Wtorek, 7 lipca 2026 — Splagchna albo teologia
Klawiatura

Klawiatura. Ostatni stukot klawisza, wysłany mail z cotygodniowym ogłoszeniem parafialnym. Cisza, która następuje, nie jest odpoczynkiem. Jest gęsta, ciężka, wypełniona niewypowiedzianym oskarżeniem o bezpłodność. W tym milczeniu, podobnym do milczenia opętanego niemowy, wszystkie nasze duszpasterskie strategie, plany i administracyjne wysiłki stają się tym, czym są: ruchem rąk w próżni. To cisza człowieka, który zamknął komunikację z Bogiem i ludźmi za murem profesjonalnej posługi. Demoniczna niemość nie polega na braku słów, lecz na utracie ich życiodajnej mocy. Słowa stają się administracyjnym bełkotem, a serce pozostaje głuche i nieme.
Spojrzenie, które rozrywa wnętrzności
Ewangelia Mateusza stawia nas przed radykalnym kontrastem. Z jednej strony tłum, który reaguje na cud z pierwotnym, zdrowym zdumieniem: «Jeszcze się nigdy nic podobnego nie pojawiło w Izraelu!». Z drugiej strony faryzeusze, którzy natychmiast sięgają po teologiczny mechanizm obronny: «Wyrzuca złe duchy mocą ich przywódcy». Cud jest faktem, którego nie da się zanegować. Można jednak zreinterpretować jego źródło, by nie naruszyć własnego, bezpiecznego systemu. To pokusa kapłana-ideologa: gdy rzeczywistość wiary i ludzkiego cierpienia nie mieści się w naszych schematach, łatwiej jest ją oskarżyć o pochodzenie od Belzebuba, niż pozwolić, by rozsadziła nasz porządek.
Jednak sercem perykopy nie jest ani cud, ani spór. Jest nim grecki czasownik: ἐσπλαγχνίσθη (esplanchnisthē) – „ulitował się”. Tłumaczenie jest tu bezradnie blade. Słowo to pochodzi od σπλάγχνα (splagchna), które oznacza wnętrzności, trzewia, kiszki. Reakcja Chrystusa na widok tłumu nie jest sentymentalnym współczuciem. To fizyczny, trzewiowy ból. On czuje ich stan we własnych wnętrznościach. A jaki jest ich stan? Mateusz używa dwóch brutalnych imiesłowów: ἐσκυλμένοι (eskylmenoi) – obdarci ze skóry, zmaltretowani, i ἐρριμμένοι (errimmenoi) – porzuceni, rzuceni na ziemię jak śmieci. Jezus nie widzi „problemu duszpasterskiego”. On widzi obdartych ze skóry i rzuconych na ziemię ludzi, a ten widok rozrywa Mu trzewia. To jest spojrzenie Boga, nie administratora.
Rzemieślnik idola czy robotnik żniwa
W obliczu tego obrazu kapłan staje przed wyborem, który Ozeasz opisuje z bezlitosną precyzją: można być rzemieślnikiem produkującym własne bożki albo robotnikiem na żniwie Pana. Bożkiem nie musi być złoty cielec. Może nim być perfekcyjnie zorganizowana parafia, nienaganna liturgia, rosnąca liczba „lajków” pod internetowym kazaniem czy opinia „tego dobrego konserwatysty” lub „tego otwartego postępowca”. To wszystko są nasze dzieła, nasze ołtarze, które budujemy „beze Mnie” – mówi Pan. One dają nam poczucie kontroli i chronią przed bolesnym, niekontrolowanym chaosem ludzkich serc. Chronią przed koniecznością odczuwania splagchna. Święty Willibald, biskup Eichstätt z VIII wieku, którego pamiątkę dziś można obchodzić, spędził życie na organizacji struktur Kościoła w pogańskiej Germanii. Mógł stać się doskonałym rzemieślnikiem kościelnej administracji. Jednak jego biografie ukazują go jako człowieka nieustannie w drodze, w bezpośrednim kontakcie z ludźmi, których stan musiał być właśnie taki: eskylmenoi kai errimmenoi. Wybrał bycie robotnikiem na obcej, trudnej ziemi, zamiast budować złote cielce we własnej strefie komfortu.
Wypalenie i poczucie bezużyteczności nie rodzą się z nadmiaru pracy, lecz z pracy nad niewłaściwym dziełem. Rodzą się z wysiłku wkładanego w budowę i obronę własnych idoli, podczas gdy Pan żniwa wzywa nas do czegoś radykalnie innego: do porzucenia iluzji własnej sprawczości. Nie mówi: „Pracujcie ciężej”, ale „Proście Pana żniwa”. Naszym pierwszym zadaniem nie jest działanie, lecz modlitwa, która jest aktem uznania własnej bezradności i Jego absolutnego prymatu. To modlitwa rozrywa nasze teologiczne pancerze i otwiera nas na trzewiową litość Chrystusa.
Prosić, nie produkować
Kryzys kapłańskiej tożsamości nie zostanie rozwiązany przez nową strategię, lecz przez powrót do źródła powołania, którym jest współodczuwanie z Chrystusem Jego bólu nad światem. Dopiero wtedy nasza praca, nawet pośród pozornej bezowocności, staje się uczestnictwem w Jego żniwie, a nie nerwową produkcją własnych sukcesów.
Pan żniwa nie potrzebuje twoich sprawnych rąk, lecz twoich otwartych wnętrzności.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: TheStandingDesk, Clay Banks — via Unsplash






