Paragon w zaciśniętej dłoni

Paragon w zaciśniętej dłoni. Zmięty, jeszcze ciepły od drukarki fiskalnej. Dowód, że transakcja się odbyła, że wszystko się zgadza, że bilans wyszedł na zero. Trzymasz go kurczowo, jakby był aktem własności skrawka twojego świata. Przecież o to w tym wszystkim chodzi, prawda? Żeby się zgadzało. Żeby budżet domowy się spinał, żeby plan dnia wypalił, żeby dzieci wróciły o umówionej porze, żeby nikt nie naruszył granic naszego małego, starannie urządzonego królestwa.
Mamy swoje stada świń. Nie dosłownie, oczywiście. Naszymi świniami są nasze polisy na życie, nasze kredyty hipoteczne spłacane co do dnia, nasze kalendarze w telefonach zablokowane na trzy miesiące do przodu. Nasze świnie to ten kruchy, iluzoryczny porządek, który daje nam poczucie bezpieczeństwa. A na obrzeżach tego naszego uporządkowanego miasta, gdzieś tam, gdzie nie zaglądamy, mieszkają demony. Nasze własne. Lęk, który paraliżuje w środku nocy. Samotność, która wyje w pustym mieszkaniu. Wypalenie, które sprawia, że poranne wstanie z łóżka jest jak zdobycie Mount Everestu. Tolerujemy je, dopóki siedzą cicho w swoich grobowcach na peryferiach. Dajemy im żyć, byle nie wchodziły nam w drogę. Byle nie zakłócały pasienia naszych świń.
Zgiełk, który ma zagłuszyć ciszę
I wtedy Bóg wpada w furię. Prorok Amos nie owija w bawełnę. On nie mówi, że Bogu jest trochę przykro. On krzyczy, że Bóg nienawidzi i brzydzi się naszym religijnym teatrem. „Idź precz ode Mnie ze zgiełkiem pieśni twoich, i dźwięku twoich harf nie chcę słyszeć”. Ten zgiełk to nie tylko niedzielna msza odklepana z obowiązku. To cały nasz system zabezpieczeń. To nasze pobożne modlitwy o pomyślność, które tak naprawdę są prośbą: „Panie Boże, pobłogosław moje stado świń i broń Boże niczego nie zmieniaj”. To nasze ofiary – ten czas, te pieniądze, te siły – które składamy, byle tylko utrzymać status quo. Byle tylko Bóg został po swojej stronie nieba, a my po swojej.
A On mówi: dość. Dość tego handlu. Dość tych waszych układów. Nie chcę waszych cielców, bo cała zwierzyna w lasach jest moja. Nie chcę waszych pieśni, jeśli wasze życie jest jednym wielkim fałszem. Chcę czegoś innego. Chcę, żeby sprawiedliwość zalała wasze życie jak powódź. Żeby prawość płynęła jak rzeka, której nie da się zatamować.
I wtedy przychodzi Jezus. Ląduje prosto w kraju Gadareńczyków. W samym sercu ich świńskiego biznesu. I co robi? Uwalnia dwóch ludzi. Rozwala lokalny układ, w którym wszyscy wiedzieli, że tamtą drogą się nie chodzi. Uzdrawia to, co było chore i wykluczone. A cena? Całe stado świń. Cały ich misternie budowany biznes, ich poczucie stabilizacji, idzie na dno. I jaka jest reakcja miasta? Wdzięczność? Radość z uzdrowienia bliźnich? Nie. Jest przerażenie. „Wtedy całe miasto wyszło na spotkanie Jezusa; a gdy Go ujrzeli, prosili, żeby opuścił ich granice”. To jedno z najsmutniejszych zdań w całej Ewangelii. To jest prośba, która brzmi jak wyrok: „Jezu, jesteś zbyt kosztowny. Twoja obecność za dużo nas kosztuje. Twoje uzdrowienie rujnuje naszą ekonomię. Prosimy, odejdź”. Wolimy naszych dwóch opętanych w grobowcach i całe stado świń, niż dwóch uzdrowionych i stratę w interesach.
Święty od niewygodnej prawdy
Jest taki człowiek, którego Kościół wspomina właśnie dzisiaj, 1 lipca. Nazywał się Oliwier Plunkett. Arcybiskup Armagh w Irlandii, w czasach, gdy bycie katolickim księdzem było wyrokiem śmierci. Działał w podziemiu, w ciągłym zagrożeniu, organizując na nowo zdruzgotany Kościół. Mógł uciec. Mógł się ukryć. Mógł wybrać bezpieczeństwo, spokój, swoje małe stado „świętego spokoju”. Ale on wolał sprawiedliwość płynącą jak rzeka.
W końcu go zdradzono i aresztowano. Oskarżono go o absurdalny spisek – rzekome sprowadzenie francuskiej armii do Irlandii. To była totalna bzdura, ale wystarczyła, by postawić go przed sądem w Londynie, gdzie nie miał żadnych szans na uczciwy proces. Sędziowie postawili mu prosty wybór, taki bardzo w stylu Gadareńczyków. Powiedzieli mu: „Przyznaj się do winy, nawet jeśli to kłamstwo. Powiedz, co chcemy usłyszeć, a ocalisz życie. Ocalisz swoje stado świń, czyli swoje ciało, swoje istnienie”.
Oliwier Plunkett stanął przed wyborem, przed którym stajemy każdego dnia, choć w mniejszej skali. Wybrać prawdę, która kosztuje, czy kłamstwo, które ocala to, co doczesne? Wybrać Jezusa, który wywraca nasze życie do góry nogami, czy święty spokój, który pozwala naszym demonom spać na peryferiach? Plunkett nie miał wątpliwości. Odmówił. Powiedział im w twarz, że są kłamcami. Wybrał prawdę. Wybrał Jezusa. I zapłacił za to najwyższą cenę – został powieszony, a jego ciało poćwiartowano. Stracił wszystko. Stracił swoje „świnie”. Ale ocalił to, co najważniejsze. Ocalił duszę. Nie poprosił Jezusa, żeby opuścił granice jego serca.
My robimy to ciągle. Gdy milczymy, widząc niesprawiedliwość w pracy, żeby nie stracić premii. Gdy odwracamy wzrok od cierpiącego krewnego, bo jego problemy zakłócają nasz weekendowy grafik. Gdy karmimy się plotką, by poczuć się lepiej. Za każdym razem, gdy wybieramy wygodę zamiast prawdy, wybieramy świnie. I cichutko, w sercu, prosimy Jezusa, żeby sobie poszedł.
Zanim powiem „idź”
Panie, przychodzisz na brzeg mojego życia i widzisz demony, z którymi nauczyłem się żyć, i świnie, z których nauczyłem się czerpać zysk. Boję się Twojej interwencji, bo wiem, że uzdrowienie zawsze kosztuje. Zanim z moich ust popłynie ta straszna prośba, byś opuścił moje granice, dotknij moich oczu, bym w stracie zobaczył zysk, a w uzdrowieniu – Ciebie.
Panie, daj mi serce, które bardziej boi się Twojej nieobecności niż strat, które przynosi Twoja obecność.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Am, Clay Banks — via Unsplash





