Skała bez korzenia

Skała bez korzenia
Foto: Josie Weiss on Unsplash

Skała. Pod cienką warstwą początkowego entuzjazmu, pod powierzchowną radością z przyjętego słowa, ona czeka niewzruszona. Ten wewnętrzny, nieprzekopany rdzeń oporu, pychy i niestałości staje się grobem dla ziarna, zanim zdążyło ono stać się czymkolwiek więcej niż obietnicą. To jest nasza kapłańska płycizna: ten afektowny zapał pierwszych lat, który nie przetrwał pierwszego poważnego konfliktu z proboszczem, pierwszego oszczerstwa rzuconego w internecie, pierwszej konfrontacji z własną, dojmującą bezsilnością.

To również jałowość drogi, ubitej tysiącem tych samych kroków, tych samych rutynowych czynności, które sprawiają, że serce staje się twarde jak trakt. Słowo o Królestwie pada na nie, ale się nie przebija. Leży na powierzchni, widoczne dla wszystkich, ale dostępne dla Złego, który porywa je, zanim zdąży nas zaniepokoić. To stan kapłana, który wszystko już słyszał, wszystko wie, a jego serce stało się tylko profesjonalnym rekwizytem w liturgicznej grze.

Cztery stany kapłańskiej świadomości

Wyjaśnienie przypowieści przez Chrystusa nie jest materiałem na kazanie dla ludu. To jest precyzyjny instrument diagnostyczny wręczony Apostołom – nam. To brutalnie szczera typologia dusz, poczynając od naszych własnych. Kluczowe jest tu greckie słowo συνιέντος (synientos), tłumaczone jako „rozumie”. Nie chodzi o intelektualne pojęcie doktryny. Syniemi oznacza głębokie, wewnętrzne złożenie, syntezę, uchwycenie całości, które przemienia jestestwo. Jego brak (μὴ συνιέντοςmē synientos) to nie głupota, lecz duchowa dysocjacja. To stan, w którym słuchamy Słowa, analizujemy je, a nawet głosimy, ale nie pozwalamy mu zintegrować i uporządkować naszego wewnętrznego chaosu.

Dlatego człowiek skalisty, ten bez korzenia (μὴ ἔχων ῥίζαν ἐν ἑαυτῷmē echōn rhizan en heautō), upada. Korzeń nie jest w ludzie, nie w sukcesie duszpasterskim, nie w dobrym słowie biskupa. On musi być ἐν ἑαυτῷ – „w sobie samym”. Kapłan pozbawiony tego wewnętrznego zakorzenienia w Chrystusie staje się niewolnikiem afektów, uzależnionym od chwilowej radości, który załamuje się pod pierwszym naporem θλίψεως ἢ διωγμοῦ (ucisku lub prześladowania). A prześladowaniem nie musi być od razu Koloseum. Czasem wystarczy dekret o przeniesieniu na trudniejszą parafię.

Najbardziej podstępna jest jednak trzecia gleba. Zagłuszona przez ἡ μέριμνα τοῦ αἰῶνος (hē merimna tou aiōnos) – troskę tego wieku, tej epoki. Merimna to nie jest zwykła troska, to lęk, który rozrywa, dzieli umysł na części. Dla nas, kapłanów, to często nie jest „ułuda bogactwa”, ale ułuda duszpasterskiej skuteczności, lęk o statystyki, presja bycia sprawnym menedżerem, administratorem, który grzęźnie w remontach i sprawozdaniach. Te ciernie nie wyglądają jak grzech. Wyglądają jak obowiązek. A jednak skutecznie zagłuszają Słowo, czyniąc nas bezowocnymi.

Między cierniem kurii a pustelnią serca

Troska tego wieku przybiera dziś w naszym życiu postać polaryzacji w prezbiterium, która wysysa energię i zaufanie. To lęk przed byciem zaszufladkowanym, przed utratą pozycji, przed samotnością, która pcha nas w objęcia ideologicznych frakcji, a nie w ramiona Chrystusa. Stajemy się kapłanami skalistymi, reagującymi z entuzjazmem na teologiczne nowinki lub z furią na każdy powiew zmiany, bo nie mamy korzenia w sobie, w Tradycji, która jest żywą Osobą, a nie zbiorem sentymentów. Stajemy się jałowi jak droga, gdy cynizm zastępuje wiarę, a duszpasterska strategia – modlitwę.

Dziś Kościół stawia nam przed oczyma libańskiego mnicha, Szarbela Makhloufa. Jego życie było radykalnym aktem uprawy gleby. Odrzucił świat nie z pogardy, ale by usunąć ciernie merimna – troski o cokolwiek poza Bogiem. Zakorzenił się ἐν ἑαυτῷ – w sobie, w celi, w Bogu – przez milczenie i posłuszeństwo, stając się żywym dowodem, że najgłębsza płodność rodzi się w ukryciu. Jego apostolstwo nie polegało na programach i spotkaniach. Polegało na byciu żyzną ziemią, w której Słowo zapuściło korzenie tak głęboko, że owocowało cudami na cały świat, ale dopiero po jego śmierci. Szarbel jest oskarżeniem rzuconym w twarz naszemu aktywizmowi, naszej potrzebie natychmiastowych rezultatów, naszej kapłańskiej niestałości.

On, człowiek jednego miejsca, jednej Reguły, jednego Boga, pokazuje, że jedynym warunkiem wydania plonu stokrotnego jest pozwolenie, by Bóg przekopał i oczyścił ziemię naszego serca, bez względu na koszt. To jest praca na całe życie, codzienne wyrywanie chwastów własnych ambicji i rozbijanie skały swojego ego.

Tylko On

Jeremiasz obiecuje pasterzy według serca Boga, którzy będą paść rozsądnie i roztropnie. To nie jest obietnica kompetentnych menedżerów, ale ludzi, których serca stały się żyzną glebą dla Słowa, które jest Osobą. Cała reszta jest pochodną tej jednej, fundamentalnej uprawy. Nie jesteś powołany, by zarządzać jałowością, ale by wbrew wszystkiemu wydać plon dla Niego.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Joshua Whitney, Josie Weiss — via Unsplash