Ten zimny supeł w żołądku

Ten zimny supeł w żołądku
Foto: engin akyurt on Unsplash

Jest taki rodzaj ciszy, który krzyczy. To nie jest cisza spokojnego poranka z kawą, ani cisza nocnego miasta za oknem. To cisza, która zapada, gdy telefon, który powinien dzwonić, milczy. Gdy czekasz na wiadomość, która nie przychodzi. Gdy w tłumie na dworcu, w galerii handlowej, na plaży, odwracasz się i zdajesz sobie sprawę, że mała ręka, którą jeszcze przed chwilą trzymałeś, puściła twoją. I nagle cały zgiełk świata znika, a w tobie rośnie tylko jeden, ogłuszający dźwięk – pulsowanie paniki w skroniach.

To uczucie totalnego rozpadu. Sekunda, w której cały twój poukładany świat, twoje plany na popołudnie, twoje poczucie bezpieczeństwa, walą się w gruzy. Zaczyna się gorączkowe skanowanie twarzy w tłumie. Każde dziecko w podobnej kurtce na moment staje się twoim dzieckiem, przynosząc ułamek sekundy fałszywej ulgi, a zaraz potem jeszcze głębsze ukłucie rozpaczy. Zaczyna się szept, który zamienia się w krzyk: „Gdzie on jest?!”. A pod spodem, cichsze, ale o wiele straszniejsze pytanie: „Jak mogłem do tego dopuścić? Gdzie byłam? Co ja sobie myślałem?”.

To jest ten zimny, twardy supeł, który zawiązuje się w żołądku. To jest bezradność rodzica, który zgubił to, co dla niego najcenniejsze. To jest ból Maryi i Józefa. Czysty, ludzki, rozrywający serce ból, który nie pyta o teologię, nie szuka wzniosłych słów. On po prostu jest. I pali od środka.

Czy nie wiedzieliście?

Ewangelia, którą dziś słyszymy, jest brutalnie szczera. Nie ma w niej lukru ani taniego pocieszenia. Jest za to cały dramat ludzkiej miłości i boskiej tajemnicy, które zderzają się ze sobą z siłą pędzących pociągów. Wyobraź sobie tę karawanę wracającą z Jerozolimy. Gwar, śmiechy, zmęczenie po świętowaniu. Józef pewnie rozmawia z jakimś kuzynem o cenie drewna. Maryja idzie z innymi kobietami, wymieniając się opowieściami. Każde z nich jest przekonane, że Jezus jest z tym drugim, albo z gromadą rówieśników. To takie normalne, takie życiowe. Aż do wieczora. Aż do momentu, gdy pada to proste pytanie: „A gdzie jest Jezus?”.

I zaczyna się koszmar. Dzień drogi w jedną stronę. Dzień drogi z powrotem, w rosnącej panice. I szukanie. Nie godziny, ale trzy dni. Trzy dni, które dla rodzica są wiecznością. Trzy dni ciemności, w której w głowie kłębią się najgorsze scenariusze. Jerozolima to nie była spokojna wioska. To było wielkie, tętniące życiem miasto, pełne niebezpieczeństw. Trzy dni, w których ich serca musiały pękać tysiąc razy.

A kiedy Go w końcu znajdują, scena jest kompletnie surrealistyczna. On nie płacze w jakimś zaułku. Nie jest przestraszony. Siedzi w świątyni, w centrum życia religijnego, spokojny, jakby był u siebie. Dyskutuje z profesorami teologii, a oni słuchają go z rozdziawionymi ustami. I wtedy pada z ust Maryi ten krzyk, który jest jednocześnie pytaniem, wyrzutem i wyznaniem miłości: „Synu, czemu nam to uczyniłeś? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie”.

To jest pytanie każdego z nas, rzucone Bogu w twarz w chwili naszej największej ciemności. „Boże, czemu mi to zrobiłeś? Czemu zabrałeś mi pracę? Czemu dopuściłeś tę chorobę? Czemu moje małżeństwo się rozpada? Z bólem serca Cię szukam, a Ciebie nie ma!”.

A odpowiedź Jezusa? Jest jak cios. Żadnego „przepraszam, mamo”. Żadnego tłumaczenia. Tylko spokojne, niemal chłodne pytanie, które musiało wbić im nóż w serce: „Czemu Mnie szukaliście? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?”. W jednej chwili stawia granicę. Mówi im, i nam wszystkim: „Wasza miłość jest ogromna, wasz ból jest prawdziwy, ale Ja nie należę do końca do was. Należę do Ojca. Moja misja jest ważniejsza niż wasz spokój”. Oni tego nie rozumieją. Jak mogliby? To tak, jakby ktoś dał ci najpiękniejszy klejnot na świecie, a potem powiedział, że musisz go oddać i patrzeć, jak zostaje rozbity dla dobra innych. Maryja nie rozumie, ale robi coś absolutnie niezwykłego. Nie kłóci się. Nie płacze. Nie obraża się. „Chowała wiernie wszystkie te sprawy w swym sercu”. Bierze ten ból, tę niezrozumiałą odpowiedź, ten kolejny kawałek tajemnicy i zanurza go w sobie. W ciszy. To jest moment, w którym prorok Izajasz spotyka się z Ewangelią. Ta radość, o której on pisze, te „szaty zbawienia”, to nie jest uśmiech przyklejony do twarzy. To jest głęboka pewność, że nawet gdy idziesz przez piekło bólu i niezrozumienia, Bóg cię nie zostawił. Że On cię przyodziewa w swoją obecność, nawet jeśli jej nie czujesz.

Trzy dni ciemności

W Kościele mamy kogoś, kto jest absolutnym specjalistą od gubienia i odnajdywania. To święty Antoni z Padwy, którego dzisiaj wspominamy. Wszyscy znamy go z tego, że pomaga znaleźć zgubione klucze czy portfel. Ale za tą ludową pobożnością kryje się historia o wiele głębsza, która idealnie pasuje do dzisiejszej Ewangelii.

Antoni miał jedną rzecz, która była dla niego cenniejsza niż złoto. Był to ręcznie przepisany i opatrzony jego własnymi notatkami psałterz. W tamtych czasach książka była skarbem. To było całe jego narzędzie pracy, jego modlitewnik, serce jego relacji z Bogiem. I pewnego dnia jeden z młodych nowicjuszy, który postanowił odejść z zakonu, ukradł mu ten psałterz.

Wyobraź sobie reakcję Antoniego. To nie była tylko strata przedmiotu. To była zdrada. Ból. Poczucie pustki. Zabrano mu coś, co kochał, co było częścią jego tożsamości. Mógł wpaść w złość, mógł zorganizować pościg. Ale on zrobił coś innego. Zaczął się modlić. Ale nie modlił się: „Boże, oddaj mi moją książkę”. Modlił się za tego chłopaka. Za jego zagubioną duszę. Modlił się o jego powrót. Bo zrozumiał, że prawdziwą zgubą nie jest zaginiony przedmiot, ale zagubione serce człowieka. Legenda mówi, że ten młody człowiek miał w drodze przerażającą wizję i w poczuciu winy wrócił, oddając skradziony skarb.

Każdy z nas przeżywa swoje „trzy dni ciemności”. Trzy dni, trzy miesiące, a może i trzy lata, kiedy szukamy Boga i Go nie znajdujemy. Kiedy czujemy, że On nam coś zabrał, że nas zostawił, że zrobił nam coś niezrozumiałego. To może być moment, gdy dorastające dziecko mówi ci, że odchodzi od Kościoła. To ten wieczór, gdy siedzisz przy stole z mężem czy żoną i zdajesz sobie sprawę, że jesteście dla siebie obcymi ludźmi. To diagnoza lekarska, która brzmi jak wyrok. To poczucie pustki i bezsensu, które dopada cię w środku nocy, mimo że na zewnątrz wszystko wygląda dobrze.

I wtedy krzyczymy jak Maryja: „Czemu nam to uczyniłeś?”. I słyszymy w ciszy serca tę trudną odpowiedź: „Czy nie wiesz, że muszę być w sprawach Ojca?”. Bóg nie daje nam prostych odpowiedzi. Nie klepie nas po ramieniu. On zaprasza nas do wejścia w Jego logikę. W logikę, w której strata może być początkiem odnalezienia. W której ból jest częścią drogi. W której trzeba coś zgubić – swoje plany, swoje oczekiwania, swoje poczucie kontroli – żeby znaleźć coś o wiele większego. Żeby znaleźć Jego.

Wszystkie Te Sprawy

Maryjo, Matko zagubionych, naucz mnie trzymać w sercu to, czego mój rozum pojąć nie może. Daj mi siłę, by w trzydniowej ciemności mojego lęku i bólu, nie przestać szukać Jego, ale i Twojej twarzy. Abym zamiast krzyczeć „dlaczego?”, nauczył się szeptać „gdzie jesteś?”.

Najgłębiej odnajdujesz Boga nie wtedy, gdy Go rozumiesz, ale gdy zgadzasz się Go nie rozumieć.

Źródło czytań: brewiarz.pl

Zdjęcia: Thom Holmes, engin akyurt — via Unsplash