiezieniu mamy do lekarza, podczas gdy inni mogą sobie pozwolić na siedzenie u stóp Pana i kontemplację. Marta to święta od garów, list zakupów i logistyki rodzinnej. Święta od zmęczenia materiału.
I właśnie dlatego jej krzyk jest tak autentyczny. Ona nie ma czasu na piękne modlitwy. Jej modlitwa to pot na czole i ból w krzyżu. Jej rozmowa z Jezusem to nie filozoficzna dysputa, ale twarda konfrontacja z rzeczywistością. A rzeczywistość w 2026 roku jest taka, że psalmowe „Skosztujcie i zobaczcie, jak Pan jest dobry” często odbija się od ściany naszych doświadczeń. Bo my kosztujemy i widzimy co innego. Widzimy chorobę bliskiej osoby, która postępuje. Widzimy puste miejsce przy stole. Widzimy nastolatka, który ucieka w świat wirtualny, bo ten realny go przeraża. Widzimy konto w banku, które świeci pustkami na tydzień przed wypłatą. Widzimy ciszę w małżeństwie, która jest głośniejsza niż jakakolwiek kłótnia.
I mamy pełne prawo, jak Marta, wybiec Bogu na spotkanie i krzyknąć: „Gdybyś tu był, to wszystko wyglądałoby inaczej!”. Mamy prawo pokazać Mu nasze rany, nasze rozczarowania, naszą złość. Wiara to nie jest udawanie, że deszcz nie pada, kiedy leje jak z cebra. Wiara to taniec w deszczu. Wiara to szukanie Go w samym środku burzy.
Marta uczy nas najważniejszej rzeczy: Bóg nie boi się naszych trudnych pytań. On nie obraża się na nasz ból. Wręcz przeciwnie, On na niego czeka. Czeka, aż przestaniemy recytować pobożne formułki i zaczniemy z Nim rozmawiać naprawdę. Aż nasza wiara zejdzie z poziomu głowy – „wiem, że zmartwychwstanie kiedyś tam” – na poziom serca, które tu i teraz, w tym całym bałaganie, potrafi wyszeptać: „Tak, Panie. Mimo wszystko. Mimo że nie rozumiem. Mimo że boli jak diabli. Wierzę, że to Ty jesteś. Że Ty jesteś Życiem, nawet kiedy wokół widzę tylko śmierć”.
Zanim powiem „wierzę”
Panie, zanim moje usta wypowiedzą to wielkie słowo „wierzę”, pozwól moim zaciśniętym pięściom się rozluźnić. Przyjmij mój niemy krzyk, mój żal i wszystkie moje „gdybyś”. Stań na drodze mojej ucieczki i spójrz mi w oczy, tak jak spojrzałeś Marcie, i poczekaj, aż cały gniew ze mnie spłynie.
Wiara to nie wiedza o tym, co będzie, ale zaufanie Temu, który jest.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Kathy, Clay Banks — via Unsplash




