Lista gości

Lista gości
Foto: Nadia Valko on Unsplash

Kartka. Zwykła, biała kartka z notatnika, a na niej plan. Całe życie rozpisane w punktach, z kwadracikami do odhaczania. Dobra szkoła, zaliczone. Studia, z wyróżnieniem, zaliczone. Pierwsza praca, jest. Stabilny związek, jest. Mieszkanie na kredyt, jest. Potem kolejne punkty: awans, większe mieszkanie, może dom. Dwójka dzieci, koniecznie w dobrych szkołach. Wakacje dwa razy w roku, w miejscu, którym można się pochwalić na Instagramie. To jest nasza lista gości na bankiet życia. Starannie zaplanowana, z precyzyjnie przypisanymi miejscami. My, oczywiście, przy głównym stole. Najbliżej źródła sukcesu, szczęścia, prestiżu.

I robimy to samo dla naszych dzieci. Jesteśmy ich pierwszymi, najbardziej zawziętymi menedżerami. Zapisujemy je na dodatkowy angielski, zanim jeszcze dobrze mówią po polsku. Wozimy na balet, na judo, na robotykę. Pilnujemy, żeby miały najlepsze korepetycje i dostały się do najlepszego liceum. Bo przecież muszą w życiu coś osiągnąć. Muszą usiąść po prawej albo po lewej stronie. Muszą wygrać. I kiedy przychodzimy z tą naszą listą, z tym naszym perfekcyjnym planem do Boga, jesteśmy jak ta matka synów Zebedeusza. Klękamy, oddajemy pokłon i mówimy: „Panie, mam prośbę. Spójrz, jaki świetny plan. Podbij go tylko swoją pieczątką. Powiedz, żeby moi synowie, żeby moje córki, żebym ja sam, zasiedli w Twoim królestwie tam, gdzie jest najlepszy widok. Tam, gdzie podają najlepsze dania. Tam, gdzie wszyscy będą widzieć, że nam się udało”.

Przychodzimy z gotowym scenariuszem i prosimy Boga, żeby został jego reżyserem. Jesteśmy przekonani, że wiemy, co dla nas dobre. Że tron, władza, uznanie – to jest szczyt marzeń. A On patrzy na nas z tą nieskończoną czułością i mówi: „Nie macie pojęcia, o co prosicie. Przynosicie Mi listę gości, a ja wam chcę pokazać menu”.

Zła strona menu

Ta scena w Ewangelii jest tak boleśnie ludzka, że aż skręca w środku. Ta matka, Salome, to nie jest jakiś potwór ambicji. To każda matka i każdy ojciec, który chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Który widzi w nim potencjał, talent, siłę. Ona podchodzi do Jezusa, bo Go kocha i Mu ufa. Wierzy, że On jest Królem. A skoro jest Królem, to musi mieć dwór. A skoro ma dwór, to muszą być w nim najważniejsze stanowiska. Logiczne. Proste. Ona po prostu próbuje załatwić swoim chłopakom najlepszą posadę w firmie wszechświata.

A Jezus? On nie krzyczy, nie gani jej za to. On z miłością odsłania przed nią i jej synami drugą stronę karty. Tę, której nikt nie chce czytać. Stronę z napisem „Koszty”. Mówi im: „Świetnie, chcecie być na bankiecie? Super. Ale czy możecie wypić kielich, który ja mam wypić?”.

Oni, ci dwaj młodzi, pełni zapału i testosteronu faceci, Jakub i Jan, bez wahania odpowiadają: „Możemy!”. Jasne, że możemy! Damy radę! Co to za kielich? Pewnie jakiś toast na cześć zwycięstwa. Jakiś puchar za odwagę. Jakaś cena, którą trzeba zapłacić, jak za bilet do loży VIP. Myślą, że chodzi o jakiś trud, o wysiłek, może nawet o walkę. Ale w ich głowach na końcu tej walki zawsze jest tron. Złoty, wygodny, z widokiem na całe królestwo.

A Jezus patrzy na nich i wie, co naprawdę jest w tym kielichu. W tym kielichu jest pot w Ogrójcu, tak gęsty, że spływa jak krople krwi. Jest pocałunek zdrajcy i samotność, kiedy wszyscy przyjaciele uciekają. W tym kielichu jest smak oplutej twarzy, szyderstwo tłumu i ból biczowania, które rozrywa skórę. Jest ciężar krzyża, który łamie ramiona, i gwoździe, które miażdżą kości. W tym kielichu jest krzyk opuszczenia: „Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. I wreszcie – jest w nim gorycz śmierci. To jest Jego kielich. I On mówi: „Chcecie być tam, gdzie ja? To jest droga. Nie ma innej”.

I to jest ten moment, w którym cała nasza duchowość staje na głowie. My przychodzimy do Boga z prośbą o tron, a On podaje nam kielich. My prosimy o żniwa w radości, a On daje nam do ręki ziarno i każe iść siać we łzach, jak mówi psalmista. My chcemy efektu końcowego, a On zaprasza nas do procesu. Do procesu umierania. Codziennego. W małych rzeczach. W rezygnacji ze swojego „ja”, w służbie, w przebaczeniu, w dźwiganiu ciężarów drugiego człowieka. I dodaje coś, co rozbija system: „A jeśli chodzi o trony… to nie moja działka. To Ojciec rozdziela miejsca”. Innymi słowy: „Przestańcie się martwić o swój status, o swoją pozycję, o to, co dostaniecie w zamian. Skupcie się na jednym: czy macie odwagę wypić kielich, który wam podaję? Dziś. Teraz. W waszej kuchni, w waszym biurze, przy łóżku chorego dziecka”.

Syn Gromu, który nauczył się milczeć

Dzisiaj, 25 lipca, Kościół wspomina jednego z tych dwóch chłopaków. Tego, który tak buńczucznie krzyknął „Możemy!”. Świętego Jakuba Apostoła. Ewangelista Marek zdradza nam przezwisko, jakie Jezus nadał jemu i jego bratu Janowi: Boanerges. To aramejskie słowo, które znaczy „Synowie Gromu”. I to nie był komplement. To była diagnoza. Oni byli jak burza. Gwałtowni, porywczy, niecierpliwi. To oni chcieli spalić ogniem z nieba samarytańską wioskę, bo mieszkańcy nie przyjęli Jezusa. To w nich ambicja mieszała się z wiarą w tak toksyczny sposób, że myśleli, iż królestwo Boże zdobywa się siłą, krzykiem i demonstracją mocy.

Jakub myślał, że kielich, o którym mówił Jezus, to właśnie to: moc, by przywoływać gromy. Moc, by niszczyć wrogów. Moc, by zasiąść na tronie i rządzić. I powiedział swoje „tak”. A potem przyszło życie i zweryfikowało to „tak”.

Jakub wypił swój kielich. I to jak! Dzieje Apostolskie podają suchy, wojskowy komunikat: „W tym czasie król Herod zaczął prześladować niektórych członków Kościoła. Ściął mieczem Jakuba, brata Jana”. Koniec. Kropka. Był rok 44. Jakub, Syn Gromu, był pierwszym z Dwunastu, który oddał życie za Chrystusa. Nie doczekał wielkich soborów, nie napisał listów, nie zarządzał wielkimi wspólnotami. Nie dostał tronu w Jerozolimie. Dostał kawałek brudnej ziemi, na którym musiał uklęknąć, i poczuł na karku zimne ostrze miecza.

Ten, który chciał przywoływać ogień z nieba, sam został pochłonięty przez ogień męczeństwa. Ten, który domagał się pierwszego miejsca, jako pierwszy poszedł na śmierć. To jest ta wstrząsająca przemiana. Kielich, który wypił, nie był kielichem władzy, ale kielichem służby aż do końca. To właśnie ten kielich wypalił z niego całą pychę, całą ambicję, całą chęć dominacji. Z Syna Gromu zrobił cichego baranka, prowadzonego na rzeź. I właśnie wtedy, w tym momencie totalnej bezsilności, kiedy jego głowa spadała na ziemię, stał się naprawdę wielki. Właśnie wtedy Ojciec dał mu miejsce po swojej prawicy. Nie takie, o jakie prosiła jego matka, ale o wiele wspanialsze.

My też mamy swoje kielichy. Rzadko kiedy jest to miecz kata. Naszym kielichem jest monotonia codziennych obowiązków. Cierpliwość, kiedy dziecko po raz setny wylewa sok na dywan. Lojalność wobec męża czy żony, kiedy wszystko w nas krzyczy, że to już nie ma sensu. Opieka nad starzejącym się, schorowanym rodzicem, która kradnie nam czas i siły. Uczciwość w pracy, kiedy wszyscy dookoła kombinują. Przebaczenie komuś, kto wbił nam nóż w plecy. To jest nasz kielich. I każdego dnia Bóg pyta: „Możesz go wypić? Nie dla poklasku, nie dla nagrody, nie dla tronu. Ale z miłości do Mnie?”.

Puste ręce

Panie, przychodzę do Ciebie z moją listą, z moim planem, z moją ambicją. Chcę tak wiele załatwić, tak wiele osiągnąć, tak wiele udowodnić sobie i światu. A Ty podajesz mi tylko ten jeden, mały kielich dzisiejszego dnia – z jego trudem, z jego bólem, z jego szarością. Daj mi odwagę, Panie, nie prosić o tron, ale przyjąć kielich. Daj mi siłę, bym nie szukał wielkości, ale uczył się służyć.

Wielkość nie polega na tym, by usiąść na tronie, ale by uklęknąć i umyć komuś stopy.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Glenn Carstens-Peters, Nadia Valko — via Unsplash