Czy to na pewno twoje biurko?
Wstajesz. Czwarta, może piąta rano. Zanim miasto zaleje fala klaksonów i nerwów, ty już jesteś w grze. Kawa. Szybki rzut oka na powiadomienia, które spłynęły w nocy z innej strefy czasowej. W samochodzie, w drodze do biura, słuchasz nie muzyki, ale podcastu o optymalizacji produktywności. Twoje biurko, twój komputer, twój projekt, twój zespół, twoja kariera. Twoje. Wszystko jest twoje. Zbudowałeś to. Cegła po cegle, nieprzespana noc po nieprzespanej nocy, poświęcenie po poświęceniu. Twój profil na LinkedIn to pomnik twojej determinacji. Twój dom na kredyt to twierdza, którą zdobyłeś. Twoja rodzina to dziedzictwo, które pielęgnujesz.
Czujesz ten ciężar? To nie tylko ciężar odpowiedzialności. To coś więcej. To ciężar posiadania. Przekonanie, że jesteś panem tego małego królestwa. Że trzymasz w garści klucze do swojego życia. I właśnie dlatego budzisz się o trzeciej w nocy zlany potem. Bo gdzieś w środku, w miejscu, do którego nie dociera światło ekranu smartfona, wiesz, że to wszystko iluzja. Wiesz, że jeden mail od zarządu, jedna diagnoza lekarska, jeden krach na giełdzie, jeden algorytm AI, który nauczy się robić to, co ty, tylko szybciej i taniej – i cała twoja misternie zbudowana twierdza może runąć jak domek z kart.
Walczysz więc jeszcze zacieklej. Więcej pracy, więcej kontroli, więcej zabezpieczeń. Budujesz wyższe mury wokół swojego życia, swojej kariery, swoich relacji. Stajesz się coraz bardziej zaciętym, zmęczonym strażnikiem swojego małego poletka. A im wyższe mury budujesz, tym bardziej czujesz się jak w więzieniu. I zadajesz sobie pytanie, którego boisz się wypowiedzieć na głos: Jeśli to wszystko jest moje, to dlaczego nie daje mi to pokoju, tylko nieustanny lęk, że to stracę?
Forteca czy oblężenie?
Jezus rzuca nam dzisiaj prosto w twarz jedną z najbrutalniejszych przypowieści. Opowieść tak twardą, że aż niewygodną. Jest pewien Człowiek, Właściciel, który tworzy coś absolutnie doskonałego. Winnicę. Zwróć uwagę na detale, to nie jest jakaś prowizorka. On ją nie tylko sadzi. On ją otacza murem – symbolem bezpieczeństwa i przynależności. Kopie tłocznię – miejscem, gdzie wysiłek zamienia się w radość, w wino. Buduje wieżę – znakiem obecności i opieki. To jest świat w wersji premium. To jest życie, które dostałeś. Pełne potencjału, zabezpieczone, wyposażone we wszystko, co potrzebne, by przynosiło owoc.
I co robi ten Właściciel? Coś absolutnie szalonego z punktu widzenia naszego świata nastawionego na kontrolę. Wyjeżdża. Oddaje swoje dzieło w dzierżawę. Nie stoi nad rolnikami z batem, nie instaluje kamer, nie wysyła codziennych raportów. On im ufa. Daje im wolność, autonomię, godność współtwórców. To jest obraz Boga, który powala na kolana. Boga, który nie jest kosmicznym dyktatorem, ale kimś, kto ryzykuje, bo wierzy w człowieka.
A potem przychodzi czas rozliczenia. Czas owoców. I zaczyna się dramat. Rolnicy, ci obdarowani dzierżawcy, dochodzą do wniosku, że ta cała dzierżawa to kiepski interes. Po co dzielić się zyskiem? Po co uznawać czyjąś własność? Przecież to my tu pracujemy, to nasza ziemia, nasz pot. I zaczyna się rzeź. Słudzy, którzy przychodzą po należną część, są bici, znieważani, zabijani. To jest historia proroków. Historia każdego, kto przypominał światu, że nie jesteśmy właścicielami. Że życie jest darem, a nie zdobyczą.
Aż do finału. Do momentu, który mrozi krew w żyłach. Właściciel, w akcie niewyobrażalnej, niemal naiwnej miłości, mówi: „Poszlę mojego umiłowanego syna. Jego uszanują”. A oni? Oni widzą w nim nie szansę na pojednanie, ale ostateczną okazję do przejęcia biznesu. „To jest dziedzic. Chodźcie, zabijmy go, a dziedzictwo będzie nasze”. To jest rdzeń grzechu. To jest krzyk każdego ludzkiego serca, które mówi: „Boże, dziękuję Ci za świat, który stworzyłeś, za życie, które mi dałeś. A teraz usuń się w cień, bo ja tu będę rządził. To będzie moje”.
I dokładnie w tym samym momencie liturgia podsuwa nam pod oczy Psalm 91. Antidotum na szaleństwo rolników. Psalm, który mówi: „Kto się w opiekę oddał Najwyższemu i w cieniu Wszechmocnego mieszka, mówi do Pana: «Ty jesteś moją ucieczką i twierdzą, Boże mój, któremu ufam»”. Zobacz ten kontrast! Rolnicy próbują siłą zamienić winnicę w swoją twierdzę, obwarowują się w niej, zabijają, by ją posiąść. A Psalmista mówi: nie musisz niczego zdobywać. Twoja twierdza, twoje bezpieczeństwo nie leży w tym, co posiadasz, ale w Tym, do kogo należysz. Twoja siła nie płynie z grubości murów, które sam zbudujesz, ale z przylgnięcia do Tego, który jest Murem nie do zdobycia. To jest fundamentalny wybór, przed którym stajesz każdego ranka: czy będziesz dzierżawcą-uzurpatorem, który w lęku walczy o każdy metr kwadratowy, czy dzierżawcą-przyjacielem, który żyje w pokoju, bo wie, że jego prawdziwą twierdzą jest sam Właściciel winnicy.
Syndrom samozwańczego CEO
Żyjemy w epoce samozwańczych CEO własnego życia. Każdy z nas jest jednoosobową korporacją „Ja S.A.”. Budujemy personal branding, dbamy o wizerunek, monetyzujemy pasje, optymalizujemy relacje. Nasze życie to projekt do zrealizowania, a jego sukces mierzymy lajkami, stanem konta, pozycją zawodową. Jesteśmy rolnikami z przypowieści Jezusa na sterydach. Dostaliśmy w dzierżawę niesamowitą winnicę – nasze talenty, nasze zdrowie, naszych bliskich, ten kawałek świata – a my spędzamy całą energię na tym, by postawić na niej tabliczkę z napisem: „Własność prywatna. Wstęp wzbroniony. Zwłaszcza Tobie, Boże”.
Każdego dnia zabijamy sługi. Gdy ktoś bliski mówi nam trudną prawdę o naszym egoizmie, a my go uciszamy, „odprawiamy z niczym”. Gdy sumienie, ten cichy posłaniec Właściciela, puka i mówi: „zwolnij, zatrzymaj się, to nie jest twoje”, a my zagłuszamy je kolejnym serialem, kolejnym scrollem, kolejnym zadaniem w pracy. Aż w końcu przychodzi Syn. Przychodzi w bezbronności drugiego człowieka, w ciszy modlitwy, w Eucharystii, w Słowie, które właśnie czytasz. I stajemy przed wyborem rolników: uznać Go i oddać Mu to, co do Niego należy, albo spróbować Go „wyrzucić z winnicy”. Usunąć z życia, zepchnąć do niedzielnej godziny, zamknąć w kruchcie kościoła, by nie mieszał się w nasze codzienne interesy. Bo przecież dziedzictwo ma być nasze.
Był taki człowiek, który zarządzał największą „winnicą” świata. Nazywał się Dag Hammarskjöld. W latach 50. XX wieku, w samym środku zimnej wojny, był Sekretarzem Generalnym ONZ. Miał w rękach władzę, o jakiej większość z nas nie może nawet marzyć. Mógł czuć się właścicielem losów świata. Ale on, w swoim tajnym dzienniku, który świat poznał dopiero po jego śmierci w katastrofie lotniczej, pisał coś zupełnie innego. Pisał nie jak właściciel, ale jak najbardziej pokorny dzierżawca. W jednej z notatek, która stała się jego duchowym testamentem, zanotował: „Nie wiem, Kto lub co zadało pytanie, nie wiem, kiedy zostało zadane. Nie pamiętam nawet, żebym odpowiedział. Ale w pewnym momencie powiedziałem ‘Tak’ Komuś – lub Czemuś – i od tej godziny byłem pewien, że istnienie ma sens, a zatem moje życie, w akcie poddania się, ma cel”.
Hammarskjöld, człowiek na szczycie świata, zrozumiał to, czego nie pojęli rolnicy z przypowieści. Zrozumiał, że prawdziwą mocą nie jest posiadanie, ale poddanie. Że sensem życia nie jest uczynienie go „swoim”, ale oddanie go Temu, od którego je otrzymaliśmy. On nie próbował budować własnej twierdzy. On sam stał się narzędziem w rękach Właściciela. I w tym znalazł wolność i pokój, których nie da mu żadna władza, żadne stanowisko, żadne ziemskie dziedzictwo. Znalazł swoją fortecę z Psalmu 91 nie w budynku ONZ w Nowym Jorku, ale w tym cichym „Tak”, powiedzianym Bogu w głębi serca.
Zanim zabiję Syna
Panie, mój Boże, który dałeś mi tę winnicę mojego życia, tak piękną i tak kruchą. Przyznaję, codziennie kusi mnie, by zerwać umowę dzierżawy i ogłosić się jej jedynym właścicielem. Wybacz mi każdą chwilę, gdy Twoich posłańców – ludzi, zdarzenia, wyrzuty sumienia – traktowałem jak intruzów. Proszę, daj mi dziś odwagę Dag Hammarskjölda, bym w chaosie moich ambicji i lęków potrafił powiedzieć Ci moje ciche „Tak”.
Nie jesteś właścicielem, jesteś tylko i aż umiłowanym dzierżawcą.
Źródło czytań: brewiarz.pl
Zdjęcia: jatinder nagra, Konstantin Evdokimov — via Unsplash





