Winda, wizytówka i pustka

Znasz to uczucie? Winda w biurowcu. Ósme piętro. Jedziesz z kimś, kogo kojarzysz z widzenia, może z innego działu. Cisza, która wibruje niezręcznością. I wtedy pada to sakramentalne, nieuniknione pytanie, które stało się kodem dostępu do drugiego człowieka w XXI wieku: „A Ty czym się zajmujesz?”.
I leci. Automat. Wyuczona na pamięć formułka, którą szlifowałeś na rozmowach kwalifikacyjnych i spotkaniach networkingowych. „Jestem Senior Project Managerem w sektorze IT”, „Prowadzę własną agencję kreatywną”, „Kończę właśnie doktorat z…”. Podajemy sobie te etykietki jak wizytówki. Budujemy na nich całą swoją tożsamość. Nasz profil na LinkedIn to my. Nasz tytuł na drzwiach gabinetu to my. Liczba followersów to my.
A co, jeśli jutro tego zabraknie? Co, jeśli algorytm AI uzna, że Twoja praca jest zbędna? Co, jeśli firma zbankrutuje? Co, jeśli Twoja „własna agencja” po prostu przestanie przynosić dochód, a pasja zamieni się w wypalenie i długi? Co zostaje z Ciebie, gdy zedrą z Ciebie te wszystkie błyszczące, starannie dobrane etykietki? Kto stoi w tej windzie, gdy nie może już powiedzieć: „Jestem… [tu wstaw tytuł]”?
Stoi człowiek. Przerażony. Nagi. Z potwornym, egzystencjalnym lękiem, że bez tej wizytówki jest nikim. Że jego wartość była tylko wynajmowana, uzależniona od koniunktury, od lajków, od targetów wbitych w Excelu. I w tej ciszy, która zostaje po stracie, rozlega się inne pytanie. Nie „Czym się zajmujesz?”, ale „Kim jesteś?”. I na to pytanie większość z nas nie ma cholernie żadnej odpowiedzi.
Pan, który nie mieści się w szufladzie
Wchodzimy dziś z Jezusem do świątyni i jesteśmy świadkami sceny, która wygląda jak teologiczna przepychanka, taka trochę dla nerdów w Piśmie. Ale to tylko pozory. To, co On robi, to publiczne podarcie czyjejś wizytówki. Totalna dekonstrukcja.
Wszyscy „wiedzą”, kim ma być Mesjasz. Mają na Niego gotową szufladkę, idealnie opisaną etykietą: „Syn Dawida”. Brzmi świetnie, prawda? Królewski ród, prestiż, siła, obietnica odbudowy potęgi Izraela. To jest ten tytuł, który daje punkty, który otwiera drzwi, który uspokaja tłum. To jest CV idealnego Zbawiciela. A Jezus staje na środku i mówi coś w stylu: „Serio? Tylko tyle? Stoi wam napisane w Psalmie, że sam król Dawid, wasz największy bohater, nazywa tego przyszłego gościa «moim Panem». Słuchacie? Wasz wielki szef nazywa swojego prawnuka… swoim Szefem. Coś wam się tu nie klei, prawda? Jakim cudem ktoś może być jednocześnie czyimś potomkiem i jego Panem?”.
On nie bawi się w zagadki. On rozsadza ich ciasny system pojęć. Mówi im prosto w twarz: „Ta etykietka, którą mi przyklejacie, jest o wiele za mała. Nie mieszczę się w waszych definicjach. Próbujecie mnie zamknąć w kategorii ziemskiego króla, politycznego lidera, a ja jestem kimś nieskończenie większym. Jestem Panem samego Króla”.
I nagle refren Psalmu, który dziś powtarzamy, nabiera zupełnie innego smaku. „Obfity pokój dla miłujących Twoje Prawo”. Myślisz, że chodzi o spokój grzecznego ucznia, który odrobił lekcje? Nic z tych rzeczy. Hebrajskie słowo szalom to nie jest tylko brak wojny czy miłe, ciepłe uczucia. Szalom to pełnia, harmonia, integralność. To stan, w którym wszystkie kawałki twojego życia pasują do siebie, bo są zakotwiczone w czymś, co jest absolutnie prawdziwe i niezmienne. Psalmista krzyczy: „Możni prześladują mnie bez powodu…”, czyli: „Mój świat się wali, tracę grunt pod nogami, odbierają mi moje etykietki, moją pozycję, moje bezpieczeństwo!”. Ale zaraz potem dodaje: „…moje serce lęk czuje przed Twoimi słowami”. To jest ten moment! On nie boi się ludzi, którzy go niszczą. On boi się tylko tego, żeby nie stracić z oczu jedynej Prawdy, która go określa. Jego tożsamość nie jest w tym, co powiedzą o nim możni tego świata. Jego szalom, jego integralność, jest w Słowie Boga. W tym, kim jest dla Niego.
Cesarz na kolanach i prawdziwe imię
Był taki gość. Nazywał się Iñigo López de Loyola. Baskijski szlachcic, typowy produkt swoich czasów. Przystojny, próżny, ambitny jak diabli. Jego wizytówką było wszystko: herb rodowy, lśniąca zbroja, biegłość w tańcu i w posługiwaniu się szpadą. Marzył o jednym – o wielkiej, ziemskiej chwale. Chciał zdobywać zamki dla swojego króla i serca pięknych dam dla własnej próżności. Jego etykietka brzmiała: „Rycerz. Zdobywca. Człowiek sukcesu”. To było całe jego życie.
I wtedy, w 1521 roku, podczas obrony Pampeluny, francuska kula armatnia roztrzaskała mu nogę. I razem z kością piszczelową roztrzaskała cały jego świat. Koniec kariery. Koniec marzeń o sławie. Koniec z etykietką, która go definiowała. Został ból, nuda rekonwalescencji w rodzinnym zamku i dwie książki, których normalnie nigdy by nie tknął: „Życie Chrystusa” i zbiór żywotów świętych.
Leżąc miesiącami w łóżku, zaczął prowadzić pewien eksperyment. Kiedy fantazjował o powrocie do dawnego życia – o bitwach, romansach, zaszczytach – czuł chwilową ekscytację, po której zostawała tylko suchość i dziwny smutek. Pustka. Ale kiedy, trochę z nudów, zaczął wyobrażać sobie, że naśladuje św. Franciszka czy św. Dominika, że robi wielkie rzeczy, ale dla innego Króla, dla Chrystusa – po tych marzeniach w jego sercu zostawał głęboki, trwały pokój. Radość, która nie znikała. To, co Psalmista nazywa szalom.
Iñigo, przyszły Ignacy, odkrył na dnie swojego upokorzenia fundamentalną prawdę. Jego prawdziwa tożsamość nie miała nic wspólnego z tym, co mógł osiągnąć siłą własnych mięśni i ambicji. Odkrył, że jest kimś więcej niż tylko „rycerzem”. Zrozumiał, że jest umiłowanym grzesznikiem, powołanym przez Pana, który jest Panem wszystkich ziemskich królów. Zrzucił lśniącą zbroję i włożył wór pokutny. Porzucił nazwisko, które dawało mu prestiż, i zapragnął być tylko towarzyszem Jezusa. Stracił wszystko, co definiowało go w oczach świata, żeby wreszcie odnaleźć swoje prawdziwe imię.
My też żyjemy w ciągłej obronie Pampeluny. Bronimy naszych stanowisk, naszych wizerunków, naszych małych królestw zbudowanych na lajkach. Aż przyjdzie jakaś kula armatnia – zwolnienie, choroba, zdrada, kryzys – i wszystko roztrzaska. I to jest może najbardziej przerażający i jednocześnie najbardziej błogosławiony moment w życiu. Moment, w którym możesz wreszcie usłyszeć pytanie: „Jak się nazywasz, kiedy nikt nie patrzy i niczego od ciebie nie chce?”.
Po imieniu
Panie, mój Panie, który nie mieścisz się w żadnym z moich małych pojęć. Przyjdź i roztrzaskaj mi nogę mojej pychy. Spal na proch wizytówki, którymi tak kurczowo się zasłaniam. Niech w ciszy po mojej klęsce usłyszę wreszcie, jak wołasz mnie po imieniu – tym prawdziwym, którego nie zna nikt oprócz Ciebie.
Twoja prawdziwa wartość zaczyna się tam, gdzie kończy się Twoja wizytówka.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: Chris Wong, Derrick Treadwell — via Unsplash




