Środa, 8 lipca 2026 — Lista dwunastu imion, na której brakuje twojego

Paragon w dłoni

Paragon w dłoni
Foto: Am on Unsplash

Paragon w dłoni po cotygodniowych zakupach. Długi, cienki, ciepły jeszcze od drukarki. Lista rzeczy, które miały zapełnić lodówkę, szafki, życie. Jogurty dla dzieci, nowa marka kawy, bo stara już się znudziła, środek do czyszczenia fug, bo te w łazience patrzą na mnie z wyrzutem. Patrzę na sumę na dole i czuję ukłucie. Nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, że to wszystko jest jak ten dorodny krzew winny z Ozeasza. Im więcej owoców, tym więcej ołtarzy. Im pełniejszy koszyk, tym więcej buduję sobie kapliczek. Kapliczka „Dobrego Rodzica”, bo kupiłem ekologiczne warzywa. Kapliczka „Zorganizowanego Człowieka”, bo mam plan posiłków na cały tydzień. Kapliczka „Pana Domu”, bo pamiętałem o żarówce do spiżarni.

Każdy sukces, mały czy duży, staje się pretekstem do wzniesienia sobie małej, lśniącej steli. Dostałem awans – stela. Dziecko wygrało konkurs – stela. Udało mi się przebiec dziesięć kilometrów – stela. Nasze życie zamienia się w muzeum własnych osiągnięć. A serce? Ozeasz mówi bez znieczulenia: jest obłudne. Podzielone. Jedną częścią kocha Boga, a drugą, znacznie większą, kocha te wszystkie małe ołtarzyki, które dają poczucie kontroli, wartości i bezpieczeństwa. I przychodzi taki moment, wieczorem, kiedy dzieci już śpią, a w domu jest cicho, że czujesz się jak ten król z Samarii. Jak odłamany konar na powierzchni wody. Dryfujesz. Masz wszystko, co jest na liście zakupów i na liście marzeń, a jednak czujesz, że nie masz króla. Że nie masz steru. Że całe to królestwo, które tak pieczołowicie budujesz, jest kruche i puste.

Władza nad tym, co niewidzialne

A potem Jezus bierze Ewangelię i robi coś kompletnie odwrotnego. Nie pokazuje planu budowy królestwa. Nie daje listy zadań do odhaczenia, żeby zasłużyć na Jego uwagę. On po prostu przywołuje do siebie dwunastu gości i czyta ich imiona. Lista jest porażająca. Szymon, porywczy rybak. Andrzej, wiecznie w cieniu brata. Jakub i Jan, synowie gromu, ambitni i żądni władzy. Tomasz, który potrzebuje wszystko dotknąć, żeby uwierzyć. Mateusz, zdrajca, kolaborant, człowiek, który dla pieniędzy sprzedał swoich. Szymon Gorliwy, terrorysta, polityczny radykał, który nienawidził takich jak Mateusz. I Judasz. Ten, który Go zdradzi.

To nie jest drużyna marzeń. To zbieranina poranionych, skłóconych, niekompatybilnych facetów, których nikt przy zdrowych zmysłach nie zatrudniłby do wspólnego projektu. A Jezus nie tylko ich zatrudnia. On im daje „władzę”. Greckie słowo to exousia. To nie jest siła mięśni, dynamis. To nie jest władza polityczna. Exousia to władza, która wypływa z samej istoty kogoś. To autorytet, który się ma, a nie który się zdobywa. Daje im władzę nad czym? Nad duchami nieczystymi, nad chorobami, nad słabościami. Daje im władzę nad tym, co niewidzialne, a co realnie niszczy człowieka od środka.

Duch nieczysty to niekoniecznie filmowy demon. To ten głos w twojej głowie, który mówi, że jesteś do niczego. To przymus porównywania się z innymi na Instagramie. To lęk, który paraliżuje cię przed podjęciem decyzji. To cynizm, który każe ci we wszystkim widzieć drugie dno. Choroba to nie tylko grypa. To rana po zdradzie, która nie chce się zagoić. To samotność w pełnym ludzi pokoju. To niezdolność do przebaczenia komuś, kto cię skrzywdził. I w to wszystko Jezus posyła tych dwunastu rozbitków. Nie mówi im: „Idźcie i zbudujcie wspaniałe stele na moją cześć”. Mówi: „Idźcie do owiec, które poginęły”. Idźcie do tych, którzy czują się jak odłamany konar na wodzie. I nie głoście im skomplikowanej teologii. Powiedzcie im jedną, prostą rzecz: „Bliskie jest królestwo”. Ono już tu jest. W Moim spojrzeniu, w Moim dotyku, w tym, że was, właśnie was, wybrałem.

Namiot w Koryncie

Musieli uciekać. W połowie pierwszego wieku cesarz Klaudiusz wydał edykt: wszyscy Żydzi won z Rzymu. Wśród tysięcy wygnańców było pewne małżeństwo, Akwila i Pryscylla. Ich świat się zawalił. Stracili dom, pozycję, poczucie bezpieczeństwa. Z całym dobytkiem, jaki zdołali unieść, wylądowali w Koryncie, portowym, głośnym, pogańskim mieście. Byli uchodźcami. Co robisz, kiedy twój plan na życie rozsypuje się w proch? Oni robili to, co umieli. Byli rzemieślnikami, wytwarzali namioty. Ich ręce pachniały skórą, smołą i ciężką pracą, a nie kadzidłem.

Pewnego dnia do ich warsztatu zapukał inny żydowski uchodźca, niejaki Paweł z Tarsu. Też robił namioty. Przyjęli go. Dali mu pracę i dach nad głową. Ich dom, ich warsztat, stał się pierwszą komórką Kościoła w Koryncie. Nie mieli żadnego oficjalnego tytułu. Nie byli na liście Dwunastu. Byli zwykłymi ludźmi, którzy swój zawód, swój stół, swoje cztery ściany uczynili miejscem, gdzie dzieje się królestwo. To jest właśnie ta exousia w praktyce.

Najpiękniejsza historia wydarzyła się jednak później, w Efezie. Przybył tam pewien niezwykle elokwentny i wykształcony kaznodzieja, Apollos. Porywał tłumy, doskonale znał Pisma. Był gwiazdą. Ale w jego nauczaniu czegoś brakowało. Znał tylko chrzest Janowy. Akwila i Pryscylla, para rzemieślników, usłyszeli go w synagodze. I co zrobili? Nie skrytykowali go publicznie. Nie napisali na niego donosu. Dzieje Apostolskie mówią, że „wzięli go do siebie i wyłożyli mu dokładniej Drogę Bożą”. Wyobrażasz to sobie? Dwoje świeckich, producentów namiotów, w zaciszu swojego domu, z miłością i delikatnością koryguje teologię wschodzącej gwiazdy kaznodziejstwa. To jest władza nad duchami nieczystymi. Władza nad duchem pychy, nad duchem ignorancji. To jest leczenie słabości w Kościele. Bez fleszy, bez dekretów. W ciszy domu, przy kubku herbaty. Tam, gdzie pogubione owce odnajdują drogę. Twoja misja nie zaczyna się wtedy, gdy dostaniesz nominację. Zaczyna się przy twoim stole. Zaczyna się, gdy zamiast budować kolejny ołtarz własnej doskonałości, po prostu zapraszasz kogoś do swojego namiotu.

Daj mi tylko imię

Panie, nie proszę o władzę nad światem, ani nawet o władzę nad moim chaotycznym życiem. Proszę, przywołaj mnie dziś po imieniu, tak jak wezwałeś Piotra i Andrzeja. Daj mi władzę nie nad innymi, ale nad jednym duchem nieczystym we mnie – nad moim strachem. I poślij mnie nie na krańce ziemi, ale do jednego człowieka obok, do jednej „pogubionej owcy”, której mogę dziś powiedzieć Twoim pokojem: królestwo jest blisko.

Moje imię na Twojej liście to jedyna władza, jakiej pragnę.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: ANYA RICHTER, Am — via Unsplash