Lista oblężenia

Jest taki list, który dostajesz czasem prosto w twarz. Nie przynosi go listonosz. Wyświetla się na ekranie telefonu, materializuje w słowach lekarza, w ciszy po drugiej stronie słuchawki, w pustym miejscu przy stole. To nie jest papier. To jest ciężar. Lista zarzutów, jakie ma do ciebie życie. Lista żądań, którym nie jesteś w stanie sprostać.
Rachunek za prąd, który urósł tak, że boisz się otworzyć kopertę. Diagnoza, która brzmi jak wyrok. Wiadomość od dziecka, że znowu coś nabroiło w szkole. Milczenie współmałżonka, gęste jak smoła, które krzyczy głośniej niż każda awantura. Twoja własna, wewnętrzna lista porażek: znowu nie miałeś siły, znowu zawiodłeś, znowu odłożyłeś na jutro to, co miało uratować wczoraj.
Czujesz się jak w oblężonym mieście. Ze wszystkich stron napierają mury. Sennacheryb – król Asyrii, wielki strateg marketingowy tego świata – wysyła ci posłańca. Jego narracja jest prosta i zabójczo skuteczna: „Jesteś sam. Jesteś słaby. Twój Bóg cię nie uratuje. Poddaj się. Będzie łatwiej. Nie walcz, bo i tak przegrasz”. Ten głos brzmi tak rozsądnie. Tak logicznie. Mówi językiem faktów, liczb, statystyk i twoich własnych, udokumentowanych upadków.
Rozłożyć list przed Bogiem
I wtedy król Ezechiasz, władca oblężonej Jerozolimy, robi coś kompletnie szalonego. Coś, co wymyka się każdej strategii wojennej i każdemu podręcznikowi zarządzania kryzysowego. Nie zwołuje narady wojennej. Nie liczy zapasów zboża i wody. Nie sprawdza, ilu ma jeszcze żołnierzy zdolnych do walki. On bierze ten list – ten manifest siły i pogardy wroga – idzie z nim do świątyni, rozkłada go przed Bogiem i mówi.
Mówi coś absolutnie genialnego w swojej prostocie: „Panie, spójrz. To nie jest już tylko mój problem. Oni nie obrażają mnie, Ezechiasza, faceta z koroną na głowie. Oni obrażają Ciebie. To jest Twój list. To Twoje oblężenie. Zrób coś”. To jest akt ostatecznej kapitulacji. Ale nie przed wrogiem. Przed Bogiem. To jest wejście na drogę, o której Jezus mówi dzisiaj w Ewangelii. Drogę tak absurdalnie inną od wszystkiego, co podpowiada nam świat.
Bo Jezus stawia sprawę jasno: są dwie bramy. Jedna jest szeroka, wygodna, wyasfaltowana. To brama logiki, siły, samowystarczalności, „dawania sobie rady”. To droga Sennacheryba. Droga, na której wszystko zależy od ciebie, od twojej sprawności, twoich zasobów. A obok jest druga brama. Ciasna. Wąska. Taka, przez którą nie przeciśnie się twoje ego, twoje plany, twoja duma i twoje przekonanie, że sam sobie ze wszystkim poradzisz.
Wejście przez tę ciasną bramę to jest właśnie ten gest Ezechiasza. To moment, w którym stajesz w całej swojej bezradności, z tym swoim „listem oblężenia” w ręku, i mówisz: „Boże, nie daję rady. To mnie przerasta. Przejmij to”. To jest chwila, w której przestajesz udawać, że jesteś panem sytuacji. I dokładnie w tym punkcie, w tej szczelinie bezsilności, zaczyna działać Bóg. Nie wcześniej. On czeka, aż zejdziesz z Jego tronu.
A co ze słowami o perłach i psach? Może właśnie o to chodzi. Tą najcenniejszą perłą jest twoja bezradność oddana Bogu. Twoje zaufanie, kruche jak pisklę. Nie rzucaj jej pod nogi cynikom i „świniom” – tym głosom w twojej głowie i w twoim otoczeniu, które chrumkają z pogardą: „Modlitwa? Daj spokój, bądź realistą. Bóg? Zajmij się prawdziwym życiem”. Broń tej perły. To jedyne, co masz. I to jedyne, czego Bóg potrzebuje, żeby wygrać twoją wojnę.
Ksiądz od szubienicy
W XIX-wiecznym Turynie był taki mały, niepozorny ksiądz. Nazywał się Józef Cafasso. Miał bardzo specyficzną i, po ludzku patrząc, przerażającą posługę. Był duszpasterzem skazańców. Nazywano go „księdzem od szubienicy”. Kiedy zapadał wyrok śmierci, to właśnie on szedł do celi, żeby towarzyszyć człowiekowi w jego ostatnich godzinach na ziemi.
Ci ludzie, których spotykał, byli na samym dnie. To byli mordercy, bandyci, ludzie, których życie było jednym wielkim „listem oblężenia” od świata. Nie mieli już nic. Żadnej nadziei, żadnej przyszłości, żadnej szerokiej bramy, przez którą mogliby uciec. Przed nimi była już tylko ta jedna, najciaśniejsza brama ze wszystkich – śmierć na szafocie.
Co robił Cafasso? Nie przychodził z moralizatorskim kazaniem. Nie wyliczał im grzechów. On siadał z nimi na pryczy. Przynosił im kawę, kieliszek dobrego likieru. Palił z nimi cygaro. Rozmawiał. O ich matkach, o dzieciństwie, o tym, co im w życiu nie wyszło. On po prostu z nimi był. Wchodził w ich mrok, w ich strach i rozpacz. Traktował ich nie jak potworów, ale jak ludzi, którzy stanęli przed ostateczną, ciasną bramą.
Opowiadano, że żaden ze skazańców, którym towarzyszył – a było ich ponad sześćdziesięciu – nie umarł w rozpaczy. On sam nazywał ich swoimi „powieszonymi świętymi”. Wierzył z całą mocą, że ta ostatnia, najwęższa brama życia, przez którą przechodzili w hańbie, mogła być dla nich bramą do nieba. Bo w tym ostatnim momencie, kiedy nie mieli już nic do stracenia, kiedy ich ego było zmiażdżone, mogli wreszcie dokonać tego jednego, jedynego aktu zawierzenia. Tego gestu Ezechiasza. Mogli włożyć swój strach w ręce Boga, którego przyprowadził im ten mały, niepozorny ksiądz. On im pokazywał, że nawet przez szubienicę – najciaśniejszą z bram – da się przejść, jeśli ktoś trzyma cię za rękę.
Tylko tyle
Panie, mój Boże, który widzisz wszystkie moje listy oblężenia, te wypisane na rachunkach i te wyryte w sercu. Daj mi dzisiaj odwagę Ezechiasza, by nie szukać rozwiązań w mojej biednej głowie, ale by przyjść z tym wszystkim do Ciebie i po prostu Ci to pokazać. Daj mi wiarę Józefa Cafasso, bym uwierzył, że najciaśniejsza brama mojego lęku może stać się wejściem w Twoje ramiona.
Bóg nie usuwa murów oblężenia; On staje się bramą.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Domenico Adornato, Nikola Knezevic — via Unsplash






