Kluczyki na blacie

Dłoń rzuca je na kuchenny blat. Metaliczny brzęk, jedyny głośny dźwięk w pustym mieszkaniu, odbija się od ścian i cichnie. Koniec. Jeszcze jeden dzień wygrany, zaplanowany, odhaczony. Zakupy w bagażniku, pranie czeka w pralce, obiad na jutro wymyślony. Grafik dzieciaków na lodówce, zaktualizowany. Wszystkie pionki na szachownicy życia poprzestawiane tak, jak powinny być. „Działałem siłą mej ręki i własnym sprytem, bo jestem rozumny” – szepcze coś w środku, jakaś dziwna, asyryjska nuta dumy. To ja przesunąłem granice narodów – to znaczy, pogodziłem zwaśnione koleżanki córki. To ja rozgrabiłem ich skarby – czyli znalazłem tę jedną, ostatnią bluzkę na promocji. To ja powaliłem mieszkańców jak mocarz – załatwiłem sprawę w urzędzie, której nikt inny nie mógł ruszyć.
Stajesz w progu i patrzysz na to swoje małe królestwo. Królestwo porządku, planu, kontroli. Masz poczucie, że trzymasz to wszystko w garści. Że jesteś drwalem własnego losu. Wycinasz problemy, karczujesz przeszkody, sadzisz nowe plany. Jesteś skuteczny. Jesteś mądry. Jesteś roztropny. I potwornie, śmiertelnie zmęczony tym byciem bogiem we własnym domu. Tym nieustannym podnoszeniem bicza, którym jest twoja wola, i wywijaniem nim nad rzeczywistością.
Bóg, który pożycza swój gniew
Prorok Izajasz rzuca dziś zdanie, od którego bolą zęby. Bóg mówi o Asyrii, bezwzględnym imperium, które niszczy, grabi i morduje: „rózdze mego gniewu i biczowi mocy mej zapalczywości”. To brzmi jak skandal. Jakby Bóg stał za machiną zła. Ale tu nie chodzi o to, że Bóg jest autorem zniszczenia. Chodzi o coś znacznie głębszego, co dotyka samego serca naszej iluzji kontroli. Bóg mówi: Ja jestem drwalem. A ty, Asyrio, ze wszystkimi twoimi czołgami, strategiami i potęgą, jesteś tylko siekierą w mojej dłoni. Możesz być ostra, skuteczna, przerażająca. Ale to ja decyduję, które drzewo zostanie ścięte.
Problem Asyrii, i nasz problem, zaczyna się w momencie, gdy siekiera zaczyna myśleć, że jest drwalem. Kiedy narzędzie przypisuje sobie całą zasługę. „Czy się pyszni siekiera wobec drwala? Czy się wynosi piła ponad tracza?”. To pytanie rozbija w pył całą naszą misternie budowaną tożsamość opartą na sukcesie, sprycie i sile. Każdy nasz talent, każda zaradność, każda chwila, w której czujemy, że „dajemy radę” – to wszystko jest tylko ostrzem siekiery. Potężnym, ale wciąż tylko ostrzem. A my tak bardzo uwierzyliśmy, że to my jesteśmy siłą sprawczą.
I wtedy przychodzi Jezus i dokonuje przewrotu kopernikańskiego w duchowości. Mówi coś, co dla świata jest kompletnym absurdem: „Wysławiam Cię, Ojcze, (…) że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”. Kim są ci „mądrzy i roztropni”? To właśnie królowie Asyrii. To my, kiedy wierzymy, że siłą naszej ręki i sprytem naszego umysłu zbudujemy szczęście. To ci, którzy mają plan na życie, na Boga, na zbawienie. A kim są „prostaczkowie”? Greckie słowo, którego używa tu Mateusz, to nēpioi. Ono nie oznacza ludzi głupich czy naiwnych. Oznacza niemowlęta. Istoty, które nie potrafią jeszcze mówić. Które są absolutnie, w stu procentach zależne. Które nie mają żadnego planu poza tym, by być w ramionach matki. To właśnie im, tym, którzy wiedzą, że nie są drwalami, Ojciec objawia swoje serce.
Kardynał, który zmywał naczynia
Codziennie toczymy tę asyryjską bitwę. Wstajemy rano i chwytamy za rękojeść siekiery. Plan dnia. Lista zadań. Strategia przetrwania. Muszę być silny dla dzieci. Muszę być skuteczna w pracy. Muszę ogarnąć dom. Muszę, muszę, muszę. Jesteśmy mocarzami, którzy na koniec dnia padają z wycieńczenia, bo ciężar bycia drwalem jest nie do uniesienia dla siekiery. I dziwimy się, że Bóg milczy. Że nie widzimy Jego działania. A On po prostu czeka, aż zrozumiemy, że próbujemy Mu wyrwać narzędzie z rąk.
15 lipca Kościół wspomina człowieka, który był jednym z najtęższych umysłów w historii. Święty Bonawentura. Doktor Kościoła, generał zakonu franciszkanów, filozof, teolog, którego pisma do dziś stanowią fundament myśli chrześcijańskiej. Był uosobieniem „mądrego i roztropnego”. I ten właśnie człowiek pojął tajemnicę nēpioi jak mało kto. Jest taka historia. W 1273 roku papież Grzegorz X postanowił mianować go kardynałem. Wysłał do niego swoich legatów z oficjalnym dekretem i czerwonym, kardynalskim kapeluszem. Posłańcy dotarli do małego klasztoru pod Florencją, gdzie akurat przebywał Bonawentura. Nie zastali go jednak w celi, zatopionego w modlitwie, ani w bibliotece, ślęczącego nad księgami. Znaleźli go w ogrodzie, przy studni. Z podwiniętymi rękawami habitu, po łokcie w brudnej wodzie, zmywał naczynia po obiedzie razem z innymi braćmi. Kiedy dostojni goście oznajmili mu wolę papieża, on, nie przerywając pracy, miał im spokojnie odpowiedzieć: „Powieście ten kapelusz na tamtej gałęzi, a ja przyjdę, jak skończę zmywać”.
W tym jednym geście jest cała dzisiejsza Ewangelia. Oto jeden z najpotężniejszych intelektów Europy, który wie, że jego pierwszym i najważniejszym zadaniem jest bycie prostym narzędziem. Że jego mądrość jest niczym, jeśli nie jest zanurzona w prostej, brudnej robocie służenia innym. On wiedział, że jest tylko siekierą. I właśnie dlatego Bóg mógł przez niego zdziałać tak wiele. Wiedział, że prawdziwe poznanie Ojca nie przychodzi przez pychę umysłu, ale przez pokorę rąk zanurzonych w codzienności.
Zostawić siekierę
Ojcze, Panie nieba i ziemi, tak bardzo chcę być drwalem, a moje dłonie są już poranione od trzymania siekiery. Daj mi dziś odwagę niemowlęcia, które nie ma żadnego planu, poza tym, by czuć ciepło Twoich ramion. Pozwól mi wreszcie zrozumieć, że nie muszę wszystkiego kontrolować, bo to Ty trzymasz mnie w swojej dłoni.
Prawdziwa siła nie polega na tym, by mocno trzymać, ale by dać się utrzymać.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: roam in color, Mike Gattorna — via Unsplash




