Ciemność i sól

Ciemność i sól
Foto: Sonika Agarwal on Unsplash

Sól na rękach rybaka z Classis, portu Rawenny. Sól, która konserwuje połów i jednocześnie wgryza się w każdą ranę na dłoniach, przypominając o cenie chleba. W taką rzeczywistość, bez fanfar i cudownych znaków z nieba, wszedł biskup Apolinary, uczeń samego Piotra. Nie przyniósł ognia z nieba ani nie rozmnożył chleba na placu. Przyniósł słowo. To była cała jego legitymacja w obcym, pogańskim mieście. Doświadczenie wejścia w surową tkankę świata, gdzie nikt na ciebie nie czeka z otwartymi ramionami, jest fundamentem apostolstwa, nie jego patologią. To jest nasz pierwszy, często zapomniany, kapłański chrzest: konfrontacja z obojętnością, która żąda dowodu, zanim w ogóle zechce wysłuchać.

Żądanie znaku, które słyszymy w dzisiejszej Ewangelii, nie jest niewinną prośbą o pomoc w wierze. To jest duchowa erozja, która dotyka nas, gdy nasza posługa wydaje się jałowa, a modlitwa pusta. Wtedy w sercu rodzi się ciche, ale natarczywe oskarżenie rzucane Bogu: „Daj mi znak, że to wszystko ma sens. Pokaż, że nie marnuję życia. Udowodnij, że jesteś”. To jest krzyk kapłana, który w ciszy plebanii zaczyna podejrzewać, że został sam z rytuałem.

Plemię żądające dowodu

Uczeni w Piśmie i faryzeusze proszą o sēmeion (σημεῖον). Greckie słowo oznacza tu coś więcej niż tylko cud (dynamis). Chodzi o znak uwierzytelniający, o niebiańską pieczęć, która potwierdzi autorytet i misję Jezusa ponad wszelką wątpliwość. To jest żądanie audytu duchowego. Chcą zobaczyć Boże certyfikaty. Odpowiedź Chrystusa jest brutalnym odwróceniem ich logiki. Nie da im znaku, którego oczekują – spektaklu władzy. Da im jedyny znak, który ma ostateczne znaczenie: znak Jonasza.

Znak Jonasza ma podwójną głębię, którą często spłycamy do samej tylko typologii paschalnej. Owszem, trzy dni i trzy noce we wnętrznościach wielkiej ryby (kētos – potwór morski, niekoniecznie wieloryb) są oczywistą zapowiedzią śmierci i zmartwychwstania. Ale jest i drugi wymiar, kluczowy dla zrozumienia odmowy Chrystusa. Dla mieszkańców Niniwy znakiem nie był sam fakt, że Jonasz przeżył w rybie – oni o tym nie wiedzieli. Znakiem był sam Jonasz: jego osoba, jego nagłe pojawienie się i jego surowe, bezkompromisowe słowo. To jego przepowiadanie było sēmeion, które wstrząsnęło miastem. Chrystus mówi więc: „Nie dam wam innego znaku niż Ja sam. Moja obecność, moje słowo, moje Ciało – to jest ostateczny znak”.

Odesłanie do królowej z Południa i mieszkańców Niniwy jest oskarżeniem. Oni nie potrzebowali nieustannych dowodów. Wystarczyła im mądrość Salomona i nawoływanie Jonasza, by podjąć radykalną decyzję. Plemię, do którego mówi Jezus, mając przed sobą „coś więcej niż Salomona” i „coś więcej niż Jonasza”, wciąż tkwi w paraliżu, domagając się kolejnych gwarancji. To jest dramat wiary, która chce być wiedzą; która zamienia relację w transakcję opartą na dowodach.

Syndrom niepotwierdzonego apostolstwa

Pragnienie znaku jest naszą kapłańską chorobą zawodową. Przejawia się w pogoni za statystyką, w nerwowym poszukiwaniu „owoców” duszpasterskich, w uzależnieniu od akceptacji i popularności. Kiedy ich brakuje, pojawia się pokusa, by uznać swoje kapłaństwo za nieudane, za Bożą pomyłkę. Wtedy zaczynamy handlować z Bogiem, jak Micheaszowy człowiek z pierwszego czytania: „Czy Pan się zadowoli tysiącami baranów?”. Czy zadowoli się moją kolejną inicjatywą, perfekcyjnie przygotowaną homilią, sprawnie zarządzaną parafią? Czy te zewnętrzne akty w końcu wycisną z nieba jakiś znak aprobaty?

Bóg przez Micheasza odpowiada: „Powiedziano ci, człowiecze, co jest dobre”. Nie wymaga spektakularnych ofiar, lecz czynienia sprawiedliwości, umiłowania wierności (hesed – miłosiernej lojalności) i pokornego obcowania z Nim. To jest program na kapłańskie wypalenie. To jest odtrutka na syndrom niepotwierdzonego apostolstwa. Wierność w małych rzeczach, w codziennej, niewidocznej dla nikogo walce o czystość serca, w sprawiedliwym traktowaniu ludzi, w pokornym trwaniu przed Nim bez oczekiwania na emocjonalne fajerwerki – to jest prawdziwa ofiara, która Mu się podoba.

Święty Apolinary w Rawennie nie czekał na znak. Przez dwadzieścia lat budował Kościół, znosząc prześladowania, wygnania i w końcu męczeństwo. Jego życie, a nie jakieś spektakularne cuda, stało się znakiem, który nawrócił miasto. Jego wierność była dowodem. Był żywym „znakiem Jonasza” – człowiekiem, który przeszedł przez ciemność i śmierć (wielokrotne próby zabójstwa), by głosić słowo życia. On zrozumiał, że kapłan nie jest dostawcą cudów na żądanie, ale świadkiem jedynego, ukrytego w Krzyżu Znaku.

Wystarczy

Nieustanne poszukiwanie znaków jest ucieczką od jedynego Znaku, który został nam dany – od Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego. Ten Znak nie jest dowodem do intelektualnej akceptacji, lecz tajemnicą do egzystencjalnego przyjęcia, która rozstrzyga się w ciemnościach wierności, a nie w świetle spektaklu. Przestań szukać dowodu, zacznij być dowodem.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: joan m, Sonika Agarwal — via Unsplash