Rdza na kluczach, które kiedyś otwierały wszystko

Rdza na kluczach, które kiedyś otwierały wszystko
Foto: Samantha Lam on Unsplash

Klucz. Leży w najgłębszej szufladzie komody, pod stertą starych rachunków i samotną baterią paluszkiem. Jest ciężki, mosiężny, z zębami startymi od lat używania. Klucz do piwnicy w domu rodziców, do której nikt nie schodził od pogrzebu taty. Albo klucz do skrzynki na listy w mieszkaniu, z którego wyprowadziłeś się dekadę temu. Kiedyś otwierał coś ważnego. Był symbolem dostępu, przynależności, jakiejś tajemnicy. Dzisiaj jest tylko kawałkiem zimnego metalu. Bezużytecznym balastem.

Każdy z nas ma taką szufladę. I nie chodzi o klucze. Chodzi o gitarę w kącie pokoju, na której nie zagrałeś od narodzin pierwszego dziecka, a kiedyś była całym twoim światem. O sztalugę pokrytą kurzem, bo „nie ma czasu na malowanie”, a przecież to malowanie trzymało cię przy życiu na studiach. O numer telefonu do przyjaciela, którego nie wybierasz od miesięcy, bo każda rozmowa zaczyna się od niezręcznego „musimy się w końcu spotkać”, a kończy na niczym.

To są te nasze lniane pasy. Kupione kiedyś z entuzjazmem, z ogniem w sercu. Nowe, czyste, przylegające tak blisko. Pasja, która miała definiować nasze życie. Relacja, która miała być opoką. Obietnica dana sobie samemu przed lustrem, że tym razem będzie inaczej. A potem życie. Zmęczenie. Codzienna szarpanina. I niepostrzeżenie, krok po kroku, idziemy nad Eufrat rutyny, nad rzekę zniechęcenia, i zakopujemy ten pas w jakiejś skalnej szczelinie. „Wrócę po ciebie kiedyś”, szepczemy. „Jak dzieci podrosną”. „Jak spłacę kredyt”. „Jak będę miał więcej siły”. Mijają dni, miesiące, lata. A pas butwieje.

Dwie logiki: zgnilizna i ferment

Jeremiasz dostaje od Boga jedno z najbardziej brutalnych i fizycznych zadań w całym Piśmie. To nie jest wizja w głowie. To teatr jednego aktora, odegrany na własnym ciele. Najpierw ma nosić ten pas blisko bioder. Hebrajskie słowo, które opisuje to przyleganie, to dabaq. To samo słowo, którego Księga Rodzaju używa, by opisać więź męża i żony, którzy stają się jednym ciałem. To nie jest metafora. Bóg mówi: „Izraelu, byłeś ze Mną tak blisko. Byłeś moją skórą. Moim oddechem. Moją dumą, którą nosiłem na biodrach, żeby cały świat widział”. Intymność aż do bólu.

A potem każe mu to wszystko zniszczyć. Zakopać. Zostawić na pastwę wilgoci i czasu. I kiedy Jeremiasz po wielu dniach wraca i wyciąga z ziemi tę przegniłą, rozpadającą się w palcach szmatę, Bóg nie musi już niczego tłumaczyć. „Widzisz? Tak się czuję. Tak wygląda wasza miłość, wasza wierność, wasza pycha. Jak ten zbutwiały szajs, który nie nadaje się już do niczego”. To jest logika zgnilizny. Coś, co było piękne i pełne życia, przez zaniedbanie i oddalenie staje się swoim własnym przeciwieństwem. Staje się śmieciem. Odpadem. Czymś, co budzi wstręt.

A potem, w tej samej liturgii, przychodzi On. Jezus. I wywraca ten stół do góry nogami. Nie zaczyna od pięknego, lnianego pasa. Nie zaczyna od czegoś wielkiego i chwalebnego. Zaczyna od czegoś tak małego, że można to przeoczyć, zgubić między palcami. Od ziarnka gorczycy. Odrobina, pyłek, kropka. Coś, co w logice świata jest definicją bezużyteczności. Coś, co można zdmuchnąć jednym tchnieniem. I mówi: „Patrzcie. To jest Królestwo”.

I opowiada o zaczynie. O odrobinie fermentu, który kobieta wrzuca w trzy miary mąki. Trzy miary to gigantyczna ilość – jakieś dwadzieścia, trzydzieści kilogramów. Wystarczająco, by nakarmić całą wioskę. A ona wrzuca tam szczyptę czegoś, co samo w sobie jest niepozorne, wręcz trochę podejrzane. I nie stoi nad tym, nie miesza co chwilę, nie kontroluje. Po prostu wrzuca i pozwala działać. Czeka, aż ta ukryta, niewidzialna siła zrobi swoje. Aż zakwasi wszystko. Przemieni całą masę od środka. To jest logika fermentu. Logika Królestwa. Bóg nie działa przez spektakularne gesty, które gniją, gdy się o nich zapomni. On działa przez ukrytą, wewnętrzną moc, która z niczego potrafi stworzyć życie.

Między pasem a ziarnem gorczycy

I my stoimy gdzieś pośrodku. Z jednej strony czujemy ciężar tego zbutwiałego pasa. Czujemy go w kościach, kiedy patrzymy na swoje życie. Na te wszystkie zmarnowane szanse, zerwane więzi, na człowieka, którym mieliśmy być, a którym się nie staliśmy. Na tę modlitwę, która umarła na ustach. Na dobro, którego nie zrobiliśmy, bo zabrakło odwagi. Patrzymy w lustro i czasem widzimy kogoś, kto „nie nadaje się do niczego”. Kogoś złamanego, zmęczonego, wypalonego. Kogoś, kto zakopał swoje najlepsze ja gdzieś nad Eufratem codziennych kompromisów.

Ale z drugiej strony słyszymy tę cichą obietnicę o ziarnku gorczycy. O zaczynie. O tym, że w samym sercu tej naszej zgnilizny, w tym całym poczuciu bezużyteczności, Bóg złożył coś mikroskopijnego, ale potężnego. Iskrę życia, która nie umarła. Ziarno Jego obecności, które czeka na odrobinę gleby.

W lipcu 1942 roku, w okupowanej przez nazistów Holandii, pewien niepozorny, schorowany karmelita w okularach, ojciec Tytus Brandsma, dostał misję. Misję samobójczą. Miał objechać redakcje wszystkich katolickich gazet i przekazać im polecenie biskupów: kategoryczny zakaz drukowania nazistowskiej propagandy. Był profesorem, filozofem, mistykiem. Mógł zamknąć się w zaciszu klasztoru, pisać swoje mądre książki i udawać, że świat za murami nie istnieje. Mógł swój piękny, lniany pas powołania zakopać w bezpiecznym miejscu, żeby nie narazić go na zniszczenie.

On zrobił coś dokładnie odwrotnego. Wziął ten pas i wyszedł z nim na ulice. Wszedł prosto w paszczę lwa. Wiedział, że go aresztują. Wiedział, że to wyrok śmierci. Ale jeździł od redakcji do redakcji, tłumacząc, przekonując, dodając otuchy. Był jak ta kobieta z przypowieści, która w gigantyczną masę mąki – w cały system totalitarnego zła – wrzucała małą garść zaczynu prawdy. Aresztowano go. Przeszedł przez kilka więzień, by w końcu trafić do obozu koncentracyjnego w Dachau. Tam, w piekle na ziemi, ten mały, słaby człowiek stawał się drzewem. Dzielił się głodową racją chleba. Organizował potajemne modlitwy. Pocieszał tych, którzy tracili nadzieję. Był schronieniem dla innych, gałęzią, na której mogły odpocząć przerażone ptaki ludzkich dusz.

Kiedy umierał, zamordowany zastrzykiem fenolu przez obozową pielęgniarkę, jego ostatnim gestem było podarowanie jej swojego różańca, który zrobił z kawałków drewna. „Módl się za mnie” – powiedział. To było jego ostatnie ziarnko gorczycy, rzucone w najbardziej jałową ziemię, jaką można sobie wyobrazić. W serce morderczyni. Po wojnie ta kobieta zeznawała w jego procesie beatyfikacyjnym. Mówiła, że jego twarz, jego spokój, jego dar, prześladowały ją i ostatecznie doprowadziły do nawrócenia. Zaczyn zadziałał. Ziarno wyrosło.

Tytus Brandsma odmówił bycia pasem, który nie nadaje się do niczego. Wybrał logikę Królestwa. Logikę ziarna. Pokazał, że nawet w największej beznadziei, w poczuciu totalnej klęski, jeden mały akt wiary, nadziei i miłości ma w sobie moc przemieniania świata.

Tylko nie pozwól mi zbutwieć

Panie, Ty widzisz te wszystkie moje przegniłe pasy, zakopane w szufladach i w sercu. Znasz na pamięć listę moich zaniedbań i ucieczek. Proszę, nie pozwól mi uwierzyć, że jestem już tylko tym, co zbutwiało. Daj mi oczy, które potrafią dostrzec w sobie to ziarnko gorczycy, ten okruch Twojego zaczynu, który złożyłeś we mnie na chrzcie. I daj mi odwagę Tytusa, bym nie bał się rzucić tego ziarna w twardą ziemię mojej codzienności.

Bóg nie patrzy na to, czym się stałeś, ale na to, czym jeszcze możesz zakwitnąć.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Michael Dziedzic, Samantha Lam — via Unsplash