Środa, 8 lipca 2026 — Władza dana nieudacznikom

Klucz w zamku

Klucz w zamku
Foto: Muhammad Zaqy Al Fattah on Unsplash

Klucz. Przekręcony w drzwiach kancelarii zgrzyta metalicznie, jakby protestował przeciwko zamykaniu dnia. Za plecami pusta, pachnąca jeszcze woskiem i kurzem fara; przed oczami ciemny korytarz plebanii, w którym samotna żarówka rzuca zbyt ostre cienie. Ten gest – zamykania, zabezpieczania, odgradzania – powtarzany tysiące razy, staje się rytuałem przejścia. Z kapłana w administratora. Z pasterza w lokatora. W tej sekundzie ciszy, jaka zapada po zamknięciu zamka, uderza świadomość bycia zaledwie przełącznikiem między dwoma światami: sakralnym, który właśnie opuściłeś, a profanicznym, który za chwilę włączysz, logując się do banku, odpisując na urzędowe maile, przeglądając wiadomości.

W tej przestrzeni pomiędzy jednym a drugim rodzi się pytanie o realność władzy, którą rzekomo dzierżymy. Czy ta władza, która przed chwilą w konfesjonale odpuszczała grzechy, a przy ołtarzu przemieniała chleb w Ciało, jest tą samą, która teraz bezradnie staje przed stosem rachunków i rosnącą obojętnością ludzi? Czy jest czymś więcej niż tylko funkcją, kostiumem zdejmowanym wraz z komżą po ostatniej mszy?

Dynamika powołanej słabości

Ewangelia Mateusza jest brutalnie szczera. Chrystus przywołuje Dwunastu i udziela im władzy – exousia. To greckie słowo oznacza coś więcej niż siłę (dynamis). To autorytet, prawo do działania, delegowana jurysdykcja. Władza obiektywna, pochodząca z zewnątrz, niezależna od kondycji psychofizycznej obdarowanego. I zaraz po tym akcie nadania władzy, następuje bezlitosny spis kadr. To nie jest lista herosów ducha. To jest gabinet cieni, potencjalne pole minowe konfliktów. Szymon, zwany Piotrem – skała, która zaprze się i zwątpi. Jakub i Jan – "synowie gromu" (Boanerges), porywczy i ambitni. Tomasz, który będzie potrzebował fizycznego dowodu.

Najbardziej jaskrawy jest jednak duet, którego umieszczenie obok siebie zakrawa na teologiczny skandal: Mateusz celnik i Szymon Gorliwy. Celnik – kolaborant, poborca podatkowy na usługach Rzymu, zdrajca w oczach każdego patrioty. Gorliwy, ho zēlōtēs – z dużym prawdopodobieństwem członek lub sympatyk zelotów, nacjonalistycznego ruchu oporu, który uważał takich jak Mateusz za godnych śmierci. Postawienie ich w jednym zespole misyjnym to jak zamknięcie w jednym pokoju agenta służb specjalnych i radykalnego dysydenta. A na końcu listy, bez żadnego komentarza psychologicznego, pojawia się Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził. Ewangelista nie pisze "ten, który miał Go zdradzić". Pisze w czasie dokonanym, jakby ta zdrada była wpisana w sam akt powołania, w strukturę tej pierwszej wspólnoty kapłańskiej.

Chrystus nie powołuje zespołu ekspertów po teście kompetencji. On powołuje konkretnych, poranionych, skłóconych ludzi i daje im władzę nie jako nagrodę za doskonałość, ale jako narzędzie do misji. Exousia nie niweluje ich słabości; ona ma działać pomimo niej, a może nawet przez nią. Ich jedynym zadaniem jest iść i głosić jedną, prostą prawdę: "Bliskie jest królestwo niebieskie". Nie mają budować własnego królestwa, własnej wizji Kościoła, własnej strefy komfortu. Mają być jedynie nośnikami władzy i posłańcami Słowa.

Karczowisko świętego Prokopa

Ta fundamentalna sprzeczność między boską władzą a ludzką nędzą jest naszym codziennym chlebem. Doświadczamy jej w polaryzacji własnego prezbiterium, gdzie "celnicy" i "zeloci" okopują się na swoich pozycjach liturgicznych i ideologicznych. Doświadczamy jej w sobie, gdy po odprawieniu Mszy Świętej, w której działaliśmy in persona Christi Capitis, wracamy do własnej samotności, grzechu i poczucia bezsensu, które Ozeasz opisuje jako budowanie ołtarzy własnej pysze i dobrobytowi, które ostatecznie rodzą pustkę. Ta obfitość owoców – parafialnych statystyk, udanych remontów, pochwał od biskupa – często staje się, jak u Izraela, "wspaniałą stelą" zasłaniającą prawdę o naszym obłudnym sercu.

Dziś w Czechach i niektórych diecezjach wspomina się św. Prokopa z Sazawy. Pustelnika, a później opata z przełomu X i XI wieku. Legenda, zapisana w Vita minor, przedstawia go w sposób niezwykle surowy. Gdy anioł nakazał mu założyć klasztor w miejscu, gdzie była jego pustelnia, Prokop zastał tam demona. Nie egzorcyzmował go w spektakularny sposób. Ujął go, założył mu na kark swój stułopodobny pas, zaprzągł do pługa i zmusił do wyorania bruzdy w kamienistej ziemi. To nie jest obrazek sentymentalnej świętości. To obraz człowieka, który otrzymaną od Boga władzę wykorzystuje nie do ucieczki od chaosu, ale do zaprzęgnięcia go do pracy. Demon – symbol naszych wewnętrznych podziałów, lenistwa, pychy, nieczystości – nie zostaje magicznie unicestwiony. Zostaje zmuszony do służby w karczowaniu nieużytków, o których woła Ozeasz: "wykarczujcie sobie karczowiska".

Święty Prokop nie czekał na idealne warunki ani na idealnego siebie. Wziął to, co było – dziką puszczę, własną surową naturę i obecność zła – i z pomocą Bożej exousia zaczął orać. To jest realizm kapłaństwa. Nie jesteśmy powołani do życia w sterylnych warunkach, ale do orania twardej ziemi naszych parafii i własnych serc, często z demonem zaprzęgniętym do pługa. Władza, którą otrzymaliśmy, nie jest dyplomem doskonałości, lecz pługiem.

Tylko misja

Nasza skuteczność nie zależy od spójności naszych charakterów ani od braku wewnętrznych konfliktów, lecz od posłuszeństwa misji, która nas przerasta. Jesteśmy posłani tacy, jacy jesteśmy – skłóceni, słabi, naznaczeni potencjalną zdradą – aby głosić Królestwo, które nie jest nasze.

On nie powołał kompetentnych, lecz dał władzę powołanym.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Jack Gardner, Muhammad Zaqy Al Fattah — via Unsplash