Tłum i próg

Tłum i próg
Foto: Spencer Plouzek on Unsplash

Tłum. Gęsta, anonimowa masa ciał, oddechów i oczekiwań, która napiera na dom, w którym naucza Chrystus. To fizyczna bariera, która oddziela Jego Matkę i krewnych od Niego, zmuszając ich do stanięcia na dworze. Ta scena jest brutalnym obrazem kapłańskiej egzystencji: jesteśmy nieustannie otoczeni tłumem – tłumem spraw, próśb, obowiązków, ludzkich dramatów – a jednak to właśnie ten tłum potrafi nas skutecznie odizolować, postawić na progu, na zewnątrz prawdziwego spotkania. Pozostajemy funkcjonalni, ale zewnętrzni wobec misterium, które sprawujemy; otoczeni ludźmi, ale wewnętrznie samotni jak trzoda Micheasza, „co mieszka samotnie w lesie”.

Logika nowego pokrewieństwa

Mateusz precyzyjnie notuje, że rodzina Jezusa stanęła exo (ἔξω) – na zewnątrz. W topografii Ewangelii to słowo-klucz. „Na zewnątrz” są ci, którzy nie rozumieją, którzy są poza kręgiem wtajemniczenia, którzy należą do starego porządku. Odpowiedź Chrystusa nie jest odrzuceniem Matki, co byłoby sprzeczne z czwartym przykazaniem. Jest teologicznym trzęsieniem ziemi. On dekonstruuje definicję rodziny opartą na więzach krwi (αἷμα καὶ σάρξ) i ustanawia nową, opartą na fundamencie woli Ojca (θέλημα τοῦ Πατρός). Gest wyciągniętej ręki nad uczniami jest aktem stwórczym: oto Moja nowa rodzina, Moja mishpaha.

To nie jest manifestacja braku uczuć, lecz objawienie nowej ontologii. Przynależność do Chrystusa nie jest dziedziczona, nie wynika z genealogii ani z sentymentów. Jest owocem świadomej, wolnej decyzji podporządkowania własnej woli woli Ojca. W tym świetle Maryja nie zostaje umniejszona, lecz ukazana w prawdziwym źródle swojej wielkości. Jej Boskie macierzyństwo fizyczne jest nierozerwalnie splecione z jej absolutnym posłuszeństwem Woli – „niech mi się stanie według słowa twego”. Ona jest pierwszą i najdoskonalszą w tej nowej rodzinie właśnie dlatego, że najpełniej wypełniła wolę Ojca.

Przynależność wyższa niż nazwisko

Dla nas, mężczyzn, którzy opuścili domy i zrezygnowali z założenia własnych, to słowo jest jednocześnie pocieszeniem i ostrzem. Nasza tożsamość nie zasadza się na nazwisku rodowym, na diecezji, do której jesteśmy przypisani, ani na wspólnocie zakonnej, której regułę ślubowaliśmy. Te struktury są wtórne. Nasza fundamentalna przynależność jest tam, gdzie wola Ojca staje się naszym pokarmem. To dlatego tak boleśnie odczuwamy polaryzację w prezbiteriach i kryzysy we wspólnotach: gdy „bracia” przestają wspólnie szukać woli Ojca, a zaczynają realizować własne agendy, nowa rodzina Chrystusa staje się fikcją, a my zostajemy sami, na zewnątrz.

Święty Wawrzyniec z Brindisi, doktor Kościoła, którego dziś wspominamy, całe życie poświęcił zgłębianiu Słowa w jego źródłowej postaci. Jako wybitny hebraista nie zadowalał się przekładami, ale sięgał do samego tekstu hebrajskiego, by dotknąć jak najczystszego zapisu woli Boga. Nie szukał potwierdzenia swoich idei; szukał Woli. To jest model dla nas. Prawdziwe braterstwo kapłańskie nie rodzi się z podobnych poglądów politycznych, wspólnych hobby czy sentymentalnej lojalności. Rodzi się z tego samego zmagania, by usłyszeć i wypełnić wolę Ojca, nawet jeśli prowadzi to do konfliktu ze starym porządkiem, z oczekiwaniami „tłumu” czy nawet z naszymi biologicznymi krewnymi, którzy stoją na dworze i nie rozumieją logiki naszego życia.

Wejść do środka

Największym ciężarem kapłaństwa nie jest samotność, lecz dobrowolne pozostawanie na zewnątrz, gdy On w środku wskazuje na ciebie i mówi: „Oto mój brat”. Wejdź, zanim tłum się rozejdzie.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Jana Doro, Spencer Plouzek — via Unsplash