Trzcina
Trzcina. Greckie kálamon syntetrimménon. Materia roślinna na granicy dezintegracji, zgnieciona, pozbawiona struktury, ledwie trzymająca się w pionie. Jej biologiczna integralność została naruszona. Ten botaniczny obraz jest precyzyjnym tomogramem stanu kapłańskiej duszy w momencie, gdy wewnętrzna presja lub zewnętrzny atak doprowadza ją na skraj złamania. To nie jest stan spektakularnej walki, lecz cichego, wewnętrznego pęknięcia, którego nikt z zewnątrz nie widzi. To kondycja prezbitera, który po latach funkcjonowania w systemie czuje, że jego własna struktura nośna – powołanie, wiara, ludzka wytrzymałość – jest już tylko zgniecioną trzciną.
Ten stan kruchości jest naszą największą tajemnicą i największym lękiem. Lękiem przed tym, że jeden mocniejszy podmuch – jedno niesprawiedliwe oskarżenie, jedna bolesna decyzja przełożonego, kolejny rok w parafii, która wysysa życie, nie dając nic w zamian – ostatecznie nas złamie. I wtedy, w tym stanie najwyższego zagrożenia, instynktownie szukamy strategii przetrwania. Ewangelia pokazuje nam dzisiaj dwie radykalnie odmienne logiki działania w obliczu śmiertelnego zagrożenia.
Συμβούλιον przeciw Παῖς
Faryzeusze odbywają naradę – symboúlion élabon kat’ autoû. To nie jest spontaniczny wybuch gniewu. To termin techniczny, oznaczający formalne, strategiczne posiedzenie, którego celem jest wypracowanie planu działania. Celem jest unicestwienie – hópōs autòn apolésōsin. Słowo apóllymi oznacza zniszczyć, zgładzić, doprowadzić do ruiny. To logika władzy, która napotkawszy na opór, tworzy komitet i opracowuje procedurę eliminacji problemu. To myślenie projektowe, korporacyjne, zimne. To logika, którą jako zarządcy parafii i instytucji znamy aż za dobrze.
Odpowiedzią Chrystusa na ten śmiertelny spisek jest anechōrēsen – oddalił się, wycofał. Ten grecki czasownik nie oznacza panicznej ucieczki. W pismach starożytnych, w tym u historyków jak Ksenofont, anachōrēsis opisuje strategiczny odwrót wojsk w celu przegrupowania lub uniknięcia niekorzystnej bitwy. To suwerenna decyzja, a nie reakcja ofiary. Jezus nie wchodzi w dialektykę spisku. Nie zwołuje własnego symboúlion. Nie demaskuje ich publicznie. On dokonuje teologicznego i strategicznego przesunięcia pola działania – z centrum religijnej władzy, gdzie czeka Go śmierć, na peryferie, gdzie czekają na Niego chorzy. I tłumy idą za Nim, bo Jego moc objawia się nie w konfrontacji, lecz w uzdrawiającej nieobecności w centrum konfliktu.
Mateusz daje nam klucz hermeneutyczny do tego manewru, cytując Izajasza. Tożsamość Mesjasza, Sługi (Παῖς), nie polega na tym, co robi, ale na tym, czego zaniecha. Nie będzie się spierał (erísei), nie będzie krzyczał (kraugásei). Jego siła nie jest siłą retoryczną ani polityczną. Jest siłą sejsmiczną, cichą, zdolną podtrzymać to, co już pęknięte (syntetrimménon), i rozdmuchać to, co ledwie się tli (tyfómenon). To jest definicja mocy kapłańskiej w jej najczystszej, chrystologicznej formie: nie łamać tego, co już zgniecione.
Syndrom oblężonej twierdzy
Jak często, czując się zagrożeni w naszej posłudze, w naszym autorytecie, w naszym dobrym imieniu, sami zwołujemy wewnętrzne symboúlion? Naradzamy się ze swoim zranieniem, ze swoją pychą, ze swoim lękiem, w jaki sposób zniszczyć, zdyskredytować, pokonać przeciwnika – współbrata w dekanacie, grupę parafialną, która nas krytykuje, biskupa, którego decyzji nie rozumiemy. Wchodzimy w logikę faryzejską. Nasze serce staje się salą obrad, a celem jest przetrwanie za wszelką cenę. Stajemy się administratorami oblężonej twierdzy, a nie pasterzami zgniecionych trzcin. Zapominamy, że naszą misją nie jest wygrać spór, lecz ocalić knot.
18 lipca Kościół w Polsce wspomina św. Szymona z Lipnicy. Franciszkanina, kaznodzieję, który w 1482 roku, gdy w Krakowie wybuchła epidemia dżumy, podjął decyzję przeciwną do logiki samozachowawczej. Władze uciekały, bogaci chronili się w wiejskich posiadłościach. On i jego bracia zostali. Nie po to, by krzyczeć z ambony przeciw grzechom, które miały sprowadzić zarazę. Szymon dokonał chrystusowego anachōrēsis – wycofał się z bezpiecznych murów klasztoru w sam środek ludzkiego cierpienia i rozkładu. Nie łamał zgniecionych strachem i chorobą ludzi teologicznymi traktatami o karze Bożej. Pochylał się nad nimi, by nie dogasić ostatniego, tlącego się w nich knota nadziei, spowiadając, namaszczając i grzebiąc. Sam zaraził się i zmarł, a jego ostatnim aktem nie był manifest, lecz ciche zjednoczenie się z losem tych, którym służył.
Nasze dzisiejsze dżumy to nie zaraza bakteryjna, lecz wirus polaryzacji w Kościele, epidemia biurokracji, która zabija ducha, i osobista plaga akedii, która odziera posługę z sensu. Reakcją na nie może być faryzejska narada – zgorzknienie, cynizm, budowanie frakcji w prezbiterium. Albo może być nią chrystusowy odwrót: świadome wycofanie się z jałowych sporów, by całą energię skierować na tę jedną, zgniecioną trzcinę, którą Bóg stawia dziś na naszej drodze. To może być konkretny człowiek w konfesjonale, współbrat w kryzysie, zapomniana sprawa w parafialnej kancelarii.
Wyjść z narady
W sercu każdego z nas toczy się walka między dwoma zgromadzeniami: faryzejskim symboúlion, które planuje zniszczenie, a trynitarną naradą, która wybrała drogę Sługi. Pierwsze prowadzi do izolacji i duchowej śmierci w obronie własnego ego. Drugie, poprzez strategiczny odwrót od walki, otwiera na cichą, anonimową płodność pośród zranionych. Przestań więc umacniać mury, a zacznij szukać zgniecionych trzcin.
— Źródło czytań: brewiarz.pl Zdjęcie: Aaron Burden on Unsplash




