Ile jeszcze wytrzyma ten bezpiecznik?

Ile jeszcze wytrzyma ten bezpiecznik?
Foto: Troy Bridges on Unsplash

Czasem mam wrażenie, że całe moje życie to jeden, przeciążony do granic możliwości obwód elektryczny. Wstajesz rano i już słyszysz to ciche, nerwowe buczenie. Jeszcze oczy na wpół otwarte, a już w głowie startuje lista: praca, rachunki, niedziałająca spłuczka, telefon do chorej matki, wywiadówka, której termin znów ci umknął. Wpinasz do gniazdka ekspres do kawy, a w tym samym czasie ładuje się telefon, chodzi pralka, a w tle szumi telewizor z porannymi wiadomościami, które tylko podnoszą ciśnienie. I czujesz, że wystarczy jeszcze jeden, malutki impuls – jedno nieodebrane połączenie, jeden głupi e-mail, jedno marudne słowo dziecka – a wszystko zgaśnie. Wywali korki. W całym domu, w całej głowie, w całym sercu zapanuje ciemność i ta okropna cisza spalonej instalacji.

W takich chwilach, w tym totalnym przeciążeniu, modlitwa staje się aktem desperacji. I nie oszukujmy się, to nie jest wtedy spokojna rozmowa. To jest krzyk. Wołanie o interwencję z gatunku tych, o których czytamy w dzisiejszej Księdze Syracha. Chcemy proroka Eliasza. Chcemy faceta, który jednym słowem zamyka niebo, żeby lunął deszcz na naszą suszę. Chcemy kogoś, kto sprowadzi ogień z nieba i spali na popiół nasze problemy, naszych wrogów, nasze lęki. Chcemy Boga spektakularnego. Boga z pierwszych stron gazet. Boga, który wjedzie w nasze życie na ognistym rydwanie, pozamiata bałagan i odleci, zostawiając nas z otwartą buzią i poczuciem, że wreszcie wszystko jest załatwione. Czekamy na duchowy efekt specjalny, na fajerwerki, na piorun, który trafi prosto w sedno naszego chaosu. A najczęściej dostajemy… ciszę. Jeszcze gęstszą ciszę. I to buczenie w głowie staje się jeszcze głośniejsze.

Gdy Bóg schodzi z billboardu

Pierwsze czytanie to jest właśnie taki Bóg z duchowego billboardu. Eliasz to gość, który nie bawi się w subtelności. On jest jak ogień, a jego słowo płonie jak pochodnia. To jest postać z kina akcji. Strąca królów, wskrzesza zmarłych, a na koniec, zamiast zwyczajnie umrzeć, zostaje porwany do nieba w wirze ognia. Psalm wtóruje tej wizji: „Przed Jego obliczem idzie ogień”, „góry jak wosk topnieją przed obliczem Pana”. To jest obraz Boga Wszechmocnego, Potężnego, którego obecność dosłownie zmienia fizykę świata. I my kochamy ten obraz. On daje poczucie bezpieczeństwa. Nasz Bóg jest największy, najsilniejszy, potrafi wszystko. Z takim Bogiem nic nam nie grozi.

A potem przychodzi Jezus. Staje pośrodku tego naszego oczekiwania na spektakl i mówi coś, co na pierwszy rzut oka brzmi jak totalne rozczarowanie. Mówi: „Modląc się, nie bądźcie gadatliwi jak poganie”. Słowo, którego używa w oryginale – battalogeō – jest genialne. Ono nie znaczy tylko „mówić dużo”. Ono znaczy bełkotać, paplać, powtarzać w kółko puste formułki, trochę jak zacięta płyta. To jest dźwięk modlitwy, która jest hałasem. To jest próba zakrzyczenia ciszy, próba zwrócenia na siebie uwagi Boga ilością słów, jakby był prezesem wielkiej firmy, którego trzeba zamęczyć prośbami, żeby w końcu nas zauważył. Poganie myśleli, że im więcej słów, im głośniej, im bardziej widowiskowo, tym większa szansa na wysłuchanie. To jest myślenie w kategoriach billboardu. Im większy i jaśniejszy, tym lepiej.

Jezus mówi: „Stop. Zejdźcie z tej sceny. Zamilknijcie”. I daje nam modlitwę, która jest zaprzeczeniem całego tego hałasu. „Ojcze nasz”. Dwa słowa, które zmieniają wszystko. On nie mówi: „Wszechpotężny Władco kosmosu, przed którym topnieją góry”. Mówi: „Tato”. Przenosi całą relację z areny publicznego widowiska do cichego pokoju, do intymności, do relacji, w której nie trzeba krzyczeć, bo Ojciec i tak słyszy szept swojego dziecka. „Wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, zanim jeszcze Go poprosicie”. To zdanie powinno wstrząsnąć naszym światem. Ono mówi, że Bóg nie potrzebuje naszych szczegółowych raportów, naszych płomiennych przemówień i listy żądań. On już wie. Modlitwa nie jest więc informowaniem Boga. Jest stawaniem w Jego obecności. Jest zgodą na to, że On wie lepiej.

I w samym sercu tej najprostszej modlitwy świata Jezus umieszcza bezpiecznik. Ten, który w naszym życiu tak często się przepala. „Przebacz nam nasze winy, tak jak i my przebaczamy”. To jest ten moment, w którym Bóg z billboardu staje się Bogiem mojego serca. Bo okazuje się, że największym cudem nie jest sprowadzenie ognia z nieba, żeby spalić wrogów. Największym cudem, największym ogniem, jest ten, który potrafi w moim sercu spalić urazę.

Przebaczenie. Ostatnia reduta serca.

I tu jest największy dramat. Bo my byśmy chcieli, żeby Bóg zadziałał jak Eliasz. Żeby załatwił sprawę z tym szefem, który nas poniża. Żeby ukarał sąsiada, który zatruwa nam życie. Żeby dał nauczkę komuś z rodziny, kto nas tak głęboko zranił lata temu, a my wciąż odtwarzamy w głowie tę rozmowę, te słowa, ten ból. Chcemy ognia z nieba. A Jezus mówi: „Nie. Ogień jest potrzebny, ale w tobie. To ty masz go użyć. Masz spalić swój gniew, swoją chęć odwetu, swoją pielęgnowaną latami krzywdę”. To jest zadanie ponad ludzkie siły. Łatwiej uwierzyć w ognisty rydwan niż w to, że jestem w stanie przebaczyć komuś, kto zniszczył kawałek mojego życia.

W Kościele wspominamy dziś postać niezwykłą, świętą Elżbietę z Schönau. To była niemiecka benedyktynka z XII wieku, mistyczka, wizjonerka. Ktoś, kto mógłby się wydawać duchowym Eliaszem w habicie. Doświadczała ekstaz, miała wizje aniołów, świętych, samego Chrystusa. Wydawałoby się – życie usłane duchowymi fajerwerkami. Ale gdy czyta się jej zapiski, jej listy do brata, wyłania się zupełnie inny obraz. Obraz kobiety rozrywanej przez wątpliwości, cierpiącej na potworne bóle fizyczne, nękanej przez to, co nazywała „diabelską acedią” – duchowym zniechęceniem, poczuciem totalnej pustki i opuszczenia przez Boga. Były dni, tygodnie, miesiące, kiedy nie miała żadnych wizji. Była tylko ona, jej ból i ogłuszająca cisza w kaplicy.

To właśnie w tej ciszy, w tym ciemnym lochu duszy, dokonywała się jej prawdziwa świętość. Nie w spektakularnych wizjach, które przyciągały do niej tłumy, ale w cichym, upartym trwaniu przy Bogu, kiedy nie czuła absolutnie nic. Jej modlitwą nie był wtedy okrzyk triumfu, ale szeptane w ciemności „Ojcze nasz”. Jej aktem wiary nie było przywoływanie aniołów, ale decyzja, żeby przebaczyć sobie własną słabość i zwątpienie. Żeby przebaczyć Bogu Jego milczenie. Jej ogień nie był tym, który schodził z nieba na jej zawołanie, ale tym, który tlił się w jej sercu, gdy wszystko inne gasło. To był cichy ogień zaufania, że Ojciec wie, czego jej potrzeba, nawet jeśli ona sama już nic nie rozumiała.

My też tak mamy. Mamy swoje momenty uniesień, rekolekcji, które nas porywają. A potem przychodzi szary wtorek, kolejna kłótnia o pieniądze, choroba dziecka, samotny wieczór. I nie ma żadnych fajerwerków. Nie ma Eliasza. Jest tylko wybór. Czy będę dalej paplać, bełkotać, próbując przekrzyczeć ciszę i zmusić Boga do działania? Czy może zaryzykuję i wejdę w logikę Jezusa? Zamilknę. I spróbuję zrobić tę jedną, najtrudniejszą rzecz na świecie. Przebaczyć. Zacząć od małej rzeczy. Odpuścić kierowcy, który zajechał mi drogę. Nie odpowiedzieć złośliwością na złośliwość. A może w końcu zdobyć się na odwagę i przebaczyć tę jedną, wielką, jątrzącą się od lat ranę. To jest prawdziwy ogień z nieba. Ogień, który nie niszczy, ale oczyszcza. Ogień, który nie parzy, ale leczy.

Tato, jest tak cicho

Ojcze, tak bardzo chciałbym huku i błyskawic, a Ty przychodzisz w ciszy, która mnie przeraża. Chciałbym, żebyś spalił ogniem to wszystko, co mnie boli, a Ty prosisz, żebym to ja spalił w sobie urazę, która daje mi dziwne poczucie siły. Naucz mnie, proszę, milczeć przed Tobą, zamiast bez sensu paplać, i daj mi odwagę do tego jednego cudu, o który mnie prosisz każdego dnia.

Prawdziwym ogniem z nieba jest serce, które potrafi przebaczyć.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: mostafa mahmoudi, Troy Bridges — via Unsplash