Poziom głośności: Maksimum

Poziom głośności: Maksimum
Foto: Ash Edmonds on Unsplash

Dłoń zaciska się na kierownicy. Tyle razy, że zbielały kłykcie, a skóra odciska wzór taniego plastiku. Korek. Znowu. Ten sam co wczoraj, ten sam co jutro. I w głowie zaczyna się druga narada, głośniejsza niż radio i klaksony za szybą. Przemielony po raz setny dialog z szefem. Scenariusz rozmowy z nastoletnim dzieckiem, która i tak skończy się trzaśnięciem drzwiami. Monolog wewnętrzny o tym, co trzeba było powiedzieć żonie wczoraj wieczorem, zamiast znowu zapaść w milczenie przed ekranem.

Planujemy. Obmyślamy na naszych łożach, w naszych samochodach, pod prysznicem. Strategie obronne, plany ataku, scenariusze zemsty. Jak zdobyć to, czego pożądamy – ten awans, ten szacunek, ten spokój, to ostatnie słowo w kłótni. Jak zagarnąć dla siebie kawałek pola, choćby to było tylko pole uwagi drugiego człowieka. Jak zająć czyjś dom, choćby to był tylko dom czyjegoś serca, w którym chcemy rządzić. W naszych głowach huczy od taktyki. Świat zdaje się mówić jednym, potężnym głosem: bądź silny, bądź głośny, bądź sprytny. Inaczej cię zdepczą. Zjedzą. Przegrasz. I my w to wierzymy. Ustawiamy głośność życia na maksimum, bo wydaje nam się, że cisza jest oznaką słabości. Że kto nie krzyczy, ten nie ma racji. Że kto się wycofuje, ten jest tchórzem.

W tym zgiełku, w tej nieustannej naradzie wojennej, którą toczymy we własnej duszy, stajemy się jak ci ludzie z wizji proroka Micheasza. Z rękami gotowymi do wykonania tego, co obmyśliła nocna furia. Z sercem, które pożąda i jest gotowe zabrać. A potem dziwimy się, że nasze relacje to pogorzelisko. Że wokół nas lament i poczucie ograbienia. Bo świat, który buduje się krzykiem, zawsze kończy się płaczem.

Dwie narady

I wtedy, w sam środek tego hałasu, wchodzi Ewangelia. I pokazuje nam inną naradę. Faryzeusze. Elita. Ludzie władzy, wpływów i przekonania o własnej słuszności. Oni też planują. Też obmyślają. Ale ich celem nie jest pole czy dom. Ich celem jest Człowiek. „Odbyli naradę przeciw Jezusowi, w jaki sposób Go zgładzić”. To jest ten sam duch, ten sam mechanizm, co u Micheasza, tylko podniesiony do ostatecznej potęgi. To jest logika świata skondensowana w jednym, morderczym spotkaniu: jeśli ktoś zagraża mojej pozycji, mojemu sposobowi myślenia, mojemu spokojowi – trzeba go usunąć. Zgładzić. Uciszyć na zawsze.

A jaka jest odpowiedź Jezusa? Co robi Bóg, kiedy najpotężniejsi ludzie na ziemi spiskują, by Go zabić? Czy zwołuje kontr-naradę aniołów? Czy przygotowuje ognistą przemowę, która zmiecie ich z powierzchni ziemi? Czy rzuca piorunami? Nie. Robi coś absolutnie niezrozumiałego dla naszej logiki siły. Coś, co wygląda na kapitulację. „Gdy się Jezus dowiedział o tym, oddalił się stamtąd”.

On się po prostu wycofuje. Schodzi z linii strzału. Ucisza się. A kiedy tłum idzie za Nim, On ich uzdrawia. Cicho. Bez fleszy, bez kamer, bez rozgłosu. I jeszcze im zabrania, żeby Go nie ujawniali. To jest szaleństwo. To jest Boża anty-strategia. W momencie, gdy zgiełk nienawiści osiąga apogeum, On wybiera szept miłosierdzia. Wycofuje się nie ze strachu, ale po to, by zrobić miejsce na zupełnie inną definicję mocy.

I wtedy Mateusz rzuca na stół kartę, która wyjaśnia wszystko. Cytat z Izajasza. „Nie będzie się spierał ani krzyczał…”. Bóg nie jest Bogiem kłótni. Nie wchodzi w pyskówki. Nie przekrzykuje hejterów. Jego głosu nie usłyszysz na ulicach, bo On nie przemawia przez megafony propagandy. Jego siła leży gdzie indziej. „Trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi”. I to jest zdanie, które powinno zatrzymać nasze serca. Trzcina zgnieciona. To nie jest obraz poetycki. To jesteś ty, kiedy czujesz, że jeszcze jeden cios, jeszcze jedno słowo, jeszcze jedna porażka i pękniesz. To jest twoje dziecko po awanturze. Twój współmałżonek po dniach milczenia. Twój przyjaciel w depresji. Człowiek na granicy, ledwo stojący, chwiejący się na wietrze. Logika świata mówi: dobić, złamać do końca, żeby nie stwarzał problemów. Logika Boga mówi: dotknąć z taką delikatnością, by nie złamać.

Knot tlący się. Ta resztka wiary, która w tobie jeszcze została. Ta iskierka nadziei, że może jednak warto. Ten ostatni płomyk miłości do kogoś, kto cię rani. Logika świata mówi: zdmuchnąć, zgasić, po co się męczyć. Logika Boga mówi: osłonić dłońmi, chuchać delikatnie, pozwolić, by znów zapłonął. To jest prawdziwa moc. Nie ta, która potrafi burzyć, ale ta, która potrafi ocalić to, co ledwo żyje.

Człowiek, który nie złamał trzciny

W Kościele wspominamy dziś świętego, który całe swoje życie uczynił komentarzem do tych słów. Szymon z Lipnicy. XV-wieczny franciszkanin, kaznodzieja z Krakowa. Miał wszystko, by być człowiekiem „głośnym”. Miał talent, charyzmę, jego kazania w katedrze wawelskiej porywały tłumy. Mógł budować swoją pozycję, gromadzić wpływy, być religijnym celebrytą swoich czasów. Mógł krzyczeć z ambony, gromić, pouczać. Ale kiedy w 1482 roku na Kraków spadła zaraza dżumy, Szymon podjął inną decyzję.

Miasto opustoszało. Bogaci uciekli do swoich wiejskich posiadłości. Zdrowi zamknęli się w domach. Na ulicach leżały umierające „zgniecione trzciny”. Ludzie, których dotyk oznaczał śmierć. Ludzie, w których ledwo tlił się „knot” życia. I Szymon, zamiast wycofać się w bezpieczne miejsce, wszedł w sam środek tego piekła. Nie po to, by krzyczeć kazania o karze Bożej. On schylił się nad każdym z osobna. Niósł im wodę, jedzenie, sakramenty. Opatrywał ich ropiejące rany. Trzymał za rękę, kiedy umierali w samotności. Jego głos nie grzmiał już w katedrze. Teraz był szeptem pocieszenia przy uchu konającego. Był dotykiem, który nie łamał, ale podtrzymywał w ostatniej drodze.

Nie minęło wiele czasu, a sam zaraził się od tych, którym służył. Umarł cicho, tak jak żył w tych ostatnich dniach. Bez rozgłosu. Bez narady nad tym, jak ocalić siebie. Po prostu oddał życie, by nie dogasić tlących się knotów. W jego postawie jest ta sama, wstrząsająca logika Jezusa. Prawdziwa siła nie manifestuje się w pokonaniu wroga, ale w schyleniu się nad tym, co słabe, złamane i ledwo żywe. To jest moc, która ostatecznie zwycięża. Bo nie ma nic potężniejszego niż miłość, która jest gotowa umrzeć, by ocalić iskrę.

Zanim zgaśnie

Jezu cichy, Jezu, który wycofujesz się przed hałasem nienawiści, naucz mnie Twojej ciszy. Daj mi oczy, które zobaczą zgniecioną trzcinę w człowieku obok, zanim sam ją złamię swoim słowem. Daj mi dłonie, które potrafią osłonić tlący się knot nadziei w kimś, kto już dawno przestał wierzyć. Zabierz mi pragnienie wygrywania sporów, a daj pragnienie leczenia ran.

Twoja siła nie jest w krzyku, ale w dłoni, która potrafi podtrzymać.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Kathy, Ash Edmonds — via Unsplash